Paragraf 10

– Gdzie?

Klepka zawahał się.

– Wisi na Moście Augustowskim. Jak upiorne bungee.

Szulc zmełł w ustach przekleństwo.

– A gdzie Profesor?
– Właśnie tam jedzie.
– Zawróć go. Ma tu być za 5 minut. – Szulc już układał w głowie plan na następne godziny. – Cholera jasna! Powiedz Bogusiowi, że ma zebrać wszystko co wiemy o całej trójce. Wszystko! Pomożesz mu. Walnijcie to na ścianę w biurze. Po amerykańsku. Cokolwiek ich łączy, numer buta, pasta do zębów, cokolwiek, macie to znaleźć. Jak nie dacie sobie z czymś rady, to wiesz po kogo dzwonić.

Klepka, który już wybierał numer Profesora, podniósł niepewnie głowę.

– Jesteś pewien, Szefie?
– Tak, kurwa, jestem! Nikt się na tym nie zna tak jak ona. I nie obchodzi mnie, że jest na emeryturze. Nie pozwolę, żeby mi ktoś mordował ludzi w moim mieście.

Trzasnęły zamykane drzwi.

Most Augustowski był zabytkiem pierwszej klasy. Cudem architektury renesansowej. Cudem było, że wojnę przetrwał niemal nietknięty.

Dla Szulca było to miejsce szczególne. W młodości często tam chodził. Z Nią. „Gorszego miejsca nie mogłeś wybrać, kolego” – pomyślał, gdy zatrzymywał samochód na parkingu w pobliżu Mostu. Augustowski był otwarty tylko dla pieszych.

Szulc odebrał od jednego z policjantów wstępny raport. Wsadził go pod pachę i wszedł pod dach. Uczucie było niezwykłe, jakby nagle znalazł się w długiej na 200 metrów, wznoszącej się łagodnie nawie katedry. Nie należał do ludzi religijnych. W każdym razie już nie. Ale potrafił docenić piękno budowli. A zniszczone przez wiatr i czas rzeźby spoglądały na niego pustym wzrokiem, gdy wspinał się powoli po łuku.

Policjant stojący na szczycie przywitał go niedbałym salutem.

– Ciężki dzień, co, Inspektorze? – powiedział, wskazując na gruby sznur przywiązany do jednego z filarów.

Szulc podszedł do masywnej kamiennej poręczy i spojrzał w dół.

– Ja nie miewam lekkich dni, Czubała. 
 
 
Od Redaktora:

Rozkręcacie się. To miłe. Kapitanowi Gołaszewskiemu dziękujemy za intertekstualne nawiązania do akcji ?Lato z kryminałem?. Piterowi – za list samobójcy i poczucie humoru. Cintryjce – za maczetę. Stevenowi Kingowi – za poszukiwania trzeciego do brydża. Rozwijamy odcinek podpisany nickiem Geralcik. Zwłaszcza trup wiszący jak upiorne bungee robi wrażenie.
 
Następny kontakt w piątek koło południa. Piszcie i bawcie się dobrze.

PS. Zwróćcie uwagę, że Szulc sugeruje, by zwrócić się do kogoś, kto już jest na emeryturze. Może to też jakiś trop?

Wpis “Paragraf 10” skomentowano 8 razy

  1. aselniczka pisze:

    Zaraz zaraz. Ale czy cała akcja nie dzieje się w Warszawie? Bo w Wawie nie ma mostu Augustowskiego…

  2. Kryminalny pisze:

    Z wcześniejszych „od redaktorskim” sugestii wynika, że powieść nie ma być osadzna w realiach Warszawy, bo nie wszyscy je znają. Można więc zmyślać do woli, byle tylko było to wiarygodne 🙂 Tyle tylko, że nie mam pomyslu…

  3. aselniczka pisze:

    Znaczy, bo wcześniej była mowa o Parku Skaryszewskim, więc wydawało mi się, że rzecz dzieje się w Wawie, a z komentarzy zrozumiałam, że nie należy jeno za bardzo szafować topografią miasta, bo nie każdy może się orientować. Ale to juz chyba przesada 🙂
    No nic, jeśli przyjmiemy, że miasto jest nieokreślone – fikcyjne większe polskie miasto – to po problemie.

