Paragraf 12

Ciemność. Wszędzie dookoła.

Podniosła się na klęczki. Chyba, bo w atramentowej czerni nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół. Zmysł równowagi zawiódł i upadła na plecy. Uderzenie wybiło powietrze z płuc. Leżała tak, próbując zebrać siły. Dłonie przesuwające się po podłodze wyczuwały zarys olbrzymich kamiennych płyt. Obróciła się na brzuch i tym razem wstawała o wiele wolniej. Pomogło. Kręciło jej się w głowie, ale nie upadła. Odkaszlnęła i aksamitna ciemność natychmiast pochłonęła dźwięk Nie była przerażona. Dudnienie krwi w głowie tłumiło wszelkie uczucia. Trzeba iść.

Powoli, pełznąc na czworaka, ruszyła przed siebie. Nie uszła daleko, gdy dłonie natrafiły na ścianę. Podobne bloki jak podłoga – chropawe, wilgotne, zimne. Dłoń przesuwająca się po ścianie natrafiła na przeszkodę. Róg tego… czegoś. Pokoju? Teraz w przeciwną stronę. Na kolejny styk ścian natrafiła szybciej, niż chciała. Niecałe trzy kroki. Akurat tyle, żeby się wyciągnąć.

Coraz szybciej badała kamienną ścianę. Kolejny róg. Kolejne kamienie, układające się w labirynt szpar i szczelin… Zmiana faktury. Drewno. To musiały być drzwi, solidne, okute żelazem. Nie mogła znaleźć żadnej klamki, żadnej zasuwki…

Wąski strumień światła pojawił się przy podłodze nagle, rażąc oczy. Zgrzyt metalu przeciął martwą ciszę, niczym grzmot dzwonu. Drzwi zaczęły się uchylać. Chciała uciec, ale nie miała dokąd. Skuliła się w rogu pokoju, jak najdalej od światła i hałasu.

W wąskim prostokącie jasności pojawiła się postać. Oczy przyzwyczajone do czerni nie potrafiły rozróżnić szczegółów.

– Obudziłaś się. – To był szept. Zimny szept wśród zimnych kamieni, a mimo to otaczał ją ze wszystkich stron. – Nie wstawałaś tak długo. – Dziwnie przeciągał sylaby, jakby miał trudności z mówieniem. – Martwiłem się… – wyszeptane słowa napawały grozą.

Wspomnienia spadły nagle.

***

Szulc pokazał telefon Klepce.

– O żesz… Czyj to numer?
– Nie mam pojęcia – Szulc pokręcił głową. – Myślałem, że jej, ale ona przecież nigdy nie miała zaufania do wyższej techniki.

Szulc wybrał numer nadawcy wiadomości.

Wybrany numer jest poza zasięgiem sieci.

– No to Grafoman się nami bawi – mruknął Klepka. – Sprawdzimy czyj to numer, ale głowę daję, że jest na kartę.

Szulc potarł czoło w zamyśleniu.

– To nie może być Grafoman.
– Co?
– To nie on.
– Jak to nie on?
– Po prostu. To nie w jego… stylu. Krew, porwanie, kontakt z nami. Wcześniej nikogo nie zranił. Dusił, ale nie było ran. Nie zostawiał żadnych śladów, a tam gdzie leje się krew zawsze coś się znajdzie – odcisk palca, buta. Klepka, cholera, myśl logicznie.
– Staram się, szefie – Muł zrobił skruszoną minę.
– Grafoman chce, żeby go docenić. I po to się tak męczył ze Skaryszewskim i Augustowskim, żeby teraz to wszystko zniweczyć? I to kiedy? Po paru godzinach od trupa na moście?

Klepka nie był przekonany.

– No ale te wiadomości… Skąd by ktoś wiedział o „Obcym wstęp wzbroniony”?
– Ty wiesz, ja wiem, połowa komendy wie. Od pierwszego wisielca mija kilka tygodni. Wystarczająco dużo, żeby sporo ludzi coś tam usłyszało. I ktoś wykorzystał okazję, żeby załatwić swoje sprawy. Boże litościwy, Klepka. Nasza policja to nie amerykański film!
– Ale czemu Pytia?
– Ponad 30 lat pracy. Ilu ludzi w tym czasie posłała za kratki? Ilu z nich chciałoby się odegrać?

