Dom seniora „Eden”, 24/06/2006 / 9:15

2007/05/19, sobota

Rzeźnika z Milanówka w „Edenie” jeszcze nie było. Brunetka w recepcji poinformowała Patera, że dyrektor Libling wyjechał poprzedniego dnia około piątej. Niebawem powinien  być.

-Może tymczasem napije się pan kawy w naszej restauracji – zaproponowała, a Pater pomyślał, że słowa „stołówka” w tym miejscu się nie wypowiada i że Libling jest tu tytułowany  „dyrektorem”, a nie „doktorem”, co eliminować miało ciąg szpitalnych skojarzeń, które mogłyby pojawić się w głowach pensjonariuszy lub, co gorsza, potencjalnych klientów. Pater zdążył jeszcze dostrzec, że na niebieskiej bluzce recepcjonistki wyhaftowane jest żółte słońce oraz napis „Eden”. Zupełnie jak w biurze podróży – pomyślał. Tyle że tu podróżuje się tylko w jedną stronę.

Pater nie znosił głupich złośliwości losu. A plany waliły się już od rana. Chciał być w „Edenie” już koło ósmej. Najpierw nie mógł odpalić corolli. I pewnie stałby jeszcze pod blokiem, gdyby nie pan Zbyszek, sąsiad z parkingu, właściciel forda z wgniecioną blachą i z zawodu taksówkarz. Po pięciu minutach charczenia dobiegającego z rozrusznika toyota wreszcie odpaliła.

-W sumie trochę szkoda – pan Zbyszek wycierał ręce. -Miałbym fajny kurs. Zwykle o  tej godzinie mam Wietnamczyka, który odwozi córkę do szkoły. Jedzie mi potem zapachem smażonego kota w pięciu smakach co najmniej do południa. Można się porzygać. A jeszcze teraz, przy takiej pogodzie!

Najpierw corolla, teraz Libling. Nadkomisarz był ciekaw, czy jego nieobecność należy traktować jak demonstracyjny objaw lekceważenia, czy też rzeźnik z Milanówka przyjeżdża rano o różnych godzinach. Pater uświadomił sobie po raz kolejny, że tak naprawdę nic nie wie. Przede wszystkim nie zna zwyczajów panujących w „Edenie”. Musi nadrobić zaległości i to w tempie prymusa.

Przynajmniej kawę mieli tu dobrą. Pater pił drugie expresso i wsłuchiwał się w strzępy rozmowy, docierającej ze stolika obok. Większość słów zagłuszał szczęk sztućców i talerzy.

-Tato naprawdę nie mogłem. Jeszcze raz cię przepraszam – trzydziestokilkuletni blondyn w garniturze pochylał się przez stół. Po drugiej stronie siedziało jego lustrzane odbicie, tylko dwukrotnie starsze. Siwy mężczyzna nic nie odpowiedział, zaczął głośno mieszać kawę. -Mam nadzieję, że spodoba ci się to, co wybraliśmy z Basią. Tym razem lustrzane odbicie coś powiedziało, ale Pater nie słyszał co. – Ależ tato, jak to nieważne? Też powinieneś zrozumieć naszą sytuację. Posiedzenie rady nadzorczej przeciągnęło się…

Paterowi żal się zrobiło blondyna i jego ojca. Żal było mu człowieka, który musi słuchać takich tłumaczeń. I współczuł człowiekowi, który cały kolejny dzień będzie musiał smażyć się w garniturze, by zapewnić rodzinie życie na odpowiednim poziomie. I którego nikt nie rozumie. Ci, którzy w konkursie radiowym postawili na to, że pogoda dziś się nie zmieni, mogli czuć się zwycięzcami. Może miało być chłodniej o dwa stopnie, ale przy wielodniowych upałach żadna to różnica.

Rozmowę zagłuszył kolejny dźwięk. Pater usłyszał ciche skrzypienie, po czym otworzyło się dwoje skrzydeł drzwi. Nadkomisarz najpierw ujrzał jej plecy. Kobieta odwróciła się i wtedy stało się jasne, dlaczego wchodziła w nietypowy sposób. Na wózku inwalidzkim, który prowadziła przed sobą, spała maleńka postać, sucha jak śliwka. Na pierwszy rzut oka nie sposób powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna. Spod koca w kratkę wystawały nogi w kapciach. Pielęgniarka – pomyślał Pater. Ta sama, którą widział pierwszego dnia. Ta ze snu. Kobieta popatrzyła na Patera bez zbytniej ciekawości i popchnęła wózek w stronę patio. Po chwili wróciła i zamówiła kawę w chwili, gdy nadkomisarz do niej podszedł.

-Nazywam się Pater. Jarosław Pater. Jestem z policji, z komendy wojewódzkiej – z bliska pielęgniarka wyglądała młodziej niż zdawało się Paterowi w pierwszej chwili. Mimo młodego wieku stojąca przed nadkomisarzem brunetka z trudem tuszowała sine kręgi pod oczami.
-Tak. Pamiętam pana – nie przedstawiła się. Uznała pewnie, ze nie musi. Plakietka na niebieskiej bluzce mówiła o niej wszystko. „Joanna Radziewicz. Asystentka”.
-Pozwoli pani, że zadam kilka pytań. Długo pani tu pracuje?

-Za długo – kręgi pod oczami zrobiły się wyraźniejsze. Ale jeszcze trzy miesiące – popatrzyła w stronę patio. – W sumie jestem już tylko ze względu na niego. Jego stan ostatnio bardzo  się pogorszył. Lekarz mówi… Tak czy inaczej sądzę, że za trzy miesiące mnie tu nie będzie.
-A gdzie pani będzie?
-Lech Waleza Airport i dom starości w Kornwalii. Starsze dystyngowane Angielki i dżentelmeni rozmawiający o krykiecie – próbowała się uśmiechnąć. I wielokrotnie wyższe zarobki. Dlaczego się pan uśmiecha?