  4. zupa z trupa pisze:

    Istnieje jeszcze taka kategoria jak FIKCJA LITERACKA. Pewna dowolność. Jedyną granicą- wyobraźnia twórcy. Ale- rzeczywiście. Weszło do głowy już jakoś na początku, mniej lub bardziej zamierzenie, że akcja toczy się w Wawie.

    Poza tym- jest to jak najbardziej do zaakceptowania, o ile wiąże się z tym CELOWY zabieg autorski, jakaś próba nawiązania gry z czytelnikiem. Blady Blog jest wciąż otwarty, więc kto wie. Może za jakiś czas ktoś podejmie się wyjaśnienia, wplatając to umiejętnie w fabułę, skąd ta augustowskość. A może wierzę w cuda.  😉

  5. Lis pisze:

    Podczas, gdy Szulc na Moście Augustowskim szukał mordercy, jego dwaj podkomendni siedzieli w biurze i zbierali informacje dotyczące ofiar. Profesor rozpinał wszystkie znalezione dane na starej, odrapanej tablicy wyciągniętej z podziemnego magazynu Komendy Policji. Klepka natomiast szukał kontaktu do osoby, która mogła im bardzo pomóc w dalszym śledztwie. Wreszcie znalazł jakiś notatnik szefa, i przejrzał go w poszukiwaniu numeru. Znalazł. Magdalena Korczyńska była psychologiem policyjnym, biorącym udział w kilku głośnych sprawach jeszcze za czasów PRL, i działającym aż do roku 2002, kiedy to przeszła na emeryturę. Chyba żaden psycholog w Polsce nie ma takiego doświadczenia w poszukiwaniu seryjnych morderców jak Korczyńska. Zaczynała w latach ?60, kiedy to pomagała schwytać groźnego mordercę ze swojego rodzinnego miasta (Krakowa), Kamila Kota. Już trochę później była członkinią grupy ?Anna?, zajmującej się poszukiwaniem Wampira z Zagłębia, i to dzięki,po części jej, profilom psychologicznym udało się go złapać. Któż inny lepiej nadawałby się do pomocy przy sprawie prowadzonej przez Nadinspektor Szulca? Muł wykręcił numer znaleziony w notesie.
    – Pani Korczyńska? ? spytał niepewnie do słuchawki.
    – Tak, o co chodzi? ? usłyszał w odpowiedzi.
    – Jestem podkomendnym nadinspektora Szulca i?
    – Szulca? ? przerwała mu brutalnie ? Znowu jakaś sprawa?

  6. Cintryjka pisze:

    Profesor naprawdę się starał. Bo naprawdę się bał. Nawet nie faktu, że ma Szulcowi do przekazania nie najlepsze wieści. Nie jedną, a dwie. Po pierwsze ? i mimo wszystko mniej groźne ? Komendant Główny kategorycznie zażyczył sobie rozmowy z nadinspektorem, zapewne w sprawie postępów w śledztwie, a raczej ich braku. Po drugie ? w sprawę włączyła się czwarta władza, a konkretnie jeden z bardziej znanych dziennikarzy śledczych, Ryszard Szczypiorek, gwiazda dziennika Bulwar. Klepka co prawda na razie przekonał go dosyć skutecznie, że jeśli nie przestanie się kręcić po komisariacie, ma wielkie szanse na zostanie pierwszą w historii dziennikarstwa gwiazdą spadającą, i to z hukiem. Problem, w postaci zdobiącego pierwszą stronę dzisiejszego Bulwaru artykułu, bogato ilustrowanego zdobytymi nie wiedzieć skąd zdjęciami, jednak pozostał. Ale nie gniewu szefa i dociekliwości apostołów wolnego słowa Sztyc bał się najbardziej. Za wszelką cenę nie chciał wykonać pewnego telefonu. A wiedział, że, jeśli szybko czegoś nie wykombinuje, będzie musiał.
    Już miał się poddać, gdy nagle doznał olśnienia.
    – Znalazł się ten zaginiony Mariuszek? ? rzucił od niechcenia.
    – Yyyy…jaki znowu Mariuszek? ? Muł potrzebował chwili na skojarzenie faktów.
    – No, ten, co to nie lubi, żeby mu wchodzić z butami do pokoiku ? podpowiedział Boguś.
    – A, ten od papieża…Pojęcia nie mam.
    – No, to masz nowe zadanie. Znajdź go.
    – Ale on zaginął.
    – Na tym polega zabawa ? Sztyc postanowił tym razem zrezygnować z kpin.
    Muł trzasnął służbiście obcasami (zdecydowanie za dużo JAG ? pomyślał Profesor), zgarnął dokumenty dotyczące zaginionego i zniknął.
    ***
    Komendant milczał, jednak pulsująca żyła na jego skroni była wymowniejsza od słów.
    – Pan mnie wzywał? ? spytał zatem Szulc z głupia frant.
    – Ojczyzna pana wzywa, nadinspektorze. A pan szabli nie chwytasz, na koń nie siadasz? LARUM GRAJĄ! ? wydarł się z nagła, ciskając w Szulca szpaltą gazety.
    – ?KTO POCIĄGA ZA SZNURKI W STOLICY?? ? litery nagłówka ociekały krwią, podobnie jak świetnie znane Szulcowi zdjęcia pod nimi.
    – Tanie zagranie ? mruknął pod nosem. Zwierzchnik dosłyszał.
    – Sznurek, jaki panu sprokuruję, jeśli nie znajdzie pan szybko odpowiedzi na to pytanie, też nie będzie drogi, ale osobiście dopilnuję, by pana utrzymał.
    ***
    Tuż po wyjściu z gabinetu Szulc wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer, którego, mimo starań, nie był w stanie wyrzucić z pamięci. Przez trzy sygnały nikt się nie zgłosił, co sprawiło, że w jego serce wstąpiła nadzieja.
    – Tak? ? szczeknął krótko glos w słuchawce.
    Nadinspektor Szulc się kła… ? połączenie zostało przerwane.