„Zbyt wielu”, pomyślał Szulc. Odetchnął głęboko. Dwa razy.

– Jedź do archiwum i przejrzyj wszystkie akta spraw z jej udziałem. Szczególnie z lat ’80. Skazani wtedy mogą już być na wolności. Sprawdź ilu jeszcze żyje, gdzie są i co robią. Wyślij patrole, żeby ich sprawdzili. Od teraz nadzorujesz sprawę Porywacza.

Klapka zapisał polecenia.

– A pan, szefie?

Szulc wskazał biegnącego korytarzem Profesora. Wymachiwał plikiem kartek.

– Wysłucham najnowszych wieści.

„A potem się w końcu prześpię.”
 
 
Od Red.: No to wyrównaliśmy rekord wpisów! Oby tak dalej. Gratuluję aktywności wszystkim – zwłaszcza że zamieszczacie więcej niż jeden wariant kolejnego odcinka. Więc i my eksperymentujemy: połączyliśmy dwa wpisy osoby o nicku Geralcik i w ten sposób stworzyliśmy kolejny paragraf.

Postarajcie się w najbliższym czasie nikogo więcej nie mordować. Przydałoby się natomiast, by cała Polska dowiedziała się o grasującym mordercy… Ktoś musi Polaków ostrzec…

Pozdrawiam – mc

Aha, jakkolwiek seria książkowa „Lato z kryminałem” powoli zmierza do końca, my naszą powieść będziemy pisać także po wakacjach!!!

Następny kontakt w środę.

Wpis “Paragraf 12” skomentowano 6 razy

  1. Iwona pisze:

    – Wreszcie jakieś konkrety – wydyszał Profesor.
    – Słucham?
    – Już wiemy, kto wisiał w Skaryszewskim i Augustowskim. Pierwsza ofiara, to cudzoziemiec, dlatego tak długo nie mogliśmy go zidentyfikować. – Odetchnął, nabrał potężny łyk ciepłego powietrza i ciągnął dalej. – Nazywa się Arturo Perez-Reverte, Hiszpan. Przyjechał do Polski na wakacje, od 5 tygodni nie odzywał się do rodziny i oni zaalarmowali policję. Skalska właśnie dzwoniła. Jego matka potwierdziła, że to on.
    – Perez-Reverte? – zastanowił się Szulc. – A czy to nie jest ten pisarz?
    – Nie – przerwał mu Profesor. – Jedyne co ich łączy, to imię i nazwisko.
    – A ten drugi?
    – Pewności jeszcze nie mamy, bo identyfikacja zwłok ma być jutro, ale najprawdopodobniej, to… – zawahał się. – Wiktor Hugo.
    – Żartujesz? A ten co? Francuz?
    – Nie to Polak, ale tak się nazywa. To bardzo dziwne.
    – Z drugiej strony mamy coś co ich łączy, ciekawe nazwiska. – Nie mógł powstrzymać śmiechu. – A ten trzeci, to pewnie Stefek Król! 😉

