Paragraf 19

– Mówiłem ci już, że nic się nie zmieniłaś?- Zacieniona, męska sylwetka stała w rogu piwnicy, wciśnięta między szafkę z ogórkami kiszonymi a półkę zastawioną pękatymi słojami pełnymi śliwek w occie.

Żarówka, uwięziona w metalowym kagańcu, przegoniła gęstą czerń, przepełniając pomieszczenie mdłym światłem.

– Pij, bo ci wystygnie – powiedział mężczyzna. – Nie mogłem wyjść wcześniej i kupić. Mogli mnie znaleźć. Ale pamiętałem, że to twój przysmak.

Drżąca dłoń ostrożnie zbliżyła się w stronę kubka; para unosiła się w ciężkim powietrzu, tworząc plątaninę esowatych wzorów. Kobieta chwyciła za ucho i zbliżyła rozgrzaną porcelanę do ust. Napiła się. Ciepła ciecz wypełniła skurczony żołądek.

– Pochłaniałaś to litrami jak szukaliśmy mojej dziewczynki. – Głos zaszeleścił niczym suche liście. Mężczyzna zaśmiał jak śmiałyby się szczury, gdyby tylko potrafiły to robić. – Udałem, że to niby on. Lina i ta kartka. Wszystko jak trzeba. Zrobiłem to, bo oni nie chcieli tego zrobić. Grafoman i Grafoman, Grafoman i Grafoman, i nic więcej, więcej nic, nic, nic.
– Martwiłem się też o ciebie. Przecież mógłby ci coś zrobić. A oni o tym nie pomyśleli. A oni o tym nie pomyśleli. Oni tym pomyśleli nie o a. A oni o tym nie pomyśleli!

Kobieta podkuliła nogi i cofnęła się, opierając plecy o zimną, oślizgłą ścianę.

– Nie bój się, nic nie zrobię. Będę cię tutaj przed nim chronić. Będzie ci dobrze. Będzie dobrze. O, tak!

Mężczyzna sięgnął w stronę szafki i dłonią wielką jak świeżo wypieczony bochen chleba, pochwycił słoik z ogórkami. Rzucił go przed siebie. Szkło rozsypało się na podłodze, tworząc wraz z ogórkami groteskową mozaikę.

– Miała to szkło na twarzy. Bolało ją to, wiesz? – rzekł mężczyzna. – Ale musisz go znaleźć. Tego Managrafo, znaleźć musisz, musisz. A co będzie jak zrobi mojemu synowi coś, co będzie? Pomyślałaś o tym! Nie, nie pomyślałaś, pomyślałaś nie! Ale dasz radę, prawda? Dasz radę?

Ruszył w stronę drzwi. Zgasił światło. Pokój znów wypełniła ciemność gęsta jak smoła. Mężczyzna wychodząc z piwnicy nucił słowa jakiejś, nieznanej kobiecie, melodii:

Droga Jolu, gdybyś chciała,
gdybyś bardziej się starała;
skojarzyła fakty, daty,
nie zraniła serca taty.

***

– Ona wie, że przyjedziemy? – zapytał Szulc.
– Jasne, dzwoniłem do Walika, żeby ją uprzedził – odrzekł.
– A ty? Co robiłeś w Warszawie? Chyba nie przyjechałeś specjalnie po mnie?
– Eee… nie – odparł niepewnie. – Byłem u syna mojej klientki.

Wysiedli z auta. Szulc rozejrzał się dookoła. Jak długo nie był już w Katowicach? Dwa, trzy lata? „Okropne miasto”, pomyślał. Jednak, mimo wszystkich mankamentów tego miejsca,  czuł do niego jednak pewnego rodzaju przywiązanie. W Katowicach spędził najlepsze lata swojego życia. Poznał tu swoją żonę. Zawsze zastanawiał się, czy gdyby stąd nie wyjechali, to ona jeszcze by żyła.

– A jak tam twoja firma? – zagadnął Szulc.
– A dobrze. Dziękuję.