Paterowi przypomniał się dowcip opowiadany przez Kuleszę. Przychodzi baba do lekarza. A lekarz w Irlandii. Lekarze. Pracownicy służby zdrowia. Albo wyjechali, albo, jak „łowcy skór” w Łodzi, pomagali uśmiercać pacjentów i dostarczać ciała zakładom pogrzebowym, a przy okazji zrobili  niewyobrażalną reklamę lekarstwu o nazwie pavulon. W „Edenie” też ktoś zabawił się w łowcę skóry i oskalpował Maziarkiego. A światowej sławy chirurg zniknął bez śladu.

-Czy pan mnie słyszy? – pielęgniarka zapytała głośniej.
-Przepraszam. Trzy miesiące… Zaskoczyła mnie pani szczerość – oboje milczeli przez chwilę.  -Chiałbym panią zapytać o profesora Czekańskiego. Co pani o nim myśli? I gdzie on teraz może być?
-Profesor wyjechał na krótko, prawda pani Joanno? – jak spod ziemi wyrósł dyrektor Libling. Mimo swojego wieku wciąż jest aktywny zawodowo, tylko podziwiać! Dwie kawy poproszę do mojego gabinetu – odwrócił się w stronę barku. -Tam dokończymy rozmowę.
– Niczego nie będziemy kończyć – pomyślał Pater. Rozmowa dopiero się zaczęła.
 

„Eden”, 24/06/2006 / 10:15

-Personel i nasi klienci zostali poinformowani o tym, że Czekański wyjechał. Jeśli chodzi o Maziarskiego… miał atak serca, a że to znana i ważna osoba, stąd tyle było zamieszania – Libling nie krył irytacji, że musi się tłumaczyć. -Uprzedzę pańskie pytanie. To nie by mój pomysł, nie ratuję w ten sposób swojej reputacji. To ci z ABW. Niech pan mnie nie pyta dlaczego, bo nie wiem…
-Byłbym jednak wdzięczny, gdyby nie wyręczał mnie pan w zadawaniu pytań – Pater ostentacyjnie odsunął od siebie kawę. A teraz po kolei. Potrzebuję nazwiska wszystkich, którzy byli w „Edenie” w ciągu ostatniego miesiąca. Nawet listonosza i hydraulika – przemknęła mu myśl o zatykającej się wannie. -Rozumiem, że prowadzicie tu taką książkę, więc to nie kłopot…
-Kłopot! – Libling wreszcie poczuł się pewniej. Taka książka jest, owszem, ale w posiadaniu ABW. Podobnie jak twardy dysk naszego komputera. Może – popatrzył złośliwie – znów pomogą panu koledzy? Poza tym, jak pan wie, jesteśmy nowoczesnym ośrodkiem. Mamy tu ekskluzywną bazę hotelową dla rodzin i znajomych. Nasi podopieczni, jeśli tylko pozwala na to stan zdrowia, mogą opuszczać też ośrodek. Wystarczy, że złożą oświadczenie, że wyjeżdżają na własną odpowiedzialność i podadzą miejsce pobytu.
-Czy to znaczy, że Czekański często korzystał z takiej możliwości? – Pater poczuł, że dopiero zaczynają się schody. Bardzo strome schody.
-Mniej więcej tydzień przed… przed wypadkiem z Maziarskim przyjechali do niego dwaj z zagranicy. To zabawne było, bo w pierwszej chwili miałem wrażenie, że ci faceci kłócą się. Potem zrozumiałem, że mówią takim jakimś dziwnym gardłowym językiem, może duńskim. Gdy pojawił się Czekański zaczęli rozmawiać po niemiecku. A potem wyjechali.
-Wyjechali?

No tak – Czekański napisał oświadczenie i wyjechali. Profesor wrócił po trzech dniach.
Pater pochylił się przez biurko dyrektora i powiedział bardzo cicho: -Panie Dyrektorze. Liczę, że jest pan człowiekiem obdarzonym znakomitą pamięcią. Na pewno pamięta pan – głos Patera był monotonny i nużący – jak przy pierwszym spotkaniu wręczyłem panu wizytówkę. Byłem dziwnie pewien, że jeszcze się spotkamy, a wie pan dlaczego? Bo dotrzymuję słowa. A teraz proszę, by przypomniał  pan sobie, kto tu był w ciągu ostatniego miesiąca. Wszystkie twarze. Proszę też odtworzyć, jakie miejsce pobytu wpisał Czekański, gdy wyjeżdżał po raz ostatni. Liczę – zawiesił głos – że jest pan także obdarzony pamięcią krótkotrwałą i pamięta pan przebieg naszej wczorajszej rozmowy. Ostatnie zdanie zabrzmiało jak groźba. -Potrzebuje także wszystko o Maziarskim. Kartę jego pobytu, badania lekarskie, wszystko. Ten przynajmniej nigdzie nie wyjeżdżał, prawda?

Pater po raz kolejny przekonał się, że groźba podziałała. Czoło Liblinga pokryły kropelki potu.

-Proszę mi wierzyć, z Maziarskim jest jeszcze gorzej. ABW zabrało wszystko. Dosłownie wszystko. Wyczyścili jego pokój ze wszystkiego. Karty pobytu zabrali, wszystko zabrali! – Libling nie krył już zdenerwowania.
-Idziemy – Pater wstał.
-Ale dokąd?
-Do pokoju Czekańskiego. A potem Maziarskiego.
-Oba są zaplombowane! Co ja powiem w razie czego tym z ABW? – ręce Liblinga drżały.
-Powie pan, że pański sanitariusz, Ryba, znów dostał ataku szału. Czy to nie ryzykowne zatrudniać takiego człowieka w pańskiej krainie łagodności?

Libling nie odpowiedział. Stali pod pokojem Czekańskiego. Pater wprawnym ruchem zerwał taśmę i plombę.
 