  2. Cintryjka pisze:

    – No, to mamy przesrane ? wydyszał Profesor, w ostatniej chwili unikając czołowego zderzenia z Szulcem, zmierzającym w jego kierunku. Odpowiedzią było pytające spojrzenie.
    – Gówno wypłynęło ? Sztyc pozostawał w obrębie określonego pola semantycznego. Podał Szulcowi plik kartek, którego dotykał, jakby to była brudna bomba. A był to najnowszy ?Bulwar?(TYLKO 89 groszy!), dziennik, który w ostatnich miesiącach szturmem wziął polski rynek prasowy. A to dlatego, że dawał ludziom, czego chcieli. Pot, krew i łzy. Tym razem to drugie, w ogromnych ilościach. Pierwszą stronę zdobił ociekający posoką tytuł ?Kto zaciska pętle w stolicy??. Dopisek, nieco mniejszą czcionką, zawierał nie mniej dramatyczne pytanie: ?Czy reszta kraju jest bezpieczna??
    – Skąd, do ciężkiej cholery, ten chwast ma nasze zdjęcia? ? zapytał Szulc
    Miał na myśli autora artykułu, Ryszarda Szczypiorka, jednego z najlepszych dziennikarzy śledczych w kraju. Szczypiorek zdawał się przeczyć starej prawdzie, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Szulc go nie lubił. Irytował go jego idiotyczny image ( kozia bródka, przywodząca na myśl natkę i, o zgrozo, zielone włosy), zmanierowany styl pisania i dociekliwość, wszechobecność, bezwzględność.
    – Komendant mnie powiesi za jaja ? skonstatował ponuro.
    – Co za zbieg okoliczności, że akurat o nim pomyślałeś ? parsknął Boguś ? Chce cię widzieć. Natychmiast.
    ***
    Komendant milczał, jednak pulsująca żyła na jego skroni była wymowniejsza od słów.
    – Pan mnie wzywał? – spytał zatem Szulc z głupia frant.
    – Ojczyzna pana wzywa, nadinspektorze. A pan szabli nie chwytasz, na koń nie siadasz? LARUM GRAJĄ! – wydarł się z nagła, ciskając w Szulca szpaltą gazety.
    Ten nawet jej nie podniósł.
    – Widziałem. Tani chwyt.
    Komendant aż się zatchnął. Po jakiejś minucie dopiero opanował się na tyle, by się odezwać:
    – Tanie? Wiesz, co ja tu mam od rana? Urwanie głowy, pretensje, wyrzuty. Dzwoniło MSW, premier ma się tym osobiście zainteresować. Może raczysz mi wyjaśnić, jakim pierdolonym cudem mniemanym tajne operacyjne zdjęcia policji ogląda dziś cała Polska?
    – Powiem, jak tylko się dowiem ? Szulc nie tracił zimnej krwi.
    – Swoje zagrywki zachowaj sobie dla prasy. Ja chcę konkretów i to natychmiast, – Szulc wziął to do siebie i skierował się do wyjścia.
    – Albo dorwiesz tego amatora sznurków, albo powieszę cię za jaja! ? pożegnał go krzyk komendanta.

  3. Geralcik pisze:

    Dzwonek do drzwi.
    Rzadko kto ją odwiedzał, a jeśli już to najpierw telefonował. Nawet sąsiedzi jej unikali. Nie dbała o to. Właściwie to nawet kilka razy pomogła plotkom. A teraz…
    Po cichu podeszła do drzwi i odsłoniła wizjer. Za drzwiami półmrok, kołysała się słaba żarówka. W głębi korytarza grała muzyka.
    Ktoś tam stał, nie mogła dostrzec rysów twarzy. Ale sylwetka była masywna. Mężczyzna.
    Podniósł rękę i rozległ się wibrujący dzwonek.
    Nie odpowiedziała. Nie poruszyła się. Przybysz też nie.
    – Proszę pani? – głos był dziwny, chrapliwy. Nieprzyjemny. Jakby mężczyzna za drzwiami miał problem z wysławianiem się.
    – Jestem z Komendy Głównej. – Mówił bardzo cicho, ledwo mogła dosłyszeć słowa. Wyjął portfel z kieszeni i przyłożył do wizjera. W słabym świetle błysnęła srebrna odznaka. – Od Szulca. Potrzebuje pomocy.
    Faktycznie, po południu dzwonił telefon. Nie odebrała. Potem dzwonił siedemnaście razy.
    – Proszę pani? – Wciąż tam stał.
    Miała złe przeczucia. Przez 12 lat, odkąd skończyła z tym cyrkiem, mogli się nauczyć radzić bez niej. Podobno technika skoczyła naprzód. Ale Szulc nie prosiłby bez powodu…
    Otworzyła zamki.
    Prąd uderzył ją tuż pod żebra, o centymetry mijając splot słoneczny. Tylko przez to nie straciła natychmiast przytomności. Uderzyła głową w szafkę. Z nosa buchnęła krew.
    Mężczyzna wszedł do mieszkania. Muzyka rozległa się głośniej. „Help!” Beatlesów. Głupi żart.
    Próbowała się czołgać, jak najdalej od drzwi, ale tamten już ją przekroczył i wszedł dalej. Wywracał wszystko do góry nogami. Patrzyła na to pustym wzrokiem. To nie było jej mieszkanie, to nie jej rzeczy. To nawet nie jej krew kapiąca na podłogę z rozbitego nosa.
    Mężczyzna podszedł do niej i obrócił na plecy. Stał pod światło, nie widziała twarzy.
    – Dobry wieczór, pani doktor – wyszeptał. Cichy, zimny głos. Tym razem dobrze trafił, prosto w splot. Szarpnęła się i odpłynęła w mrok.

