Droga pomiędzy Gdańskiem a Rozewiem
18/06/2006 / 13:05

Szara toyota corolla wjechała w suchy sosnowy las między Chłapowem a Rozewiem i zwolniła. Wyprzedzali ją rozwścieczeni kierowcy, wracający z rodzinami z morskich plaż i marzący o porcji smażonej ryby i szklanicy piwa. Byli oni spuchnięci od upału, zmęczeni okrzykami dzieci, poirytowani upomnieniami żon i sfrustrowani niedawnym widokiem atrakcyjnych kobiecych ciał. Wydawało im się, że kierowca corolli robi im na złość i specjalnie jedzie „sześćdziesiątką”, aby odwlec ich szczęśliwą chwilę wytchnienia nad tekturową tacką, plastikowymi sztućcami i pienistą cieczą w plastikowym kubku. W głębokim przekonaniu, że ślimaczący się samochód jest kierowany przez kobietę, mijali go z rykiem dochodzącym z dwóch źródeł – z silnika i z ich własnego gardła.

Wtedy się okazywało, że ich przypuszczenia co do płci kierowcy corolli są nieprawdziwe. Za kierownicą siedział bowiem szczupły szpakowaty mężczyzna. Nie zwracał on najmniejszej uwagi na irytację mijających go kierowców i wypatrywał wśród drzew bocznej leśnej drogi. W końcu ją dojrzał. Samochód zwolnił i skręcił, a jego kierunkowskaz najwidoczniej został zbyt późno uruchomiony, bo o tym świadczył potężny ryk klaksonu jadącej za nim terenówki, która wjechała na przeciwległy pas, w ostatniej chwili omijając tył corolli.

Jeszcze dwa tygodnie – pomyślał Pater. Dwa tygodnie i zacznie się sezon. Wolna amerykanka na drogach, zastawione samochodami ścieżki rowerowe, małolaty na motorowerach jadący pod prąd. I korki. Tłuszcza wypuszczająca się z Władysławowa do snobistycznej Juraty, by pouprawiać „ocieractwo”, czyli – wspomniał znów Kuleszę – poocierać się o jakichś beautiful people z rubryk towarzyskich i zjeść dorsza, jak głosiły napisy, z „nocnego połowu”. Pater pomyślał z wyraźną  satysfakcją o urlopowiczach, którzy nie wiedzą, że połów może był i nocny, tyle że w lutym, bo w sezonie letnim, gdy właśnie wygrzewają się na piachu, dorsza łowić nie wolno. Przez głowę przemknęła mu też myśl, że aspirant Kulesza ze swoimi powiedzeniami staje się dla niego żywym klasykiem. W sumie Pater mógłby myśleć o czymkolwiek, byle tylko odsunąć w czasie obrazy wywoływane gardłowym głosem innego ze swoich podwładnych. Gdy wyszedł z salonu, oddzwonił i usłyszał, gdzie ma jechać, poczuł, że najgorsze przypuszczenia się potwierdzają. Przystań życia dla ludzi samotnych i starych oraz zbrodnia, która dopadła to  miejsce.          
  
Toyota jechała powoli szeroką leśną drogą starannie wysypaną  jasnym żwirem. Droga ta miała nawet mały krawężnik i pobocze z czarnego żwiru. Po kilkuset metrach dochodziła do wielkiej bramy, na której — w towarzystwie trzech obrotowych kamer – umocowany był szyld z napisem „Dom seniora <>„. Kierowca corolli wyciągnął rękę i nacisnął guzik domofonu. Brama uchyliła się z lekkim skrzypieniem. Po chwili za szybami toyoty wyrósł potężny dwuskrzydłowy budynek z szerokim podjazdem. Auto zatrzymało się na podjeździe przed wysmukłymi kolumnami z piaskowca. Spomiędzy kolumn podjazdu wyskoczył niewysoki zażywny czterdziestokilkulatek w nieskazitelnie białym fartuchu. Starannie wygolony zarost na jego twarzy mienił się sino. 

– Dzień dobry! – krzyknął mężczyzna w lekarskim fartuchu. – Czy mam przyjemność powitać nadkomisarza Patera?

– Ani „dobry”, ani „przyjemność”, ani „Patera” – powiedział cicho szpakowaty mężczyzna, wysiadł z samochodu i wszedł do budynku, bez słowa mijając lekarza oraz stojącego w drzwiach wysokiego młodego człowieka o różowej skórze i o sporej nadwadze.

Dodaj komentarz