„Eden” 24/06/2006 / 11:05

Pater przeżył rozczarowanie. Stał w milczeniu i wpatrywał się w przestrzeń gabinetu, bezkresną w porównaniu do jego skromnych trzydziestu metrów kwadratowych. Wszystkie ściany były zastawione półkami. Na biurku stał monitor komputera. Przy fotelu obitym czerwoną skórą, na niewielkim stoliczku, leżała szachownica. Pater popatrzył na układ figur. Końcówka wieżowa. Białe mają piona przewagi. Secesyjna, bluszczowata lampa obok fotela sprawiła, że Pater poczuł ukłucie zazdrości. Ukłucie takie zdarzało się mu często, gdy przybywał na miejsce zbrodni albo do domu podejrzanego – w hebanach, kolonialnym albo wyrafinowanym minimalistycznym stylu, z wielkim telewizorem plazmowym i wieżą najnowszej generacji. Zazdrość mijała, gdy Pater zaczynał poznawać, jakie nieszczęście lub świństwo stało za tym luksusem i czyim kosztem zostało wzniesione.
Przeszedł do sypialni. Znów regał z książkami, tyle że znacznie mniejszy. Telewizor. Wiedział z doświadczenia, że telewizor jest ważny. Zwykle na telewizorach stawiano zdjęcia bliskich i często zdobyta w ten sposób wiedza pomagała w śledztwie. Wraz z plazmówkami obyczaj ten zanikał. Pater rozglądał się po pokoju. Najwyraźniej profesor Czekański nie należał do ludzi zbyt sentymentalnych. Ani w gabinecie, ani tu nie było śladu zdjęć.

-Wygląda pan na zawiedzionego – uśmiechnął się Libling. Pewnie myślał pan, że zastanie pan szkielet, preparaty w formalinie albo jakąś czaszkę wypreparowaną przez łowców głów? – uśmiech nie schodził mu już teraz z twarzy.
-To jest podwójne łóżko – Pater zignorował uwagę dyrektora. Czy to znaczy, że… że profesor przyjmował tu gości?
-Aż tak nowocześni to nie jesteśmy – Libling zaśmiał się. Trzymamy się zasady, że nasi klienci i goście śpią w osobnych pokojach. Proszę mi wierzyć, że to nie tylko słowa.
Pater popatrzył na książki. W oczy rzucał się chaos, widocznie tu stały tylko te, które Libling lubił podczytywać sobie przed snem. Ritual Surgery Revisited Jamesa Geertza, Mortal Lessons: Notes on the Art of Surgery Richarda Seltzera, Moi wielcy poprzednicy Garriego Kasparowa po rosyjsku i My 60 Memorable Games Bobby’ego Fischera. Obok Śmierć w Lizbonie Roberta Wilsona – z okładki Pater dowiedział się, że to powieść kryminalna. Chaos i porządek. Asceza i podwójne łóżko. Jakim człowiekiem był profesor? Co mówią o nim te ściany zawalone tysiącami książek?

Wrócili do gabinetu. Pater sięgnął pod biurko, chwilę szukał czegoś, w końcu pochylił się .

-Gdzie jest komputer?
-Zabrali ci z ABW. Papiery profesora z szuflad też. U Maziarskiego wszystko wymietli – powiedział Libling. W zasadzie pokój po oskalpowanym mężczyźnie czekał na nowego, jak się tu mówiło, klienta. Pusty regał skojarzył się Paterowi ze szkieletem.
                 
-Będę tu pojutrze – powiedział nadkomisarz, gdy stali przy samochodzie. -Proszę pamiętać o mojej prośbie. Poza tym, nie odpowiedział mi pan jeszcze na jedno pytanie…
-Jakie pytanie, komisarzu? – zdziwił się Libling.
-Dlaczego zatrudnił pan tu Rybę. Nie każdy próbuje utopić własne dziecko w akwarium.
Libling zdjął okulary przeciwsłoneczne. -Trzeba ludziom pomagać, komisarzu. Ryba to świetny sanitariusz, znakomity fachowiec. Raz powinęła mu się noga. Ale to nie powód, by przekreślić go. Życie mu się nie ułożyło. Jest po prostu nieszczęśliwy…

Już drugi raz w ciągu doby, ktoś opowiada mi o ludzkim nieszczęściu. Najpierw ksiądz Plewniak o Czekańskim, teraz Libling o sanitariuszu, którego oficjalnie nazywają tu asystentem.

-Gdzie mogę go znaleźć?
-Od wczoraj jest na urlopie. Przez tydzień. Ale dam panu komórkę i na wszelki wypadek adres. To przynajmniej wiem, więc mogę spełnić pańską prośbę od razu – dyrektor nie krył ironii.

Libling patrzył za odjeżdżającą toyotą. Z trudem łapał powietrze. Słońce robiło swoje. Libling pomyślał, że sam czuje się jak ryba. Ryba wyjęta z wody i bez litości rzucona na stół na chwilę przed śmiertelnym uderzeniem.
 

Gdańsk 25/06/2006 / 18:20

-Wie pan co, nadkomisarzu? Czuję się, jakbym nagle znalazł w środku filmu. Tego, co to Kościół go na Wielkanoc skrytykował. Dowartościowanie tego, co żeńskie… Jak to było? „Kod da Vinci”, tak? – Wieloch wyciągnął z kieszeni chustkę niepierwszej świeżości, strzepnął z niej jakieś pyłki i wytarł twarz. Pater opowiedział aspirantowi o wizycie w „Edenie”, pustym pokoju Maziarskiego, po którym nie został już żaden ślad, komputerze Czekańskiego i domniemanych Duńczykach. A także o ranach symbolicznych i Wyspie Menstruujących Mężczyzn.

Byli na Zaspie. Pater czuł tu się dobrze. Cały czas był u siebie. Blokowiska Przymorza, ze słynnym falowcem, w którym mieszkał, szare bryły na Zaspie i Żabiance niespodziewanie po latach składały się w architektoniczną całość. Gdy jechali ulicą Śląską i mijali czteropiętrowe budynki, które wyglądały pośród monumentalnej płyty jak Dawid przy Goliacie, nadkomisarzowi przypomniało się hasło „Zbudujemy gdański Żoliborz”. Lata cale już temu Muniek śpiewał o tym, jak to zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz rozkwita na drzewach na krzewach. Na Małym Przymorzu nic nie rozkwitło, jak zwykle skończyło się na hasłach, planach i marzeniach. Teraz, podczas upałów, blokowiska parowały wszystkimi porami betonu oddając miastu miazmaty w niewyobrażalnych ilościach. Pater skręcił z Jana Pawła II w jedną z bocznych uliczek. Byli na miejscu.