Aleksander Broszkiewicz był dobrym przyjacielem Szulca. Poznali się w Warszawie, razem pracowali. Dziesięć lat temu, podczas akcji, Broszek został postrzelony i trafił na kilka miesięcy do szpitala, potem długo się leczył. Jego żona kategorycznie zażądała, aby zmienił pracę. Nie odszedł, w każdym razie jeszcze nie wtedy. Przełożony posadził go za biurkiem i to przesądziło, że Broszkiewicz postanowił zrezygnować z dalszej pracy. Założył własną, prywatną firmę detektywistyczną i od tamtego czasu Szulc widywał się z nim rzadko. Broszek zjawiał się, jak potrzebował pomocy, informacji, albo żeby pochwalić się sukcesami. Choć detektyw dobrze się maskował, to nadinspektor i tak dobrze wiedział, że jego kolega wciąż tęskni za pracą w policji.

– Pukaj – uśmiechnął się Broszek. – Ty będziesz rozmawiać.

Szulc przełknął ślinę i zastukał cicho.

– Proszę wejść – usłyszeli.

W środku czekał na nich komisarz Walik i mniej więcej czterdziestoletnia brunetka. Ładna, dobrze ubrana, z wyniosłym spojrzeniem, w ogóle nie pasowała do tej okolicy, a do tego mieszkania w szczególności.

– Dzień dobry pani – grzecznie przywitał się nadinspektor. – Pani tu mieszka?
– Nie – odparła chłodno. – Milena Rozwadowska – przedstawiła się i podała mu rękę. – To mieszkanie mojej siostry. Prosiła, abym znalazła na nie kupca. Dziś mamy podpisać umowę, dlatego tu panów zaprosiłam. Mam nadzieję, że będą się panowie streszczać.

Dwie rzeczy rzuciły się Szulcowi w oczy. Pewność siebie pani Rozwadowskiej i brak smutku z powodu straty męża.

– Kiedy ostatni raz widziała pani małżonka?
– Hm… – zastanowiła się. – Pierwszego czerwca. To był Dzień Dziecka, był u mnie odwiedzić naszego syna. Potem go już nie wiedziałam.
– O której wyszedł?
– Zdaje się, że po siedemnastej… Tak, na pewno po siedemnastej. Mówił, że jest z kimś umówiony na osiemnastą i musi iść.
– Z kim był umówiony?
– Nie mam pojęcia. – podeszła do okna i zapaliła papierosa. – Wie pan, my… jesteśmy, to znaczy byliśmy małżeństwem, ale od trzech lat żyliśmy osobno. Jedyne co nas łączyło, to umowa cywilnoprawna i syn.
– Dobrze, a co pani maż mógł robić w Warszawie?
– Mój mąż był pisarzem…
– Pisarzem? – Szulc zbliżył się do kobiety. – Co pisał?
– Kryminały. – padła odpowiedź.
– Może chciał spotkać się z wydawcą? – Szulc poczuł, że znalazł się na dobrym tropie.
– Możliwe – zamyśliła się. – Nawet bardzo. Kiedy u mnie był, mówił coś o jakiejś nowej książce. Jaki ona miała tytuł? Hm… – zaciągnęła się i zmrużyła oczy. – Zabroniony, wstęp wzbroniony, „Obcym wstęp wzbroniony”. Jakoś tak to było.
 
 
Autorami wpisów są kpt. Gołaszewski (pierwszego) i Iwona (drugiego).
 
 
Od Redaktora:
Wpisów mało, ale za to są soczyste! Znów jak ostanio łączymy w całość dwa odcinki!
Pozdrawiam i do poniedziałku. Krwawego weekendu:))

