Paragraf 11

– To samo co zwykle.

Kieliszek stuknął o marmurowy kontuar. Wściekły pies szczerzył do Szulca swe malinowe zęby i wybałuszał przezroczyste, nabiegłe krwią oczy. Nadinspektor objął kieliszek wargami i duszkiem połknął wrogą zawartość – tak jak to czynił z tymi, którzy próbowali z nim zadzierać: prosto i szybko, jednym gwałtownym ruchem.

Telefon komórkowy, spoczywający w kieszeni spodni, odezwał się krótkimi, rwanymi wibracjami.

Nie wygląda to na żarty,
Wnet pojawi się i czwarty.
A że z Szulca wielki głupek;
będzie piąty, szósty trupek.

Szulc uśmiechnął się niepewnie i pokręcił głową. Ona i te jej wierszyki!

Na początku nie wierzył, że coś z tego będzie; spodziewał się szklanej kuli, kart tarota i wróżenia z ręki. Okazało się, że wystarczy zwykły pokój, nawet z brudnymi oknami, biurkiem udekorowanym stertą papierów i wszechobecną wonią rozkładającego się potu. Pamiętał jak razem z Profesorem siedział z otwartymi ustami, wpatrując się w jej półprzymknięte oczy i wargi, poruszające się niczym u spragnionego człowieka. Czasem wystarczyło dziesięć minut i wskazywała następną ofiarę, a czasem mijały tygodnie, nie przynosząc żadnych wskazówek.

Telefon znów zawibrował. Szulc odebrał wiadomość.

Dzwoniła do mnie ta kupa mięśni.
Podobno Szulc dziś za mną tęskni.

Gdy przechodziła korytarzem, ludzie milkli i zatrzymywali się, jakby Bóg wcisnął pauzę na pilocie i świat znieruchomiał. Później pojawiły się rymowanki i wszyscy dostrzegli, że jest normalnym człowiekiem; oswoili się z jej odmiennością i traktowali jak patologa czy policjanta z drogówki. Ot, zwyczajna profesja.

To ostatnia sprawa przesądziła o tym, że odeszła na emeryturę. Wskazała nie to miejsce i oskarżała się potem, że to przez nią zginęła niewinna osoba. Od tej chwili śledztwa ciągnęły się jak brazylijskie seriale, a Szulc obwiniał o to jakąś wewnętrzną blokadę, która pojawiła się, gdy przestała z nimi współpracować.

Szulc spojrzał na zegarek. 18:40. Wyświetlacz rozjarzył się zielonkawym światłem i zabrzęczał jak komar.

Nie wiem, czy mam coś robić dalej.
Ty, w gardziołek znów sobie nalej.

Nadinspektor obrócił się na barowym krześle i spojrzał na ulicę. Poczuł się dziwnie nieswojo, zupełnie jakby ktoś go obserwował. Zapłacił barmanowi, wyszedł na zewnątrz i natychmiast pojechał na komendę.

Kiedy dotarł na miejsce, Muł stał już przed drzwiami, przestępując z nogi na nogę. Policzki krzyczały purpurą.

– Szefie, byłem u niej w domu, bo nie mogłem się dodzwonić – wydyszał. – Mieszkanie całe splądrowane. Na podłodze krew. Ekipa już tam jest.

Szulcowi przypomniały się esemesy i godzina, którą zobaczył na wyświetlaczu.

– O której tam pojechałeś?
– Gdzie?
– Cholera! Do mieszkania!
– Nie wiem. Była szósta. Może dziesięć po.

Szulc poczuł jak po plecach spływają mu strumyczki potu. Przecież ostatniego esemesa dostał za dwadzieścia siódma.

Telefon znów zawibrował. Szulc odebrał wiadomość i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w wyświetlacz, na którym czarne litery układały się w następujące słowa: „OBCYM WSTĘP WZBRONIONY”.
 
 
Od red.
  
Kpt. Gołaszewski przebił tym razem wszytkich – także obszernością odcinka, ale chyba usprawiedliwoną. Przysięgamy, że to ostatni raz, gdy honorujemy tak długie wpisy!!!
Podzięka dla Lisa za włączenie się do powieści.

Most Augustowski może być. Jeśli przyjąć, że główną zasadą, którą przyjmujemy, jest wiarygodność (nie wierność), to wszystko ok. Daje to też większe możliwości tym, którzy piszą.