Poprzedniego popołudnie spędził na odrabianiu zaległości. Pater godzinami surfował po portalach polskich i anglojęzycznych poświeconych piłce nożnej i czytał  komentarze do rozegranych na mundialu meczów. Dużo dobrego pisano o Ghanie, która, w przeciwieństwie do Wybrzeża Kości Słoniowej, drużyny z gwiazdą światowego formatu, Didierem Drogbą, szła przez turniej jak burza. Jednak coś podpowiadało Paterowi, że Ghany nie powinien obstawiać. Grający w zakładach często dają ponieść się emocjom, porywom serca i zwykłej sympatii. Wtedy na ogół przegrywają. W przeciwieństwie do nich Pater kalkulował. Jego kalkulacje były tak zimne, jak ciało Walta Disneya w stanie hibernacji. Ci, którzy ładnie grają, nigdy nie zwyciężą. Pater zastanawiał się, czy w przypadku „Edenu” nie zachował się właśnie jak miękki gracz. Skupił uwagę na profesorze, a tym czasem coś dziwnego działo się wokół oskalpowanego inwalidy, który, ostatecznie, w ogóle nie był inwalidą. Czego szukało ABW? A że czegoś szukało, tego Pater był pewien.

Dziś rano zadzwonił do Wielocha. Czuł, że ten mężczyzna, który niejednego zwiódł  swoją powierzchownością rumianego cherubina, może dziś się przydać. Potem poszedł, jak sam mawiał, wyspowiadać się w „Profesjonale”. Kasjerki z niebieskimi tipsami dziś nie było. Kupony przyjmował szef lokalu.

-Dobrze  pana widzieć – sapał, licząc pieniądze. -Wie pan, my też przywiązujemy się do stałych klientów. To tak jak z nałogiem, rozumie pan? Pater nie rozumiał i nie chciał rozumieć. -Tak jak z papierosami. Jak nie ma was, zaczynam kręcić się tu niespokojnie – raz jeszcze odliczył pieniądze. Więc cieszę się. A Ghana? Nie zapomniał pan o Ghanie? I co się z panem działo?
-Mam spiętrzenie w firmie. Ghany nie obstawiam.

Windy nie działały. Pater i Wieloch wspięli się na trzecie piętro, oglądając po drodze napisy, wypalone papierosami na ścianach i sufitach. Nadkomisarz całe przedpołudnie próbował dodzwonić się do Ryby. Telefon  asystenta z „Edenu” cały czas milczał. Zdał się na przypadek. Może go zastaną w domu. Pater zadzwonił. Drzwi otworzył szczupły, niewysoki mężczyzna z włosami związanymi w kucyk.

-Czy zastaliśmy Marcina Rybę – nadkomisarz i aspirant wyćwiczonym ruchem wyjęli legitymację.
-On tu nie mieszka – mężczyzna czujnie wpatrywał się w dokumenty Patera.
-A pan? Pan tu mieszka? – Wieloch na wszelki wypadek przyblokował stopą drzwi.
-Mieszkam. To znaczy… nie mieszkam. Na dziewiątym mieszkam tak naprawdę – mężczyzna był coraz bardziej zdenerwowany.
-Tego kutafona nie ma – w drzwiach stanęła kobieta z rękami umazanymi we krwi. W jednej dłoni trzymała nóż. Dopiero po chwili Pater zrozumiał, że na jej rękach zastygły skrawki wątróbki i ślady przygotowywanej kolacji. -I mam, nadzieję, że więcej go nie zobaczę. Krzyk dziecka dobiegł gdzieś z pokoju. -Cicho tam masz być! – krzyknęła. A jeśli go szukacie, idźcie do „Alladyna”. Ma tam platynową kartę stałego klienta – zarechotała. -Dziś będzie po raz dwa tysiące dwudziesty czwarty. Nazywają go „Metyl”. Jak ten z „Pittbulla”. – teraz już śmiech przeszedł w rzężenie.

– Aktor w alkoholowej telenoweli – powiedział Pater, kiedy już zamknęły się drzwi.
-Niezły odjazd, co? – Wieloch kończył loda z pistacjowymi gałkami.
-Ludziom się wszystko miesza – mruknął Pater.
-Wyjaśnię to panu – chrzęst wafla w wielkich szczękach Wielocha był dobrze słyszalny. – To teraz w blokowiskach norma. Ten podstarzały hipis z kucykiem mieszka z Rybą. To znaczy, z kobietą. Jestem pewien, że swoje mieszkanie na dziewiątym piętrze wynajmuje jakimś studentom i z tego oboje żyją. Sam mam takie dwie parki u siebie w bloku. Zresztą – ciągnął aspirant – gdybym był sam, poszukałbym sobie babki po sąsiedztwie. Szczęście jest i kasa jest. 
Pater popatrzył przeciągle na podwładnego. Byli przed osiedlowym barem „Alladyn”. „Alladyn” i „Mandaryn” – skojarzyły się Paterowi orientalne nazwy. Miejsca te miały jednak tyle z sobą wspólnego, co Charlie Haden z piosenkami Shakiry. Czyli nic.
 

Gdańsk, bar „Alladyn”, 25/06/2006 / 19:00

Mimo że drzwi i okna były pootwierane, w środku unosiły się opary alkoholu, frytek na zjełczałym oleju i potu. Paterowi przypomniał się smażony kot w pięciu smakach i nadkomisarz poczuł nagły ucisk w żołądku. Dwóch chłopaków stało pod oknem, obejmując się. Jeden trzymał flaszkę wódki, drugi – dwa piwa. Trzeci robił im zdjęcie telefonem komórkowym. Ten z piwami, w czerwonych spodniach od dresu, wciąż trzymając butelki, wyciągnął palce wskazujące w kierunku obiektywu jak na hip-hopowym teledysku. -Jebać! Jebać szkołę, jebać – zaśpiewał, zagłuszając Natalię Kukulską i rapera Tede w szafie grającej. Trzy lata temu – skojarzyło się Paterowi – trzy lata temu to nagrali. W tym roku gdy rozpadło się jego małżeństwo. -Jebać szkołę jebać – zawtórował drugi  chłopak. Skończył się rok szkolny i małolaty dawały upust swojej nienawiści i wolności w  osiedlowych barach.

