Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 13:05

Lekarz podszedł do mężczyzny w drzwiach  i zapytał go pełnym oburzenia głosem, wbijając wzrok w jego rude loki przyklejone potem do czoła:

– Co to za nieprzyjemny facet, nawet nie raczył mi odpowiedzieć „dzień dobry”! Nie lubię współpracować z takimi… On zawsze taki jest, panie aspirancie?

– Tylko wtedy – aspirant otarł pot wierzchem dłoni i przez chwilę przypatrywał się wizytówce „Dr Andrzej Libling, Dyrektor” przypiętej do fartucha swojego rozmówcy. – Kiedy się odmienia jego nazwisko „Pater”, „Patera”, „Paterowi” i tak dalej.

– Jak się powinno odmieniać? – spytał zdumiony Libling.

– Bez „e” – odparł aspirant – „Pater”, „Patra”, „Patrowi”…

– Tylko dlatego tak się impertynencko zachował? – z twarzy Liblinga nie schodził cień złości. – Bo źle odmieniłem jego nazwisko? Tylko dlatego?

– Nadkomisarz ma bzika na punkcie poprawnego mówienia. To tyle. Każdy ma jakiegoś bzika.

– I tylko z powodu swojego bzika potraktował mnie jak psa? – doktor Libling sprawiał wrażenie, jakby chciał się rozpłakać. — Ja do niego „przyjemnie pana poznać”, a on do mnie „wcale nie jest przyjemnie”… Jak tak można? No to powiem panu, że jeśli policja będzie zajmowała się lingwistycznymi problemami, zamiast łapaniem przestępców, to wyniki będziecie mieli jeszcze gorsze niż macie.

Libling odwrócił się na pięcie i chciał odejść, gdy zatrzymał go głos:

– Dlaczego założył pan lekarski fartuch – Nie musi pan odpowiadać. Tam jest dużo krwi, prawda? Bał się pan, że zaplami sobie garnitur, który pewno tani nie był – Wieloch wpatrywał się znów w twarz Liblinga. – Dam panu radę. Pater nie jest kolejnym klientem, który chce oddać w  pańskie ręce następnego dzianego staruszka. Jeśli nie będzie pan z nim współpracował, za każdym razem będzie przywoził tu ze sobą piekło. Będzie jak wściekły pies, który rozszarpie na strzępy pański cenny garnitur. Rozszarpie tak, że nawet Versace tego nie zszyje.

Libling popatrzył na stróżkę potu spływającą po skroni Wielocha. – Jak to mówią: dobre rady zawsze w cenie.        

Aspirant nie odpowiedział doktorowi. Wszedł po schodach na pierwsze piętro i skręcił w szeroki korytarz. Podszedł do otwartych drzwi pokoju, w którym błyskały flesze. Zajrzał tam. Pomyślał, że nadkomisarz miał rację. Tu wcale nie było przyjemnie.

Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 13:15

Pokój numer 114 zalany był słońcem. W tym słońcu pociło się trzech mężczyzn. Dwóch z nich miało na sobie prawie identyczne letnie komplety – granatowe krótkie spodenki i siatkowe podkoszulki tegoż koloru. Na stopach mieli podobne sandały z rzepami, a na dłoniach takie same białe lateksowe rękawiczki. Na tym nie kończyło się ich podobieństwo. Przeguby obu z nich przysypane były talkiem, a ich głowy – ostrzyżone prawie do gołej skóry. Wykonywali podobne, pewne siebie ruchy. Jeden kucał przy wózku inwalidzkim, drugi małym pędzelkiem oczyszczał blat biurka. Jarosław Pater różnił się od nich i ubiorem, i fryzurą, i zachowaniem. Ubrany był w dżinsy i prążkowaną koszulę z krótkim rękawem. Jego sztywne szpakowate włosy jeżyły się nad czołem. Stał w oknie, błądził zamyślonym wzrokiem wśród starych drzew i nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co się działo w pokoju. Na terenie ośrodka w słońcu lśnił staw, w oddali dostrzegł spacerującego starszego mężczyznę w towarzystwie młodej kobiety, zapewne pielęgniarki. Najwyraźniej życie w domu toczyło się swoim rytmem. Ktoś pewnie powiedział już Liblingowi, by zachował dyskrecję i nie opowiadał pensjonariuszom i personelowi, co się tu właściwie stało.