Godne przemyślenia:
-komendant główny (Wilk albo inny)
-dziennikarz z tabloidu

W ogóle trochę postaci by się przydało i może warto uruchomic więcej tła, oddechu, jakichś poboczności. A może wprowadzić wątek opisujący co myśli i robi morderca…

mc

Wpis “Paragraf 11” skomentowano 15 razy

  1. Szkarłatne_Bibu pisze:

    Mrok panujący w piwniczce łagodziła jedynie mętna smuga światła z małego, brudnego okienka pod sufitem. Majaczące w ciemności sylwetki przedmiotów zlewały się w zagadkowe kształty, można było wyobrażać sobie różne miejsca, ludzi… Oto noga wróżki, fantazyjnie wkomponowana między stertę puszek i wrak roweru, powyżej kawałek listwy i dalej wróżka, jej tułów, ręce i głowa, już niewidoczna w ciemności. Dajmy więc na to, że to ktoś inny, choćby tata. Telefon zaraz zdemaskuje pewnie te zmyślenia, wyświetlacz rozjarzy się zielonym blaskiem i z czerni wyzionie twarz wróżki. Czerwony, rozkwaszony nos, krew zakrzepnięta na tkwiącym w ustach kneblu, potężny guz kwitnący na czole. Tylko telefon nie dzwonił. Czyżby jeszcze nie połapali się w igraszce? Może wciąż zgłębiali ukryty sens tych wesołych sms-ów! Ale oto chichot, chichot wzbierający w gardle należało powstrzymać, by wróżka nie usłyszała głosu, by nie trzeba jej było zabić, jeszcze nie teraz. Wibracja! Dzwonek, zielone światło wypełniające piwniczkę. Na ekraniku Szulc, ten sam. I pokusa, by odebrać i poczuć prawie namacalny kontakt z oprawcą, obcym. Spojrzenie na wróżkę. Jej spokojny, opanowany wzrok. Głupio. O ile przyjemniejsze były przerażone wejrzenia tamtych, ich nagi, zwierzęcy lęk, gdy czuli zaciskającą się na szyi pętlę. Jak kojąco działały na stargane ciągłym strachem nerwy. Dzwonek nie ustawał. Ach, raz można.
    – Halo? Kto mówi? – krzyknął do słuchawki zdenerwowany Szulc.
    Milczenie.

  2. KONRAD GOWIN pisze:

    Przenieśmy się na chwilę do odległego od Warszawy Krakowa. Tu powiem wydarzyła się podobna historia. Dwa dni po ostatnim zabójstwie w Warszawie Krakowska policja znalazła zwłoki mężczyzny z przybitą gwoźdźem kartką. Widniał na niej wszystkim nam znany napis ” OBCYM WSTĘP WZBRONIONY”. Krakowska policja również nie miała śladów i tropów, które posunełyby śledztwo do przodu. Z wzwiązku z tym nadinspektor wystąpił z apelem w TV do wszystkich, którzy coś widzieli, o pomoc. Na koniec podał swój numer telefonu. Szulc natychmiast wykręcił numer.
    -Tu nadinspektor Boberek słucham…..

  3. KONRAD GOWIN pisze:

    Tymczasem morderca myślał o kolejnej zbrodnii. O kolejnej osobie z listy, na której znajdował się także Szulc. Jego plan był prosty pozbyć się wszystkich, którzy w przeszłości doprowadzili do jego upadku. Pierwsze trzy ofiary były mało ważne. Teraz zacznie się dopiero prawdziwa zemsta. Po serii nie tak bardzo znaczących dla mordercy zabójstw, przyjdzie czas na deser. Szulc zabłaci mu za to co mu kiedyś zrobił. Po tylu latach czekania nareszcze przyszedł czas na wyrównanie rachunków z Szulcem.

  4. KONRAD GOWIN pisze:

    Gdy Szulc odebrał wiadomość wiedział,że to nie będzie ostatni trup.
    -Powiadom dziennikarzy. Mam tego już dość. Zawiadom ich,że na jutro na 13 zwołuje konferencję prasową. Może, ktoś coś widział lub podejrzewa.

    W tej chwili zadzwonił telefon Szulca.
    – Nawet o tym niemyśl, bo zginie twoja matka- odezwał się głos w telefonie. Nie zwołuj konferencji.Twoja mamusia jest już w moich rękach. Posłuchaj zresztą sam.
    -Synku pomocy. Błagam pom… .

    Dalej rozmowa została przerwana. Szulc był blady ze strachu o własną matkę. Zbladł również na myśl o tym,że morderca zna szczegóły rozmowy, która dopiero co się odbyła.