    A teraz stał nad nią, skuloną w rogu kamiennego pokoju. I milczał. Nigdy w życiu nie czuła się taka bezbronna.

  4. kpt. Gołaszewski pisze:

    Szulc próbował odzyskać spokój. W nocy nie mógł zasnąć, zrzucał z siebie kołdrę, patrzył w sufit, wstawał do zdjęć i raportów, kładł się znowu- tak do świtu. Wypalał mnóstwo papierosów, około czwartej pił kawę, siedział przy biurku, szukając dziur, jakby sprawa Grafomana była wielkim serem. Wtedy postanowił, że razem z Profesorem wybierze się nad jezioro. Łódka, woda, wędka i męskie rozmowy przy piwie były tym, czego teraz potrzebował najbardziej.
    – No, powiedz coś wreszcie- wymierzył prztyczka książce, w którą Profesor wpatrywał się już od dobrej godziny. Łódka zakołysała się lekko, a spławik na chwilę zniknął pod wodą.- Co o tym myślisz?
    Profesor chrząknął i spojrzał na Szulca znad okularów połówek, które zatrzymywały się na końcu jego pulchnego nosa.
    – Chodzi ci o tę kobitkę, z która próbowałeś dzisiaj rozmawiać?- zapytał.
    – Daruj sobie. W tych sprawach nie potrzeba mi twoich rad.
    – Spokojnie. Na pewno wiesz jak postępować z kobietami, rozwodniku.- powiedział Profesor i zaśmiał się niczym wygłodniała hiena przed podwieczorkiem.
    – Powiesz mi, co myślisz na ten temat, czy nie?
    Na tle zachodzącego słońca przeleciała grupka kaczek, wznosząc się łagodnym kluczem coraz wyżej i wyżej.
    – Facet się trochę spultał. Krew pojawiła się pewnie przez przypadek, to po pierwsze. Telefon, po drugie. Nie ważne, ze go wyrzucił, ale mamy jakieś pojęcie gdzie był. Zero odcisków. A…- machnął ręką- Jestem teraz na urlopie i nie mam zamiaru pracować.
    Szulc odwrócił głowę w stronę brzegu; między drzewami skąpanymi w półmroku dostrzegł błysk flesza.
    – Zakryj twarz!- krzyknął do Profesora.- Ten smarkacz znowu robi nam zdjęcia. Czekaj tylko na jutrzejszy tytuł: ?Policja ucieka przed morderca.? Cholera, kiedy ja sprzedałem swoją prywatność?
    Spławik poruszył się nieznacznie i zanurkował pod wodę. Szulc nawinął żyłkę. Na końcu, uczepiona haczyka, zwisała ryba, połyskując srebrzyście w świetle zachodzącego słońca. Nadinspektor uwolnił ją i wrzucił do wody.
    – Czemu to zrobiłeś?
    – Tak to już jest, że czasem łapiemy coś, czego wcale nie chcemy i później musimy się nieźle natrudzić, by odnaleźć to, czego nam naprawdę potrzeba. Tak to już jest, przyjacielu.