Pater chciał odwlec chwilę, gdy będzie musiał zmierzyć się z widokiem martwego ciała. Odkąd dwa lata temu przeżył załamanie nerwowe, starał się unikać konfrontacji twarzą twarz ze śmiercią. Tym razem czuł jednak, ma dodatkowy powód, by nie patrzeć na mężczyzn wciąż pracujących w milczeniu. Pater wychylił się z okna i dopiero teraz po prawej stronie zobaczył dwa policyjne samochody i kilka innych, nieoznakowanych, pewnie prywatnych. Wyglądało na to, że tylko on zaparkował od frontu. Nad boczną bramą zaczęły pulsować dwa pomarańczowe światła. Najwyraźniej kolejny samochód wjeżdżał na teren ośrodka.     

– Powiedz mi, Pawle – Pater powoli cedził słowa, nie przestając podziwiać pięknego starego parku. Jak ty się tutaj znalazłeś? Patomorfolog na niedzielnym dyżurze? Przecież nie wzywa się was w sytuacjach podbramkowych. żaden medyk sądowy się nie śpieszy. Nikomu już nie uratuje życia. Po co wam dyżury?

– My nie mamy żadnych dyżurów – kucający mężczyzna wstał i obdarzył Patra mało przychylnym spojrzeniem. – Byłem z żoną na plaży w Jastrzębiej Górze. Sam wiesz, co się będzie działo za dwa tygodnie. Nie wyłączyłem komórki. Zadzwonił Jaworski i poprosił, żebym tu przyjechał. Odmówiłem mu. Coś podpowiedziało mi jednak, że nie powinienem wyłączać komórki. I miałem rację. Za pięć minut zadzwonił profesor Gromek z Tunezji. Jest tam na wczasach. Temu już nie mogłem odmówić. Dlatego tu jestem.

– To musi być jakaś ważna sprawa, skoro szef ABW dzwoni do Tunezji do twojego szefa – Pater pokiwał w zamyśleniu głową. – Dziwne…

– Co jest dziwne? – w głosie patomorfologa zabrzmiała nuta irytacji.

– To, że ciebie ściąga z plaży twój szef, a ja o całej sprawie dowiaduję się od mojego podwładnego…

– Czyżbyś cierpiał na niedowartościowanie?

– Wieloch – Pater zwrócił się do stojącego w drzwiach aspiranta. – To ty zawiadomiłeś komendanta Cichowskiego o niniejszej sprawie?

– Chyba tak! – wrzasnął służbiście podwładny Patra. – Miałem dzisiaj dyżur, zadzwonił do mnie koło jedenastej dyrektor Libing, a ja do pana nadkomisarza. Nie mogłem dodzwonić się do komendanta, miał wyłączoną komórkę. Nagrałem mu się i powiedziałem, że dzwonię do pana… Potem pojechałem i spotkałem tutaj doktora Kwiecińskiego i Jurka…

– Libling, nie Libing – Pater potarł dłonią o niedokładnie ogolony podbródek. – No to komendant wie od ciebie o tej całej sprawie… O której mu się nagrałeś?

– O jedenastej! – wrzask Wielocha był jeszcze donośniejszy.

– A o której komendant Cichowski do ciebie zadzwonił, Pawle? – Pater spojrzał na patomorfologa Kwiecińskiego

– Zaraz sprawdzę w komórce. No nie, akurat wykasowałem wszystkie połączenia – zirytowany doktor Kwieciński ocierał łysinę z potu.

– A do ciebie kto dzwonił? – Pater zwrócił się do technika Jurka.

– Nasz stary. Dzwonił pod numer domowy – Jurek nie oderwał się ani na chwilę od swej pracy. – Nie wiem, dokładnie o której.

– Kurwa, mam dość — zasyczał patomorfolog — przesłuchujesz nas, Jarek czy co? Nie masz nic lepszego do roboty? Widziałeś kiedykolwiek taką jatkę? W pokoju leży facet oporządzony jak prosię, a ty cierpisz na urażoną ambicję, bo nie zadzwonił do ciebie ten, co powinien? Lepiej odwróć swój sokoli wzrok od starodrzewu w parku i spójrz na to, co się tutaj dzieje!

– Nie używaj wulgaryzmów, Pawle – skrzywił się Pater i po raz pierwszy spojrzał na trupa leżącego obok wózka.

Wpis “Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 13:05” skomentowano 2 razy

  1. dummy pisze:

    „(…)Dwóch z nich miało na sobie prawie identyczne letnie komplety – granatowe krótkie spodenki i siatkowe podkoszulki tegoż koloru. (…)”
    Czy byli to może sympatycy love parade;-)?

  2. Mariusz Czubaj pisze:

    Tak,
    zdecydowanie!
    Zostali rozszyfrowani…:)

    Umówmy się, że mieli na sobie coś jeszcze, co bardziej licuje:)
    Miłej lektury!

Dodaj komentarz