  5. Lis pisze:

    Szulc wpatrywał się w tablicę przyszykowaną przez podkomendnych. Wgapiał się w nią już długą chwilę, ale nic nie mógł z niej zrozumieć.
    – W telewizji to wyglądało prościej, nie szefie? ? Boguś Sztyc był wyraźnie rozbawiony
    – Nie mogliście tego prościej zorganizować?
    – To najprostszy wariant.
    – To się bardzo cieszę, że mi oszczędziliście trudności.
    W międzyczasie do gabinetu nadinspektora wszedł Klepka, trzymając w ręce notatnik.
    – Nikt nic nie widział, i nikt nic nie słyszał. ? mruknął zrezygnowany, i osiadł na jednym z krzeseł obrotowych.
    – Cudnie. ? Szulcowi już wyraźnie puszczały nerwy ? Technicy znaleźli jakieś ślady? Dałeś zdjęcie patrolom?
    – Krew w domu była ofiary. I ona prawdopodobnie już nie żyje sadząc po ilości krwi. Patrolowi nikogo podobnego nie widzieli.
    Szulc miał ochotę zaklnąć, ale w tym momencie do gabinetu weszła prokurator Skalska.
    – Jak słyszę i widzę praca wre. ? spojrzała wymownie na tablicę.
    – Robimy, co możemy.
    – Dlatego przydzielono wam nowego do grupy.
    – Co? ? Szulc mało co nie spadł z krzesła
    – Na moją prośbę. To jest Marcin. ? do gabinetu wszedł chudy i wysoki młodzieniec.
    – Nie potrzebujemy żadnej pomocy ? tym razem głos zabrał Muł.
    – Ty Klepka potrzebujesz pomocy psychiatry. Do widzenia panom.
    Skalska wyszła zostawiając ich z kolejnym problemem do rozwiązania ? wprowadzeniem Marcina w tajemnice śledztwa.

  6. KONRAD GOWIN pisze:

    Była już noc.Na niebie świeciły gwiazdy. Wszystko zapowiadało się na piękną pogodę następnego dnia. Szulc wracał do domu na nogach ( jak zwykle zresztą). Coś go niepokoiło. Czuł,że za chwilę coś się wydarzy. Nie potrafił jednak przeczuć co to będzie. Nadinspektor szedł zamyślony. W pewnej chwili zderzył się z biegnącym z nad przeciwka przechodnim.
    -O przepraszam-rzekł Szulc.
    -Nic się niestało-odparł tajemniczy mężczyzna i pobiegł dalej.
    Szulcowi głos ten wydawał się znajomy, lecz nie potrafił sobie przypomnieć skąd go zna. Powoli dochodził do domu. Gdy miał wchodzić na podwórko swego domu załważył napis na płocie: „OBCYM WSTĘP WZBRONIONY. DOTYCZY TO RÓWNIEŻ CIEBIE SZULC.” Szulc otworzył furtkę do swojej posesji, były tam ciała dwóch ofiar kobiety z, którą chciał się dzisiaj skontaktować i ciało starego bezdomnego który poinformował policję o wcześniejszej ofierze….