Marcina Rybę poznali od razu. Siedział w rogu z dwoma kolegami, wykonując coś, co w języku bokserów nazywa się head movement. Głowa sanitariusza odchylała się raz na lewo, by za chwile niespodziewanie wykonać unik w prawą stronę przed niewidzialnym ciosem.

-Mam nadzieję, że przyjmiecie to z pełnym zrozumieniem, jeśli dosiądziemy się na chwilę. Mamy – Wieloch wyjął legitymację – kilka pytań do Marcina.

Jego kompani przyjęli to z pełnym zrozumieniem. Popatrzyli na siebie i po chwili skład osobowy przy stole zmienił się.

-Nazywam się Pater – nadkomisarz potrząsnął ramieniem Ryby. -Prowadzę dochodzenie w związku z tym, co wydarzyło się w „Edenie”. Pańska żona powiedziała, że tu pana znajdę.
Ryba ocknął się. -Suka. Zwyczajna dziwka – mówił tak, jakby miał szczękościsk.
-Pańska przeszłość mnie nie interesuje – ciągnął Pater. Wiem o żonie. I… o akwarium. Ale powiem panu, że zdarzają się gorsze historie – ciągnął. Gość pracuje na budowie. Libia czy coś takiego. I kontrakt kończy mu się tydzień wcześniej. Postanowił zrobić niespodziankę żonie, wraca, a tu ona robi mu niespodziankę, rozumie pan, co mam na myśli – Ryba drgnął niczym ukłuty igłą.
-No ciekawe – Wieloch nie mógł się powstrzymać. -Nie znam tego.
-No i mąż, jak gdyby nigdy nic, mówi do kochanka: skoro już tak się zdarzyło, trudno, napijmy się wódki, tak na zgodę. Dam ci kasę, to było jeszcze w setkach tysięcy starych złotych, idź na piąte i kup flaszkę. Powiedz tylko, to takie hasło na mecie, „nie widziały gały co brały”. Facet poszedł i kupił. Wypił i stracił wzrok.
-Alkohol metylowy, tak? – Wieloch pokręcił z podziwem głową. -Nie widziały gały, co brały…
-I nic już więcej nie zobaczyły. Prokurator chciał potem dowieść, że faceta oślepiono z premedytacją, ale wszystko wskazywało na to, że trafił na felerną butelkę – nadkomisarz zobaczył napis nad barem. „Ten kapuje, kto nie pije”. To  nie koniec – Pater patrzył na napuchniętą twarz Ryby. -Ten gość, mąż, przybił do ościeżnicy banknot o takim nominale, jaki dał gachowi na wódkę. I gdy przychodzili znajomi mówił: „Moja żona za taką sumę się puszcza. Chcesz ją?”. Mówił tak każdemu. A kobieta skończyła w psychiatryku. A tak przy okazji – potrząsnął Rybą – jak ty możesz pracować w „Edenie” i tak chlać?
-Piję, gdy nie pracuję. Poza tym jestem profesjonalistą – Ryba znów wykonał head movement.
-No to powiedz mi coś o Czekańskim – Pater ściszył głos i usłyszał stukot monet z automatu King House of Poker. Mszyna wypłaciła komuś premię.
-Czekański to skurwiel – sanitariusz chwiał się jak bokser na linach w piętnastej rundzie. – Potrafił powiedzieć, że jedzenie mu nie smakuje, strącić talerz na podłogę i kazać sprzątać po sobie. I tak trzy razy z rzędu. Ale profesor Libling to akceptował, bo to dziany gość – aby wypowiedzieć tych kilka zdań Ryba potrzebował dobrze ponad minutę, co chwila walcząc ze szczękościskiem. W castingu na prezentera MTV miałby raczej marne szanse – pomyślał o sanitariuszu Pater.
-A Maziarski? Dlaczego zaprzyjaźnił się z Maziarskim?
-Zaprzyjaźnił to złe słowo. Profesor miał go za idiotę. Ciągle wygrywał z nim w szachy. Aż nagle powiedział, że Czekański to ciekawy przeciwnik. Tak powiedział. Zaczął z nim spędzać całe wieczory. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy, powiedział coś w stylu: „Każdy gra swoją grę. Ciekawe, który wygra”.
-Kiedy to było?

W tym momencie głowa Ryby znów opadła, a Pater poczuł czyjąś obecność. Nad nim stała młoda dziewczyna.

-Co pan robi w taki miejscu? – zapytała, a Pater przypomniał sobie wytatuowaną różę i plaster antykoncepcyjny na opalonym ramieniu.
-Mógłbym o to samo panią zapytać? – uniósł głowę. -Widziałbym panią raczej w jednym z modnych klubów Trójmiasta.
-Lubię bezpretensjonalne miejsca, takie jak to – Ewelina Kucaj omiotła spojrzeniem stoliki i pomachała chłopakowi w czerwonych spodniach. -Ciekawe czy nadal rozmawia pan o aborcji? – zapytała z nieskrywaną złośliwością.

Ostanie słowo sprawiło, że głowa Ryby odskoczyła, jakby nagle cios podbródkowy od nieznanego przeciwnika dosięgnął celu. Wyprostował się  i popatrzył  na studentkę doktora Marcińca nieprzytomnym spojrzeniem.

-Kurwa, suka…

Gdyby Ryba wypił mniej zapewne dostrzegłby ruch głową wykonany przez nadkomisarza Patera i znaczące spojrzenie posłane Wielochowi. Zamiast tego sanitariusz zobaczył swój palec wskazujący w czyjejś wielkiej dłoni. Zmieniał on powoli kąt w stosunku do pozostałych palców. Kąt rozwarcia przekroczył dziewięćdziesiąt stopni, a Wieloch nie zwalniał uchwytu. Ryba jęknął i zaczął zsuwać się z ławy, na której siedział.