Wpis “Paragraf 19” skomentowano 3 razy

  1. Iwona pisze:

    Szulc zbladł. Usiadł na krześle, żeby nie upaść. Spojrzał na Walika, którego wyraźnie zmroziła ta wiadomość.
    – Dobrze się pan czuje? – spytała Rozwadowska z wyraźną troską w głosie.
    – Ta… tak, wszystko w porządku. – Oddychał głęboko i próbował pozbierać myśli. – Widziała pani rękopis?
    – Nie. Nawet, kiedy byliśmy jeszcze razem, on nie pokazywał mi swoich książek przed wydaniem. – Zgasiła papierosa. – Jeszcze coś?
    – Gdzie on mieszkał? – spytał Szulc. – Mieszkał sam?
    – O to musi Pan zapytać w recepcji.
    – W recepcji? – Zdziwił się Broszek.
    – Tak, Piotr Rozwadowski od kilku miesięcy mieszkał w hotelu, tu niedaleko. Na pewno Pan go zauważył ten wysoki budynek. – Skrzywiła się.
    – Ostatnie pytanie. Nie martwiła się Pani zniknięciem męża?
    – Rzadko się widujemy. – Spuściła głowę. – Poza tym nie było mnie dwa tygodnie w Polsce.
    Szulc skinął na Walika, żeby pozbierał swoje zapiski, rozrzucone na stole, a sam wyszedł z mieszkania zatelefonować.
    – Skalska? Słuchaj, potrzebuję nakaz przeszukania.
    – Nie ma sprawy.
    – Tylko, że jestem w Katowicach.
    – Wiem. – Uśmiechnęła się. – Zaraz tam będę.
    – Jak to?
    – Twoja sekretarka…
    – Ona nie jest moją sekretarką – powiedział wyraźnie zdenerwowany.
    – Nieważne. Gdzie to przeszukanie?
    – Hotel Qubus, na Uniwersyteckiej.
    – Będę za 10 minut.
    Odłożył słuchawkę. Nie spodziewał się, że Skalska przyjedzie za nim, ale dobrze się stało. Przynajmniej nie będzie musiał wracać do Warszawy pociągiem.
    Przez chwilę zastanawiał się nad czymś, wpatrując się w ekran komórki. Na jego twarzy odmalował się wyraz zrezygnowania i zdecydował się wreszcie wykręcić jeszcze jeden numer.
    – Szczypiorek?
    – Pan nadinspektor – z wyraźną radością powitał go dziennikarz.
    – Nazwisko za nazwisko.
    – Bez ogródek widzę. – Zachichotał.
    – To jak?
    – Wspaniale, kiedy się spotkamy?
    – W piątek, 23 czerwca, „Cafe au lait”, o powiedzmy 10 rano, pasuje?
    – Jaki pan dokładny – ironizował. – Od razu wyczuwa się ten profesjonalizm. – Zamyślił się na chwilę. – Oczywiście mi pasuje.
    – Aha i jeszcze jedno. – Zawiesił głos. – Nie trafiłeś Szczypirek. Nie znamy nazwiska z Augustowskiego.
    – To czym chcesz się wymieniać? – niepewnośc wyczuwało się w jego głosie.
    – Jutro się dowiesz.

  2. Cintryjka pisze:

    Kota nie ma, myszy harcują. I choć Huberta Klepkę trudno by było pomylić z myszą, to zamierzał wykorzystać nieobecność Szulca. Zresztą, miał jego błogosławieństwo. W końcu dostał polecenie służbowe. Jak je miał wykonać, nie doprecyzowano. Ale znał dostatecznie bogatą filmografię, by twórczo wykorzystać powstały w ten sposób luz decyzyjny. Miał czas na przemyślenia, bo musiał jeszcze skoczyć do mieszkania Pytii po próbkę materiału porównawczego.
    ***
    Dziennikarz śledczy Ryszard Szczypiorek najpierw był zaskoczony. Nikt nigdy wcześniej go nie aresztował. Potem zdziwienie przeszło w oburzenie. Jak śmieli? Jego? Co to przed narodem niesie kaganiec prawdy i prawości? Widząc, że nikt nie zwraca uwagi na jego wrzaski, jeszcze raz przemyślał sytuację i odczuł z kolei podniecenie. To dopiero będzie reportaż! Hm, jakby tu…ZBRODNIARZE POD NOSEM ŚLEPEJ TEMIDY? Z tytułami zawsze miał problem. Tytuł na końcu. Naszkicował już trzy brudnopisy artykułu i cyzelował czwarty, gdy do kanciapy wpadł niesiony na skrzydłach samodzielności i entuzjazmu Klepka a za nim, dużo spokojniej i cicho zamknąwszy drzwi, wszedł Sztyc.
    – Mamy do pana kilka pytań ? Muł zastosował klasyczne otwarcie. Był trochę poirytowany, bo wiedział, że Profesor mu się przygląda i gotów był się założyć, że uśmiecha się pod nosem.
    – A Szulc gdzie? ? zapytał Szczypiorek, którego chyba zawiódł instynkt samozachowawczy, bo zlekceważył młodszego aspiranta ? Z nim ewentualnie mogę gadać. A tak w ogóle, to jakim prawem mnie przetrzymujecie? O co jestem podejrzany?
    – Chwilowo ? Klepka zrobił wystudiowaną pauzę, a Sztyc, nie wiedzieć czemu, parsknął ? o nic. Skąd ma pan zdjęcia?
    – Muszę chronić źródła informacji. ? Szczypiorek pogardliwie wydął wargi. Już się nie bał. Na jego nieszczęście, zadzwoniła komórka Sztyca, który wyszedł. A w Klepkę z miejsca jakby diabeł wstąpił. Przyskoczył do przesłuchiwanego i, chwyciwszy go swą wielką garścią za kołnierz, podniósł bez wysiłku w górę.
    – A myślałem, że przede wszystkim własny tyłek? Chcesz iść siedzieć za utrudnianie śledztwa i kradzież materiału dowodowego?
    – Każdy sąd mnie uniewinni! ? Szczypiorek poniewczasie pojął swój błąd.
    – Wiesz, ile teraz trwają procesy? A już my się postaramy, żeby sąd osadził cię w areszcie. W starannie wybranej celi, z której, zapewniam cię, niezależnie od wyroku, nie wyjdziesz już taki niewinny. ? To zdanie układał bardzo długo. Marzył o chwili, kiedy je wypowie.
    Na szczęście ( lub niestety, zależnie od punktu widzenia ), wrócił Profesor.
    – Nie czas na zabawy! ? huknął, co absolutnie do niego nie pasowało. Klepka z wrażenia upuścił dziennikarza, który opadł na krzesło. Stłumił jęk.
    – Heniek zidentyfikował próbki pobrane spod paznokci naszego przyjemniaczka z Augustowskiego. Chyba wiemy, kto ma Jolkę.