  7. Szkarłatne_Bibu pisze:

    – Muszę tam jechać. – stwierdził z determinacją. – a ty, Klepka, zdobądź dla mnie informacje skąd przyszło ostatnich kilka sms-ów na mój numer. Przez które nadajniki, czy coś. Może uda nam się zlokalizować tego drania.
    Po chwili pędził już samochodem, w zdenerwowaniu rozważając nowe fakty. Morderca najwyraźniej w jakiś sposób śledził każdy ich ruch. Skąd mógł wiedzieć, że będą chcieli zwrócić się właśnie do niej, właśnie teraz? Czyżby byli podsłuchiwani? A może w policji była wtyczka. Może morderca to ktoś z policji?
    Z piskiem opon zahamował przed szarym, wysokim blokiem i pognał schodami na górę.
    Szóste piętro, odrapane stare drzwi z tabliczką „G. Jakubiak”, w środku krzątanina policji. Szulc odetchnął głęboko i wszedł.
    – Jak na razie nie ma nic. Żadnych odcisków, czy innych śladów. Wzięliśmy próbki krwi, ale na pewno nie należy ona do napastnika. – aspirant Trąba wypowiadał się bez entuzjazmu.
    Stali w pokoju gościnnym. Szulc zlustrował wzrokiem pomieszczenie. Skromnie umeblowane, nic szczególnego. Na ścianie nad wersalką puste miejsce. Kiedyś, zdaje się, wisiało tam zdjęcie w ramce, dwoje młodych, obejmujących się na moście, w tle Wisła i zachodzące słońce. Szulc westchnął. Nie było już nawet jasnej, prostokątnej plamy na pociemniałej ścianie. Nagle z dołu dały się słyszeć przedziwne pomruki i sapania. Szulc zmarszczył brwi i wyjrzał na korytarz.
    – Jakieżesztywniesznieseciękurwa… – nieartykułowany pomruk rozległ się głośniej. Po chwili z głębi klatki schodowej wyłonił się jego autor, potężny, łysy, spocony mężczyzna, ogromną dłoń zaciśniętą w pięść wyciągający w kierunku Szulca.
    Szulc zaklął pod nosem.
    Komendant główny Ryszard Tur. Półgłosem nazywany przez policjantów „Bydlęciem”. Przez niektórych nazywany też „Wielkim, Ciężkim, Wrednym Bydlęciem”, choć ta ksywka szerzej się nie przyjęła.
    – Szulc! – basowym rykiem komendant główny ogłosił swoje wgramolenie się.
    – Tak, panie komendancie? – spytał uprzejmie Szulc. Wiedział już, że czekają go wyzwiska i groźby za niepowodzenia w śledztwie. Komendant sąpiąc i mrucząc pod nosem wpatrywał się nienawistnie w Szulca. Otworzył usta.
    Wtem na piętro wpadły dwie kolejne osoby, powstrzymując erupcję obelg z gardzieli komendanta.
    Szulc znów zaklął pod nosem.
    Tym razem był to Jarek Ważka, prężny dziennikarz z „Nowego Ekspresu” wraz z fotografem. Człowiek ambitny, dynamiczny, bezlitosny.
    – No, cykaj, Piotrek – rzucił Ważka pod adresem kolegi, który z miejsca rozpoczął kanonadę fleszy – panie komendancie, mógłby pan zrobić niekompetentną minę? – spytał słodko – Zresztą nieważne, sami coś wybierzemy.
    – Skąd się tu wziąłeś? – Burknął komendant morderczym tonem.
    – Śledziłem pana. Nie spałem od 70-ciu godzin. Ale opłaciło się. Jak by pan skomentował trwający od paru tygodni popis nieudolności stołecznej policji?
    – Bez komentarza. – mruknął komendant odwracając się i kierując po schodach w dół – Szulc, jedziemy. Pogadamy na komendzie.

  8. Cintryjka pisze:

    I tak oto pojawił się czwarty. Prawdopodobnie. Bo ciała nie znaleziono – na razie. Szulc chciał wierzyć, że to wszystko idiotyczna, uknuta przez nią mistyfikacja. Ale krew była prawdziwa.
    Kiepsko spał tej nocy. Właściwie to przysnął już po wschodzie słońca. Obudził się jeszcze bardziej rozbity i z przerażeniem skonstatował, że już prawie jedenasta. Mimo to postanowił udać się na komisariat piechotą. Dobrze mu się myślało w marszu. A było o czym myśleć. Dlatego słowa:
    – Może pączka, inspektorze? – usłyszał dopiero za drugim razem. Ocknął się i stwierdził, że ktoś usiłuje dotrzymać mu kroku, biegnąc truchcikiem u jego boku.
    Ryszard Szczypiorek, dziennikarz śledczy, gwiazda dziennika Bulwar. Wysoki, chuderlawy, młody. Powinien mieć lepszą kondycję – stwierdził Szulc, słysząc jego przyspieszony oddech. Szczypiorek zdawał się przeczyć starej prawdzie, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Szulc go nie lubił. Irytował go jego idiotyczny image ( kozia bródka, przywodząca na myśl natkę i, o zgrozo, zielone włosy), zmanierowany styl pisania i dociekliwość, wszechobecność, bezwzględność.
    – Na łapówki są paragrafy ? poinformował go chłodno.
    – Kawę też mam ? uśmiechnął się niezrażony Rysiek, ukazując sporą papierową torbę.
    – A na co liczysz?
    – Na razie? Że mnie pan nadinspektor życzliwie wysłucha. O, tu mamy wielce dogodną ławeczkę.
    – Słuchaj, Szczypiorek. Za chudy w zielonych uszach jesteś, żeby mnie na pączki brać. Ja mam robotę, a nie mam czasu, jasne?
    – A informacją też by pan pogardził?
    – Co ty tam możesz wiedzieć ? Szulc prychnął lekceważąco.
    – Dopóki mi pan nie obieca wyłączności, wiem, że nic nie wiem ? Rysiek uśmiechnął się leciutko i ten uśmieszek przesądził sprawę. Szulc ruszył sprintem przed siebie, bez słowa. Ignorując przepraszające i wyjaśniające krzyki dziennikarza. Zanim dotarł na miejsce, nieźle się zmachał, ale trochę uspokoił.
    – Szefie. Dwie wiadomości. Zła i jeszcze gorsza. ? oznajmił pozornie spokojnie Profesor.
    – Jeszcze gorszą spotkałem po drodze ? uspokoił go Szulc.
    – Poszczułem go Klepką, ale tak myślałem, że się, cholera, łatwo nie odczepi ? westchnął Sztyc i przeszedł do złej wiadomości Stary chce pana widzieć. Pilnie.
    ***
    Komendant milczał, jednak pulsująca żyła na jego skroni była wymowniejsza od słów.
    – Pan mnie wzywał? ? spytał zatem Szulc z głupia frant.
    – Ojczyzna pana wzywa, nadinspektorze. A pan szabli nie chwytasz, na koń nie siadasz? LARUM GRAJĄ! ? wydarł się z nagła, ciskając w Szulca szpaltą gazety.
    ?KTO ZACISKA PĘTLE W STOLICY?? ?litery nagłówka ociekały krwią, podobnie jak świetnie znane Szulcowi zdjęcia pod nimi.
    – Tanie zagranie ? mruknął pod nosem. Zwierzchnik dosłyszał.
    – Sznurek, jaki panu sprokuruję, jeśli nie znajdzie pan szybko odpowiedzi na to pytanie, też nie będzie drogi, ale osobiście dopilnuję, by pana utrzymał.
    ?Już ja tego Szczypiorka drobniutko posiekam? ? pomyślał Szulc, wychodząc.