-Co on mu robi? – pistacjowe oczy studentki były wielkie jak kulki lodu, które niedawno zjadł Wieloch. -Niech on przestanie! Nie chcę takiego obrońcy! Sama potrafię sobie dać radę z takim osiedlowym macho! – wrzasnęła.
-Ma pani swoje bezpretensjonalne miejsca – powiedział Pater i spojrzał jej w oczy. Może gdybym był młodszy o piętnaście lat i o piętnaście lat głupszy… – pomyślał.

Kąt rozwarcia powiększył się i Ryba teraz klęczał.

-Tu nie chodzi o panią – powiedział Pater. – To za akwarium. To za akwarium, słyszysz – szepnął Rybie.

Pater wiedział, że nie jest to cała prawda. Ewelina Kucaj patrzyła pistacjowymi oczami i nic nie rozumiała.

***

OD REDAKCJI:

Tu kończymy internetową publikację pierwszej części powieści. Wersja książkowa ukaże się wiosną 2008 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.

Gdańsk, 23/06/2006, plebania kościoła św. Marcina

2007/04/16, poniedziałek

– Przecież nie powiedziałem, że Czekański nie żyje. Tym bardziej – nadkomisarz zmrużył oczy – nie powiedziałem, że ktoś go zabił.
 
W radiu informowali o kolejnych strajkach, potem spiker płynnie przeszedł do wydarzeń na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Pater poczuł ból w skroniach. Już czas, by pójść do „Profesjonału” i obstawić wyniki. I może wreszcie obejrzeć wieczorny mecz.

– Pyta pan, jaki to był, jest – Plewniak szybko poprawił się – człowiek… Myślę, że szalenie nieszczęśliwy. I bardzo samotny… Tak to jest, gdy błyskotliwy intelekt nie idzie w parze z wartościami i wiarą w Boga.

Pater miał przez chwilę wrażenie, że ostatnie zdanie dotyczyły nie tylko Czekańskiego. W głosie księdza wyczuł gorycz i wolał nie drążyć tematu.
 
– Ostatnia sprawa, proszę księdza. Co to są rany symboliczne? Słyszę o tym od kilku dni…

– Najkrócej mówiąc – Plewniak ożywił się. – Chodzi o chirurgię rytualną. Po polsku ma pan książkę Brunona Bettelheima, to znany…

– Wiem kto to jest – mruknął Pater. – Czytaliśmy go na studiach. Psychoanalityczna interpretacja baśni. Pater wiedział także, że szwajcarski uczony zajmował się leczeniem dzieci autystycznych, ale wiedzy na ten temat nadkomisarz nie zdobył na wykładach.

– No więc Bettelheim twierdzi, że rany symboliczne są często związane z androgynicznymi marzeniami ludzi, a zwłaszcza z niedowartościowaniem pierwiastka męskiego. Żyjemy w kulturze stworzonej przez mężczyzn, tymczasem jeden z najważniejszych przejawów życia, możliwości prokreacyjne, są przypisane tylko jednej płci. Dlatego mężczyźni w wielu kulturach…
– Dlaczego ta tematyka księdza tak interesuje? – przerwał Pater. Znowu powrócił obraz z sali wykładowej. Niż demograficzny i wyzwolona studentka z plastrem antykoncepcyjnym zdawała się przeczyć wywodom księdza Plewniaka.

– Chciałem zająć się ranami Chrystusa jako ranami symbolicznymi. Miałem pewną swoją koncepcję… Ale to był błąd. Chyba – głos księdza zadrżał – posunąłem się za daleko.
 
Wiadomości w radiu skończyły się. Jakaś polska piosenkarka śpiewała, że nie chce widzieć go nigdy więcej, choćby upadł na kolana.
 
– Wracając do ran – Plewniak przerwał niezręczną ciszę. – Na Wyspie Menstuujących Mężczyzn – tak komisarzu, jest taka wyspa znana także jako Vokeo – mężczyznom rytualnie nacina się penisa, a inicjowanego określa dokładnie tym samym słowem, co menstruującą kobietę. A na przykład u ludu Manam określeniem aine imoaziri opisuje się dziewczynkę, która po raz pierwszy ma okres. Jeden z obrzędów, jakich aine imoaziri doświadcza, polega na nacinaniu jej pleców i klatki piersiowej inicjowanej. Nie wiem, co pana interesuje i jaki może mieć to związek z profesorem…

– A skalpowanie? Czy skalpowanie można potraktować w kategoriach chirurgii rytualnej.
– Skalpowanie? Odgrywa często taką rolę, jak inkorporacja, czy, jak pan woli, kanibalizm. Chodzi o pozyskiwanie mocy pokonanego wroga. Proszę mi powiedzieć – głos księdza Plewniaka po raz pierwszy stał się natarczywy – rozumiem, że pyta pan nie bez powodu…

Pater milczał. Czuł, że powiedział o jedno zdanie za dużo. W radiu trwał głupi konkurs, czy jutro na Wybrzeżu będzie wreszcie padać. Gdy żegnali się przed dziesiątą, nadkomisarzowi wydawało się, że rozstają się bez tej serdeczności, którą proboszcz roztaczał wokół siebie dwie godziny temu.

Ksiądz Plewniak chował koniak do barku, gdy usłyszał pukanie.

– Właściwie co ksiądz miał na myśli, gdy powiedział, że Czekański znalazł się w centrum uwagi? – Pater stał w uchylonych drzwiach.

Plewniak milczał.

– Proszę, niech pan jeszcze wejdzie i zamknie drzwi – powiedział po chwili – widzi pan, profesor Czekański zadzwonił do mnie dwa tygodnie temu – ksiądz oparł się ciężko o stół. Wyglądał na zmęczonego. Przez chwilę Pater miał wrażenie, że za chwile podniesie ciężki mebel i ciśnie w niego. -Nie wiem, skąd miał numer. Zapytał, czy mógłbym przyjechać i go wyspowiadać. Nie mogłem tego zrobić…

– A może ksiądz nie chciał? – szybko zapytał Pater.