  3. Geralcik pisze:

    Szul stał przed kamienicą w centrum Katowic. Bezmyślnie obracał w palcach wizytówkę wydawnictwa, którą dała mu Rozwadowska.
    Silent Kill Publishing. Z Warszawy.
    „Cholera, wszystko teraz z angielska nazywają, jakby to im podnosiło reputację.”
    – Co o tym myślisz?
    Broszek spojrzał na Szulca zaskoczony. Kucał, opierając się o ceglaną ścianę. Palił papierosa.
    – Ja? A co mam myśleć? Sporo miałem takich spraw. Facet się psychicznie wykończył. Rozwód, kłopoty, a z pisania tanich kryminałów wyżyć się nie da, więc miał dość i…
    Szulc machnął ręką.
    – Nie znasz całej sprawy.
    – Też prawda. Opowiedz, a może błysnę swoją przenikliwością i geniuszem. – Broszek uśmiechnął się krzywo. Wstał. – Jak za starych dobrych lat, co? Szulcu?
    Nadinspektor kiwnął głową.
    – Pierwsza ofiara. Pisarz, Maciej Rozwadowski. Powieszony z kartką „obcym wstęp wzbroniony”. Taki sam tytuł ma jego ostatnia książka. Przypadkiem?
    – Możliwe…
    – Możliwe – przytaknął Szulc. – Drugi wisielec. Bezimienny astmatyk, powieszony już po śmierci, z kartką tej samej treści.
    Broszek kiwnął głową.
    – Trzeci. Chory psychicznie przestępca, skazany przed 15 laty. I najlepsze: powieszeni to sprawa Grafomana. Ale do tego mamy jeszcze porwanie emerytowanej policyjnej psycholog, która trzeciego wisielca posłała za kratki. Kto ją ma? Powiedz, Broszek, gdzie to się wszystko łączy?
    Tamten przydeptał butem niedopałek i rozłożył bezradnie ręce.
    – Może się nie łączy? Nie mam pojęcia, Szulcu. Może ten wydawca próbuje szatańskiej promocji książki? Wyobraź sobie te reklamy: „Powieść pisana zza grobu – rękopis wisielca”. Wydanie rozejdzie się na pniu.
    – To chore.
    – A kto zdrowy na umyśle wiesza ludzi z okolicznościową karteczką?
    Nadinspektor pokiwał głową. Ale nie był przekonany.
    – Na twoim miejscu, Szulcu, zrobiłbym wszystko, żeby dowiedzieć się, co jest w tej tajemniczej książce.
    – Masz dziwne pomysły, Broszek.
    Tamten roześmiał się głośno.
    – Póki co, nie dysponujesz nawet śladem innych.
    Szulc schował wizytówkę i wbił ręce w kieszenie płaszcza. Nie miał już na to siły.
    – Niestety, Broszek. Niestety.

Dodaj komentarz