  9. Geralcik pisze:

    Szulc pokazał telefon Klepce.
    – O żesz… Czyj to numer?
    – Nie mam pojęcia – Szulc pokręcił głową. – Myślałem, że jej, ale ona przecież nigdy nie miała zaufania do wyższej techniki.
    Szulc wybrał numer nadawcy wiadomości.
    „Wybrany numer jest poza zasięgiem sieci.”
    – No to Grafoman się nami bawi – mruknął Klepka. – Sprawdzimy czyj to numer, ale głowę daje, że jest na kartę.
    Szulc potarł czoło w zamyśleniu.
    – To nie może być Grafoman.
    – Co?
    – To nie on.
    – Jak to nie on?
    – Po prostu. To nie w jego… stylu. Krew, porwanie, kontakt z nami. Wcześniej nikogo nie zranił. Dusił, ale nie było ran. Nie zostawiał żadnych śladów, a tam gdzie leje się krew zawsze coś się znajdzie – odcisk palca, buta. Klepka, cholera, myśl logicznie.
    – Staram się, Szefie – Muł zrobił skruszoną minę.
    – Grafoman chce, żeby go docenić. I po to się tak męczył ze Skaryszewskim i Augustowskim, żeby teraz to wszystko zniweczyć? I to kiedy? Po paru godzinach od trupa na moście?
    Klepka nie był przekonany.
    – No ale te wiadomości? Skąd by ktoś wiedział o „Obcym wstęp wzbroniony”?
    – Ty wiesz, ja wiem, połowa Komendy wie. Od pierwszego wisielca mija kilka tygodni. Wystarczająco dużo, żeby sporo ludzi coś tam usłyszało. I ktoś wykorzystał okazję, żeby załatwić swoje sprawy. Boże litościwy, Klepka. Nasza policja to nie amerykański film!
    – Ale czemu Pytia?
    – Ponad 30 lat pracy. Ilu ludzi w tym czasie posłała za kratki? Ilu z nich chciałoby się odegrać?
    „Zbyt wielu” pomyślał Szulc. Odetchnął głęboko. Dwa razy.
    – Jedź do Archiwum i przejrzyj wszystkie akta spraw z jej udziałem. Szczególnie z lat 80. Skazani wtedy mogą już być na wolności. Sprawdź ilu jeszcze żyje, gdzie są i co robią. Wyślij patrole, żeby ich sprawdzili. Od teraz nadzorujesz sprawę Porywacza.
    Klapka zapisał polecenia.
    – A pan, Szefie?
    Szulc wskazał biegnącego korytarzem Profesora. Wymachiwał plikiem kartek.
    – Wysłucham najnowszych wieści.
    „A potem się w końcu prześpię.”