– Nie mogłem pojechać – z naciskiem powiedział Plewniak – ale poprosiłem o to księdza z parafii, znajdującej się blisko „Edenu”. Dziwna nazwa swoją drogą – milczał przez chwilę, a Pater słyszał skrzypienie drewna pod jego stopami. – W zasadzie nawet tego, nie powinienem panu mówić, ale trudno. Wieczorem odebrałem telefon. Dzwonił tamten ksiądz. Powiedział: „Proszę mnie więcej o to nie prosić”.
– A czy powiedział w tej rozmowie coś jeszcze?

– Zapewne pan wie, że obowiązuje nas tajemnica spowiedzi…
– Ale gdyby jednak księdzu coś powiedział? Albo, załóżmy, wyspowiadał się? – Pater był nieustępliwy.

– To i tak nie mógłbym panu tego powtórzyć – Plewniak rozłożył ręce. Spowiedź odbywana przez księdza nie zwalnia go z tajemnicy, włącza w nią natomiast spowiednika. To działa trochę na zasadzie reakcji łańcuchowej…
– A dlaczego ksiądz od razu mi o tym nie opowiedział? – Pater znów stał w uchylonych drzwiach.

– Bo pan o to nie pytał.

Drzwi kościoła były już zamknięte. Ktoś jednak przy nich majstrował. Gdy młody chłopak zobaczył Patera, zaczął uciekać.

– Ej, stój! – krzyknął nadkomisarz i podbiegł, ale chłopaka już nie było.

Na drzwiach kościoła ktoś, pewnie ten, który uciekał przed chwilą, zostawił biało-czerwoną wlepkę. W pierwszej chwili Paterowi wydawało się, że postać na wlepce to ksiądz Plewniak. Dopiero po chwili rozpoznał Jacka Kuronia z nieodłącznym, dymiącym papierosem. Na dole biegł napis: „Nie palcie komitetów! Zakładajcie własne”. Radykalizacja nastrojów. Upał i strajki. Ludziom się wszystko miesza – przypomniał sobie Pater.

Migrena była nie do zniesienia. Pater przez chwilę zastanawiał się, czy nie zostawić samochodu do następnego dnia. Mógłby zadzwonić po któregoś z chłopaków i poprosić o podwiezienie, ale oficjalnie był na urlopie. Odkręcił szyby w corolli i wpatrywał się w deskę rozdzielczą.

W domu włączył Beatlesów. „A Day In The Life”. Pater lubił zagadki. „Sierżant Pieprz” – legendarna płyta chłopaków z Liverpoolu, z których o dwóch mówi się już w czasie przeszłym, kończyła narastająca kakofonia orkiestry i wybrzmiewający przez kilkadziesiąt sekund fortepianowy akord. I po pauzie, gdy wielu zdążyło już wyłączyć płytę, pojawiają się dziwne, zapętlone odgłosy wybijające z nastroju błogiego nastroju. Pater czytał gdzieś, że fani Beatlesów do dziś spierają się, o co w tym zakończeniu chodzi.

Mimo środków przeciwbólowych ból całkiem nie ustąpił. Pater nie miał ochoty słuchać irytującego zakończenia, wyłączył płytę, gdy gasł akord fortepianu. „A Day In The Life”. Myśli z kończącego się dnia tasowały mu się w głowie niczym karty w rękach wytrawnego gracza. Maziarski. Czekański. Wyspa Menstruujących Mężczyzn. Studentka z różą. Sekty. Neopoganizm… Wszystko się miesza. Jeden syf… Rany symboliczne. Kogo Czekański mógł tak zranić? Jak daleko trzeba sięgnąć do przeszłości? Czy ktoś zemścił się po latach? Zginął -nie zginął? Zabił – nie zabił? „Proszę mnie więcej o to nie prosić”. Pater przypominał ślepca, który rozpaczliwie szuka punktu oparcia. Gdzieś ten punkt musi być.

Reakcja łańcuchowa. Ktoś w „Edenie” uruchomił reakcję łańcuchową. Ale kto?

Tego wieczoru nadkomisarz Pater znów nie włączył telewizora i nie obejrzał meczu. Także doktor Marciniec nie widział, jak krytykowany dotychczas, wyśmiewany i otłuszczony Ronaldo strzela dwa gole skośnookiemu bramkarzowi Japonii. W telefonie komórkowym skandynawisty rozległ się dzwonek z piosenki „Toxic” Britney Spears.
 
– Szczęść Boże… – Marciniec usłyszał cichy głos.

Gdańsk, 23/06/20:15

2007/04/3, wtorek

Postanowił, że zostawi samochód przy Placu Obrońców Poczty Polskiej. Na siedzeniu dla pasażera leżała kartka napisana przez doktora Marcińca. Raz jeszcze popatrzył na zanotowane nazwisko. Tak, Marciniec miał rację. Pater nigdy by nie pomyślał, że właśnie ten człowiek jest specjalistą od ran symbolicznych.
 
Kilka porywistych podmuchów wiatru zapowiadało zmianę pogody, podobnie jak łupanie w skroniach, z którym Pater, nazywany już na studiach, „meteopaterem”, zupełnie sobie nie radził. Nadkomisarz postanowił się przejść. Nad dachem kościoła świętej Katarzyny, spalonym w niedawnym pożarze, unosiło się kilka chmur, które w świetle zachodzącego słońca przypominały wciąż żarzące się ogniska. Po kilkunastu minutach Pater był na miejscu.

Sam nie wiedział dlaczego, ale zamiast skierować się do części mieszkalnej, skierował się do głównego wejścia kościoła. Drzwi były otwarte, ale by dostać się do środka trzeba by sforsować olbrzymią kratę, jakiej nie powstydziłby się skarbiec Narodowego Banku Polskiego. Obcym wstęp wzbroniony – pomyślał Pater. Sam czuł się obcym w tym miejscu od dwunastego roku życia, gdy umarł jego ojciec. Bóg nie dotrzymał słowa – mówił potem. Uważano go za czarną owcę w wierzącej rodzinie, nikt nie domagał się od niego, by był ojcem chrzestnym lub świadkiem na ślubie, a zdarzało się także, że pomijano go nawet przy zaproszeniach na komunie licznych bratanic i siostrzeńców.