  7. ktp. Gołaszewski pisze:

    – To samo, co zwykle.
    Kieliszek stuknął o marmurowy kontuar. Wściekły pies szczerzył do Szulca swe malinowe zęby i wybałuszał przezroczyste oczy nabiegłe krwią. Nadinspektor objął kieliszek wargami i duszkiem połknął wrogą zawartość; tak jak to czynił z tymi, którzy próbowali z nim zadzierać; prosto i szybko; jednym, gwałtownym ruchem.
    Telefon komórkowy, spoczywający w kieszeni spodni, odezwał się krótkimi, rwanymi wibracjami.

    ?Nie wygląda to na żarty,
    Wnet pojawi się i czwarty.
    A, że z Szulca wielki głupek;
    będzie piąty, szósty trupek.?

    Szulc uśmiechnął się niepewnie i pokręcił głową. Ona i jej wierszyki!
    Na początku nie wierzył, że coś z tego będzie; spodziewał się szklanej kuli, kart tarota i wróżenia z ręki. Okazało się, że wystarczy zwykły pokój, nawet z brudnymi oknami, biurkiem udekorowanym stertą papierów i wszechobecną wonią rozkładającego się potu. Pamiętał jak razem z Profesorem siedział z otwartymi ustami, wpatrując się w jej półprzymknięte oczy i wargi poruszające się niczym u spragnionego człowieka. Czasem wystarczyło dziesięć minut i wskazywała następną ofiarę, a czasem mijały tygodnie, nie przynosząc żadnych wskazówek.
    Telefon znów zawibrował. Szulc odebrał wiadomość.

    ?Dzwoniła do mnie ta kupa mięśni.
    Podobno Szulc dziś za mną tęskni.?

    Gdy przechodziła korytarzem ludzie milkli i zatrzymywali się jakby Bóg wcisnął pauzę na pilocie i świat znieruchomiał. Później pojawiły się rymowanki i wszyscy dostrzegli, że jest normalnym człowiekiem; oswoili się z jej odmiennością i traktowali jak patologa czy policjanta z drogówki. Ot, zwyczajna profesja.
    To ostatnia sprawa przesądziła o tym, że odeszła na emeryturę. Wskazała nie to miejsce i oskarżała się potem, że to przez nią zginęła niewinna osoba. Od tej chwili śledztwa ciągnęły się jak brazylijskie seriale, a Szulc obwiniał o to jakąś wewnętrzną blokadę, która pojawiła się, gdy przestała z nimi współpracować.
    Szulc spojrzał na zegarek. 18:40. Wyświetlacz rozjarzył się zielonkawym światłem i zabrzęczał jak komar.

    ?Nie wiem, czy mam coś robić dalej.
    Ty, w gardziołek znów sobie nalej.?