  10. KONRAD GOWIN pisze:

    -Koniec tego jutro zwołujemy konferencję prasową-krzyknął Szulc.
    -Jak pan karze szefie.
    -Zwołaj dziennikarzy na 13.
    -O.k.
    -Zwrócimy się z apelem do mieszkańców.Może ktoś coś widział lub wie.

    Nagle zadzwonił telefon.Szulc odebrał.

    -Nawet nie myśl o tej konferencji bo zginie twoja matka Szulc- powiedział głos w słuchawce. Twoja matka jest w moich rękach.Posłuchaj sam.
    -Ratunku pom…-było słychać urwany głos Barbary, matki Szulca.

    Zanim Szulc zdołał coś powiedzieć połączenie zostało przerwane. Skąd morderca znał treść rozmowy, która dopiero co się odbyła.Jedyne co przychodziło mu na myśl to to,że gdzieś w tym pomieszczeniu jest podsłuch, ale kto i kiedy go podłożył.

  11. Iwona pisze:

    Następnego dnia Szulc obudził się z potwornym bólem głowy. Pił do późna w nocy, jak natchniony. Nie wiedział, z kim i jak potem dotarł do domu, ale ktoś dotarł. Ponadto w przypływie świadomości nastawił budzik na 7.30. Zaraz po jego wyłączeniu zadzwonił telefon:
    – Dzień dobry! – Wesoło zaszczebiotała Skalska.
    Szulc przez chwilę zastanawiał się, kto dzwoni, bo dziwnie nie mógł połączyć głosu z żadną nasuwającą mu się na myśl postacią.
    – Tu Skalska! – Wrzasnęła, przeczuwając jego zaćmiony stan umysłu.
    – Dobra dobra, słyszę przecież – powoli wyartykułował.
    – Wstawaj do cholery, mamy robotę!
    – Co?
    – Jak to, co? Czy alkohol wyżarł Ci już wszystkie szare komórki?
    – Tylko te słabe – odburknął znudzony.
    – Dobra, za pół godziny spotykamy się na komendzie. – Skwitowała Skalska i bez pożegnania odłożyła słuchawkę.
    Szulc jeszcze przez chwilę poleżał w swoim łożu małżeńskim, potem powoli zaczął się podnosić. Usiadła na rogu i już miał wstać, kiedy znowu zadzwonił telefon.
    – Daj mi spokój Skalska, jak przyjadę, to będę!
    – Bruno? – Odezwał się nieco zaskoczony, ale bardzo miły głos kobiecy.
    – Nadine? – Spytał niepewnie.
    – Cześć. Właśnie przyleciałam. Mam w Warszawie cykl wykładów i chciałam zapytać, czy i tym razem przenocujesz mnie u siebie? – uprzejmie zapytała.
    Nadine Forreiter, piękna, inteligentna i ambitna, niestety już była żona Szulca. Poznali się jeszcze na studiach. Ona ciągnęła dwa kierunki, prawo i psychologię, on oddałby wszystko za jedno jej spojrzenie, uśmiech. I stało się. Na 4 roku mógł pożyczyć jej pieniądze na parking przed wydziałem i tak się zaczęła ich znajomość. Po roku byli już szczęśliwym małżeństwem, on spokojnie pracowała na swoje stanowisko, ona robiła doktorat z psychologii. Jak to w życiu bywa, sielanka trwała tylko 5 lat, po studiach Nadine dostała propozycję pracy na Uniwersytecie Johanna Wolfganga Goethego we Frankfurcie, nawiasem mówiąc znacznie przyczynił się do tego jej ojciec, znany profesor, który nie mógł przeboleć, że jedyna córka wybrała za „swoje miejsce na ziemi”, kraj ojczysty jej matki. Nadine nie opierała się długo, wyjechała. Szulc przeżywał wtedy ciężkie chwile, nie bardzo wiedząc, co zrobił źle, dlaczego go zostawiła, co było przyczyną, bo chyba nie praca?
    Cztery lata temu spotkali się ponownie. Dawne namiętności odżyły i Nadine wpadała do Polski coraz częściej. Nocowała u Szulca, tydzień, czasami dłużej, a potem znowu znikała na kilka miesięcy. Związek szarpany, ale taki układ odpowiadał obojgu. Każdy miał swoje życie i mieli siebie nawzajem.
    – To nie jest najlepsza pora, ale moje drzwi są dla Ciebie zawsze otwarte. – Uśmiechnął się i już zaczął układać menu na dzisiejszy wieczór.