– Dzień dobry, komisarzu – Pater nie usłyszał zbliżających się kroków. Po mszach zamykamy. Takie czasy – powiedział zwalisty mężczyzna w sutannie.

Wiek księdza Jana Plewniaka był trudny do określenia. To samo Pater wielokrotnie słyszał o sobie. Ponoć ludzie pracujący w mundurach i służbowych uniformach zatracają rysy osobowe, a ich biografie wtapiają się w historię instytucji. Pater niezwykle rzadko zakładał mundur, a jednak w jego rysach była pewna niejakość. Przynajmniej tak uważał. Znakiem szczególnym księdza Plewniaka były natomiast dłonie. Ruchliwe i wielkie jak góralski chleb.

– Nic się pan przez te lata nie zmienił – szepnął ksiądz, gdy usiedli przy kawie na plebanii kościoła świętego Mikołaja. Osiem lat temu Pater prowadził sprawę zabójstw w środowisku kleryków na Wybrzeżu, wtedy się też poznali. Gdy po latach zadzwonił do proboszcza, nie musiał się przypominać. Ksiądz najwyraźniej pamiętał też, by zwracać się do Patera per „pan”. Z kolei nadkomisarz nie przypominał sobie, by Plewniak zdradził się przed laty ze swoją wiedzą z dziedziny antropologii. Ale wówczas nie było takiej potrzeby. Wyglądało jednak na to, że nadkomisarz został dziś skierowany do właściwej osoby. Świadczyła o tym choćby półka z książkami, wśród których na centralnym miejscu stały dzieła zebrane Bronisława Malinowskiego.

– Nie gorszy to parafian księdza? – Pater skinął głową w kierunku półki, na której stało cicho grające radio.

– Co? Ach, „Życie seksualne dzikich”! – Plewniak uśmiechnął się. Nie, ci, co znają mnie dobrze, wiedzą o moich zainteresowaniach. No to widzę – ksiądz strząchnął popiół z papierosa – że profesor Czekański znalazł się w centrum uwagi.

Pater opowiedział o zniknięciu w „Edenie”, choć większość szczegółów pozostawił dla siebie. Powiedział też o rozmowie z Marcińcem, o skalpie, czaszkach i toastach. Na krótko powrócił obraz wytatuowanej róży na opalonym ciele, ale o tym już nie wspomniał.

– Wszystko się zgadza, a tak na marginesie, bo to też pana pewnie ciekawi, doktor Marciniec to mój parafianin – odrzekł Plewniak – Dodajmy do tego jeszcze czaszkę po angielsku, czyli skull oraz po szwedzku – brzmi to bodaj skalle. Do dziś w Skandynawii można spotkać ludzi, którzy praktykują stary zwyczaj: gdy piją toast, patrzą w oczy, a drugą rękę kładą na sercu, na znak, że nie mają wrogich zamiarów. Jakkolwiek z czaszek wrogów już się nie pije – dodał Plewniak.

– Jak ksiądz poznał profesora Czekańskiego?
 
– Byłem jego studentem – widząc zdziwienie w oczach Pater dodał: – Studiowałem antropologię kultury. To często wybierany kierunek studiów przez tych, którzy chcą być misjonarzami. Mnie ostatecznie – zawiesił głos – pisana była inna droga, zresztą moim marzeniem była Afryka, a Czekański to specjalista od sekt w Europie i Ameryce Północnej. Zresztą miał co robić…

– Nigdy nie sądziłem, że to jakiś poważny problem – Pater bez przekonania kręcił głową. Przypomniał sobie zjazdy wikingów, dużo krzyku i bieganiny w skórach, których cena wielokrotnie przekraczała policyjną pensję. Pamiętał, że niektórzy wikingowie mieli nawet skórzane etui na telefony komórkowe, co utwierdzało go w przekonaniu, że ta cała zabawa dotyczy głównie biznesmenów spragnionych wrażeń po godzinach.

– Najczęściej kończy się na trzydniowym pobycie w osadzie, niekiedy na studiowaniu run – Plewniak ruszył do barku. Napije się pan koniaku? – zapytał, a widząc odmowną reakcję Patera, mówił dalej: – Tacy, o których pan mówi, naleją sobie miodu, wyleją na ziemię pierwszą szklankę na zdrowie Odyna, a potem, po całej imprezie, wrócą do zacisznych gabinetów pomnażać majątek. Ale są groźniejsze zjawiska: ruchy, które wierzą w nowe średniowiecze, krzyżówkę neopoganizmu z satanizmem, do tego dochodzą wyobrażenia apokaliptyczne i eschatologiczne, rytuały w sektach i to już nie są żarty. Takie czasy, że ludziom się wszystko miesza. Po tych rytuałach nierzadko pozostawały trupy. Takie właśnie sprawy fascynowały Czekańskiego. A jeszcze bardziej interesowały policję z kilku krajów, która zwracała się do profesora po ekspertyzę.

– A jaki to człowiek? – jak echo powróciło pytanie, które wiele godzin wcześniej usłyszał Marciniec.

Pater po raz pierwszy zauważył, jak olbrzymie dłonie księdza Plewniaka zadrżały.
      
Rozumiem, że sprawa jest poważna – ksiądz spojrzał Paterowi w oczy. Powiem tylko o jednym. Czekański miał taki zwyczaj, że spośród studentów wybierał sobie ofiarę. W mniej lub bardziej subtelny sposób dręczył taką osobę. Na ogół ludzie pękali. O tych, którzy nie pękli, zwykł mawiać, że przeszli prawdziwy obrzęd… Komisarzu, proszę mi powiedzieć, myśli pan, że to ktoś z jego byłych studentów, go zabił? – zapytał nagle Plewniak.