    Nadinspektor obrócił się na barowym krześle i spojrzał na ulicę. Poczuł się dziwnie nieswojo, zupełnie jakby ktoś go obserwował. Zapłacił barmanowi, wyszedł na zewnątrz i natychmiast pojechał na komendę.
    Kiedy dotarł na miejsce, Muł stał już przed drzwiami, przestępując z nogi na nogę. Policzki krzyczały purpurą.
    – Szefie, byłem u niej w domu, bo nie mogłem się dodzwonić- wydyszał.- Mieszkanie całe splądrowane. Na podłodze krew. Ekipa już tam jest.
    Szulcowi przypomniały się esemesy i godzina, którą zobaczył na wyświetlaczu.
    – O której tam pojechałeś?
    – Gdzie?
    – Cholera! Do mieszkania!
    – Nie wiem. Była szósta. Może dziesięć po.
    Szulc poczuł jak po plecach spływają mu strumyczki potu. Przecież ostatniego esemesa dostał za dwadzieścia siódma.
    Telefon znów zawibrował. Szulc odebrał wiadomość i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w wyświetlacz, na którym czarne litery układały się w następujące słowa: ?OBCYM WSTĘP WZBRONIONY.?

  8. Geralcik pisze:

    – Ruszaliście tu coś? – spytał Szulc.
    Czubała rozłożył ręce.
    – A co tu ruszać? Przecież ten na dole nigdzie się nie wybiera. Technicy, jak zwykle się spóźniają, to jeszcze pewnie powisi.
    Szulc rozejrzał się. Gruby sznur, z jednej strony przywiązany prostym supłem do filara mostu, znikał za krawędzią. Kamienne płyty wokół uwalane były wapnem.
    – Od miesiąca remontują nasz zabytek, stąd ten bałagan. Lina pewnie też stąd – wtrącił Czubała.
    – Są jacyś świadkowie?
    – Nie. Brygadzista zwołał wszystkich na codzienną odprawę, a jak wrócili, to facet już wisiał.
    „Oto i moje cholerne szczęście” pomyślał Szulc. „Żadnych śladów, żadnych świadków, tylko trupów przybywa.”
    Czubała odchrząknął.
    – Panie inspektorze… ” wskazał w dół mostu. Szulc, schylony nad kamiennymi płytami podłogi, obejrzał się przez ramię.
    „Moje cholerne szczęście…”
    Sapiąc i charcząc zbliżała się do nich potężna postać.
    – No i co, Szulc? Jak nie patrzeć, dupa z tyłu?
    Szulc podniósł się powoli.
    – Jak pan widzi, komendancie.
    Komendant Główny Roman Wilk nazywany był przez swoich podwładnych Napoleonem. Ale bynajmniej nie francuskim, a z racji swojego wyglądu – Orwellowskim. Fakt ten uciekał uwadze samego zainteresowanego. Wilk z krawężnika został szefem policji z nadania partii i od tego czasu z wielką pogardą odnosił się do każdego mądrzejszego od siebie.
    Na potknięcie Szulca czekał od kilku lat, a w tej sprawie Szulc potykał się już o własne nogi.
    – Są inni, którzy mogą się tym zająć, jeśli nie dajecie rady, ty i ten twój zespolik – komendant otarł pot strumieniami zalewający jego czerwoną twarz. – Minister i prezydent miasta jadą na mnie, jak po łysej kobyle, Szulc. A wiesz, co będzie jeśli nie zsiądą?
    Nadinspektor uprzejmie milczał.
    – Wylecicie. I będziecie sobie wtedy siedzieć przed komisariatem, a my wam wystawimy taką tabliczkę, o! jak tam z tyłu – wskazał gdzieś palcem. – „Obcym wstęp wzbroniony”. I nie będzie już…
    Szulc obejrzał się. Pośród walającego się w jednej z nisz sprzętu budowlanego, na wpół zasłonięta brezentem, wystawała wielka usmarowana cementem tablica. Komendant, nie nawykły do bycia ignorowanym, sapał nerwowo, gdy Szulc kopał puste wiaderka i przewracał narzędzie.
    – Przeginacie, Szulc – warknął Wilk.
    „Prace remontowe. Obcym wstęp wzbroniony.”
    – Sukinsyn… – mruknął do siebie Szulc. Odchylił metalową płytę i spojrzał na jej drugą stronę. Oczy niemal wyskoczyły mu z orbit.
    – Dzwoń po tych techników, Czubała. Mają tu być na przedwczoraj.
    Sam już wybierał numer Profesora.
    – Cholera, cholera, cholera…

Dodaj komentarz