  12. Geralcik pisze:

    Ciemność. Wszędzie dookoła.
    Podniosła się na klęczki. Chyba, bo w atramentowej czerni nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół.
    Zmysł równowagi zawiódł i upadła na plecy. Uderzenie wybiło powietrze z płuc. Leżała tak, próbując zebrać siły. Dłonie przesuwające się po podłodze wyczuwały zarys olbrzymich kamiennych płyt.
    Obróciła się na brzuch i tym razem wstawała o wiele wolniej. Pomogło. Kręciło jej się w głowie, ale nie upadła.
    Odkaszlnęła i aksamitna ciemność natychmiast pochłonęła dźwięk
    Nie była przerażona. Dudnienie krwi w głowie tłumiło wszelkie uczucia.
    Trzeba iść.
    Powoli, pełznąc na czworaka, ruszyła przed siebie.
    Nie uszła daleko, gdy dłonie natrafiły na ścianę. Podobne bloki jak podłoga – chropawe, wilgotne, zimne. Dłoń przesuwająca się po ścianie natrafiła na przeszkodę. Róg tego… czegoś. Pokoju? Teraz w przeciwną stronę. Na kolejny styk ścian natrafiła szybciej, niż chciała. Niecałe trzy kroki. Akurat tyle, żeby się wyciągnąć.
    Coraz szybciej badała kamienną ścianę. Kolejny róg. Kolejne kamienie, układające się w labirynt szpar i szczelin…
    Zmiana faktury. Drewno. To musiały być drzwi, solidne, okute żelazem. Nie mogła znaleźć żadnej klamki, żadnej zasuwki…
    Wąski strumień światła pojawił się przy podłodze nagle, rażąc oczy. Zgrzyt metalu przeciął martwą ciszę, niczym grzmot dzwonu. Drzwi zaczęły się uchylać.
    Chciała uciec, ale nie miała dokąd. Skuliła się w rogu pokoju, jak najdalej od światła i hałasu.
    W wąskim prostokącie jasności pojawiła się postać. Oczy przyzwyczajone do czerni nie potrafiły rozróżnić szczegółów.
    – Obudziłaś się. – To był szept. Zimny szept wśród zimnych kamieni, a mimo to otaczał ją ze wszystkich stron.
    – Nie wstawałaś tak długo. – Dziwnie przeciągał sylaby, jakby miał trudności z mówieniem.
    – Martwiłem się… – wyszeptane słowa napawały grozą. Wspomnienia spadły nagle.

  13. kpt. Gołaszewski pisze:

    WARIANT I

    Gdy patrzysz długo na dłonie, możesz zobaczyć diabła skaczącego po opuszkach. Przymknął powieki. Słońce sączyło się przez wąską szparę i oślepiało go swym jasnym światłem. Zacisnął powieki. Przed oczyma wybuchły fajerwerki czerni i czerwieni.
    Dłoń przesuwała się pieszczotliwie po chropowatej powierzchni. Dwa centymetry w prawo i staje się dla niego coraz bliższa. Sześć centymetrów w lewo i jest fizykiem molekularnym, który poznaje jej najmniejszą cząstkę, każdy atom wspólnego porozumienia. Smukłe palce, jak u zręcznego pianisty, szukającego na klawiaturze odpowiednich dźwięków, błądziły po wypukłościach i wgłębieniach; wzgórze rozpaczy i dolina spokoju, zrównoważone między sobą niczym ciecz w naczyniach połączonych; doskonała symbioza, jakiej pragnęłaby Matka Natura. Przyłożył drugą dłoń i delikatnie zacisnął ją w pięść. Teraz utworzyły układ zamknięty. Ich wspólna energia miesza się i krąży w coraz to szybszym tempie, by w końcu skumulować się gdzieś w jego wnętrzu i dać mu siłę niezbędną do działania.
    On i one. Plastyczne i uległe, naprężone i bezlitosne, a wszystko to na jego rozkaz. Nie odmówią, nie będą narzekać, pójdą wszędzie i pomogą udowodnić, że coś potrafi; że nie potknie się tuż przed metą; że nie zacznie się jąkać i pocić jak wystraszony szczur; że wreszcie będzie miał żonę i dzieci. Pomogą mu, o tak.
    – Co taka sąsiad z tą liną siedzi? Znowu z dachem coś nie tak? Będzie sąsiad remontował?
    Otworzył oczy, spuścił głowę i spojrzał na linę, która leżała na podołku jak przyczajony wąż.
    – Tak, będę remontował. Zbyt długo na to czekałem.
    – Pewnie. Nie chciałem nic mówić, ale dach się już od dawna o smołowanie prosi. To może ja sąsiadowi pomogę?
    – Nie, chcę to zrobić sam. Wszystko, od początku do końca, muszę zrobić sam.