  5. Lis pisze:

    – Muł! Daliście zdjęcie tych wisielców do gazet? ? Szulc nieoczekiwanie spytał Klepkę
    – Nie panie inspektorze. Nie kazał pan
    – Nie wiesz czy Mariusz Czubaj założył ten swój własny dziennik?
    – Podobno tak, tylko nie wiem jak się on nazywa.
    – Masz jego numer? Dzwoń do niego, umów się na spotkanie i zanieś mu zdjęcia. Będzie wniebowzięty.
    Klepka wyszedł z gabinetu, z telefonem przy uchu. Przez nie zamknięte jeszcze drzwi wskoczył do środka Boguś Sztyc.
    – Szefie mam dwie wiadomości: złą i złą.
    – Dawaj najpierw tę złą.
    – Tak myślałem, że tą wybierzesz. Muł miał racje: telefon był na kartę. Nie znamy właściciela, a żeby namierzyć gdzie jest teraz potrzebujemy nakazu prokuratorskiego.
    – A teraz ta zła?
    – Mają nam dać kogoś nowego do grupy.
    – Co? ? Szulc podskoczył na krześle.
    – Generał Witkowski dał nam kogoś dodatkowego. Ma być prosto ze Szczytna.
    – Jeszcze tego brakowało. Kiedy ma przyjechać ten żółtodziób?
    – Dziś po południu. Po 15. Generał kazał nam go odebrać z dworca.
    Do gabinetu wrócił Muł z wielkim uśmiechem na twarzy.
    – Załatwione, zdjęcia będą jutro w tym jego dzienniku.
    – Kiedy masz mu je dostarczyć?
    – Dzisiaj po południu. O 15.
    Szulc wstał i skierował się do wieszaka z płaszczami.
    – Jest wpół do trzeciej. Robimy tak: Muł ? idziesz na spotkanie z Czubajem. Boguś ? my jedziemy po młodziana.
    Po wypowiedzeniu ostatniego słowa przez nadinspektora wszyscy opuścili gabinet i rozpoczęli wykonywanie rozkazów Szulca.

  6. Geralcik pisze:

    – Szulc! – zasapany Profesor próbował złapać oddech. – Jest… Jest coś.
    – Co? – Nadinspektor ruszył korytarzem do biura zespołu.
    – Trop. Słaby, ale zawsze jakiś. Przed chwilą dostałem.
    – Boguś, mów jaki?
    – W biurze, pokażę ci.
    Ściana była pokryta różnej wielkości zdjęciami, kserami raportów, a nade wszystko bazgrołami Profesora. Mnóstwo strzałek, krzyżyków i kółeczek . Według Szulca zupełnie zbędnych. Za to Sztyc był wniebowzięty.
    – Te amerykańskie metody jednak coś w sobie mają. Wymyśliłem nawet swój system…
    – Yyy… Lepiej spójrz co się dzieje na dole. – Powiedział Szulc podchodząc do okna.
    Sztyc stanął obok niego.
    Przed wejściem kłębił się tłum ludzi. Łuna przenośnych reflektorów oświetlała pojedynczych dziennikarzy „na żywo” relacjonujących wypadki przed Komendą. Większą część parkingu zakrywały kable i walizy ze sprzętem.
    – No to bomba wybuchła, co? – mruknął Sztyc. – Teraz to dopiero będziemy mieć piekło.
    – W końcu i tak, by ktoś wywęszył, że mamy problem – odpowiedział Szulc.
    Pierwsze dwa przypadki można było przegapić. Lato, nieszczęśliwa miłość, złamane serce i pętla na drzewie. Ale wisielec na jednej z atrakcji turystycznych za bardzo rzucał się w oczy. A każdego dziennikarza uczą w szkole, że „nic tak nie ożywia gazety, jak trup na pierwszej stronie”.
    – Komendant drepce – Profesor wskazał zwalistą postać schodzącą po schodach w stronę zebranych dziennikarzy. – Oby powiedział tylko „żadnych komentarzy, dla dobra śledztwa” i „nasi najlepsi funkcjonariusze są już blisko zakończenia sprawy”. I burza ucichnie.
    – Wierzysz w to?
    – Nie.
    – To lepiej dawaj to, co wymyśliłeś. – Szulc siadł ciężko w swoim fotelu.
    – Tylko nie oczekuj za wiele.
    – Nie śmiałbym, Boguś. Za dużo rzeczy poległo na oczekiwaniu.

Dodaj komentarz