  14. kpt. Gołaszewski pisze:

    WARIANT II

    Szulc próbował odzyskać spokój. W nocy nie mógł zasnąć, zrzucał z siebie kołdrę, patrzył w sufit, wstawał do zdjęć i raportów, kładł się znowu- tak do świtu. Wypalał mnóstwo papierosów, około czwartej pił kawę, siedział przy biurku, szukając dziur, jakby sprawa Grafomana była wielkim serem. Wtedy postanowił, że razem z Profesorem wybierze się nad jezioro. Łódka, woda, wędka i męskie rozmowy przy piwie były tym, czego teraz potrzebował najbardziej.
    – No, powiedz coś wreszcie- wymierzył prztyczka książce, w którą Profesor wpatrywał się już od dobrej godziny. Łódka zakołysała się lekko, a spławik na chwilę zniknął pod wodą.- Co o tym myślisz?
    Profesor chrząknął i spojrzał na Szulca znad okularów połówek, które zatrzymywały się na końcu jego pulchnego nosa.
    – Chodzi ci o tę kobitkę, z która próbowałeś dzisiaj rozmawiać?- zapytał.
    – Daruj sobie. W tych sprawach nie potrzeba mi twoich rad.
    – Spokojnie. Na pewno wiesz jak postępować z kobietami, rozwodniku.- powiedział Profesor i zaśmiał się ja niczym wygłodniała hiena przed podwieczorkiem.
    – Powiesz mi, co myślisz na ten temat, czy nie?
    Na tle zachodzącego słońca przeleciała grupka kaczek, wznosząc się łagodnym kluczem coraz wyżej i wyżej.
    – Facet się trochę spultał. Krew pojawiła się pewnie przez przypadek, to po pierwsze. Telefon, po drugie. Nie ważne, ze go wyrzucił, ale mamy jakieś pojęcie gdzie był. Może jakieś odciski. A…- machnął ręką- Jestem teraz na urlopie i nie mam zamiaru pracować.
    Szulc odwrócił głowę w stronę brzegu; między drzewami skąpanymi w półmroku dostrzegł błysk flesza.
    – Zakryj twarz.- krzyknął do Profesora.- Ten smarkacz znowu robi nam zdjęcia. Czekaj tylko na jutrzejszy tytuł: ?Policja ucieka przed morderca.? Cholera, kiedy ja sprzedałem swoją prywatność?
    Nagle spławik poruszył się nieznacznie i zanurkował pod wodę. Szulc nawinął żyłkę. Na końcu, uczepiona haczyka, zwisała ryba, połyskująca srebrzyście w świetle zachodzącego słońca. Nadinspektor uwolnił ją i wrzucił do wody.
    – Czemu to zrobiłeś?
    – Tak to już jest, że czasem łapiemy coś, czego wcale nie chcemy i później musimy się nieźle natrudzić, by odnaleźć to, czego nam naprawdę potrzeba. Tak to już jest, przyjacielu.

  15. KONRAD GOWIN pisze:

    Tymczsem morderca spotkał się z nie znanym nam osobnikiem imieniem Mario. Bohater ów kiedyś policjantem i pracował razem z Szulcem. Był on także znajomym naszego mordercy. Spotkali się w celu omówienia dalszych planów, które miały zniszczyć karierę Szulca.
    Mario był bardzo przebiegłym człowiekiem to on nauczył naszego zbrodniarza wszelkich sztuczek w ukrywaniu śladów zbrodnii. Nasz morderca zgłębiał tajniki wykrywania śladów, przez wiele tygodni, a miał od kogo się uczyć. Mario był bowiem na szczycie policyjnej drabiny w Warszawie. Jako dobry glina szybko awansował przez wszystki możliwe szczebla kariery. W sukcesie przeszkodziła mu jedna osoba. Tym kimś był Szulc.
    -Jak tam nasze plany-rzekł Mario.
    -Wszystko zgodnie z planem
    -To dobrze. Nadszedł czas na ostatnią zbrodnię. Taką, która wstrząstnie całą Warszawą a w największym stopniu Szulcem…

Dodaj komentarz