Dom seniora „Eden” 18/06/2006 / 13:20

Nie był to widok, który ktokolwiek chciałby długo pamiętać. Mężczyzna leżący na podłodze miał na stopach wygodne obuwie sportowe. Wystawały z nich skarpetki, opinające grube owłosione łydki. Nogawki spodni były zrolowane i odsłaniały nogi prawie do kolan.

– Nogawki są w takim stanie, jakby je ktoś usiłował podciągnąć – powiedział do dyktafonu nadkomisarz Pater.

Na szarych spodniach, w okolicach pachwin mężczyzny widniało kilka jasnożółtych plam. Pater przyjrzał im się dokładnie. Był to jakiś płyn lub wydzielina. Plamy zdążyły już stężeć, stwardnieć i nieznacznie pomarszczyć te kilka centymetrów kwadratowych materiału, które zostały przez nie pobrudzone.

– Jakiś płyn na nogawce – Pater starannie dobierał wyrazy – przypominający… przypominający…

– Zabrakło ci słowa, Jarek? – uśmiechnął się Kwieciński. – To nie to, o czym myślisz, zapewniam cię, nie to…

– Co zatem?

– Spójrz na jego palce. To właśnie to, co znajduje się na jego palcach.

Pater przesunął wzrok ponad biodrami i brzuchem trupa. Leżał on na prawym boku. Całym tułowiem przyciskał swoją prawą rękę. Należące do niej przedramię wznosiło się ku górze.

– Jakby spał, a jego głowa spoczywała na prawym ramieniu – skomentował Pater do dyktafonu.

Lewa ręka nie leżała – jak prawa – w pozycji naturalnej. Lewa dłoń dotykała prawej, ściskała ją i obejmowała.

– Tak nieraz śpią dzieci – w pamięci dyktafonu odciskał się dokładny opis miejsca zbrodni. – Dłoń pokrywa się z dłonią, jedna dłoń przykrywa drugą. Z tą różnicą, że małe dzieci na tych połączonych dłoniach opierają swe policzki i smacznie śpią. A tutaj te dłonie znajdują się w odległości około trzydziestu centymetrów od twarzy.

– Te dłonie – westchnął ciężko Kwieciński. – Wcale się pokrywają, jedna wcale nie przykrywa drugiej. Przyjrzyj się im dobrze.

Pater pochylił się nad dłońmi trupa, wkładając swoją głowę w gęsty snop słonecznego światła. Oświetlało ona potężny, leżący obok ciała cynowy puchar. Oblepiony był on krwią, na powierzchni której tkwiły pojedyncze siwe włosy. Pater poczuł wtedy na swym czole –  po raz pierwszy dzisiaj – lepkie, zimne strugi. Poczuł coś jeszcze: zapach dobrze znany z głębokiej podstawówki, gdy założył się z kolegami z klasy, że wypije tubkę kleju „Hermol”. Przez bruzdy czoła popłynęła kropla, błysnęła w słońcu i rozprysła się obok połączonych dłoni denata. Rzeczywiście, jedna nie przykrywała drugiej, połączone były nie one, lecz ich palce. Kciuk lewej z kciukiem prawej, palec wskazujący lewej z palcem wskazującym prawej. Kwieciński wyjął skalpel i włożył go delikatnie pomiędzy opuszki. Posypało się kilka okruchów.

– Opuszki palców – powiedział do dyktafonu Pater – zostały połączone, ściślej mówiąc, sklejone jakimś klejem typu „super glue”.

– Gdyby te dłonie odgiąć nieco od siebie – Kwieciński powiedział to bardzo głośno, tak, aby nagrało się to na dyktafon – powstałaby figura geometryczna, nie pamiętam jak się nazywała, to tak, trochę jakby kopnięty kwadrat, postawiony na jednym ze swoich czubków. To jakby latawiec.

Pater chciał poprawić sformułowanie „kopnięty kwadrat” na „romb”, a „czubków” na „wierzchołki”, lecz widok głowy denata odebrał mu jakąkolwiek ochotę do normatywnych wywodów. Na potylicy, nieco powyżej uszu kończyła się linia siwych zlepionych krwią włosów. Nad tą linią już ich nie było, nad tą linią błyszczała tylko biała kość czaszki – tak gładka, że opływające ją ze wszystkich stron, zastygłe strumyki krwi były wąskie i porozrywane. Czerwono-biała czaszka kończyła się mniej więcej na wysokości czoła. Pater ukucnął i zajrzał od dołu w twarz trupa. Zobaczył brodę i nos zabitego. Oczu nie widział. Całkiem je przykrywała wywinięta skóra głowy z siwą szczeciną włosów.

– Ktoś mu roztrzaskał  głowę ciężkim, tępym przedmiotem, możliwe, że właśnie tym pucharem – powiedział wolno Kwieciński.

– A potem oskalpował – milczący dotąd mężczyzna podniósł się i rozprostował plecy.

Teraz Pater rozumiał już, co mu Wieloch chciał powiedzieć przez telefon.  Znowu. Po raz drugi tego dnia poczuł, jak czoło zalewa mu gęsta, zimna fala.
 
 
Dom seniora „Eden 18/06/2006 / 13:50

Okna pokoju dyrektora Liblinga – ku wielkiej uldze Patra – wychodziły na niesłoneczną stronę świata. Większą część tego ogromnego pomieszczenia zajmował konferencyjny stół, obity zielonym suknem. łokcie nadkomisarza Patra opierały się o stół, a splecione palce jego dłoni były podstawką dla brody. Policjant siedział nieruchomo jak Sfinks, jedynie jego oczy błądziły po ciemnych półkach z książkami, po ogromnym mahoniowym biurku i po starych mapach Wolnego Miasta Gdańska.

– To oryginały – dyrektor Libling wpatrywał się ze złością w Patra. – Wszystko, co pan ogląda, tutaj było przed wojną. W pokoju dyrektora gimnazjum, bo w tym budynku mieściło się gimnazjum. Chyba, pan się nie dziwi, że wybrałem to miejsce zamiast dusznej atmosfery „warszawki”. 
– Jestem pod wrażeniem – powiedział Pater – to niesłychane! Oto kilka kilometrów od morza, wśród sosnowych lasów mieściło się gimnazjum klasyczne. Oto tutaj przed wojną chór męskich głosów recytował Homera!
– Tak było – złość powoli mijała dyrektorowi. – Duże pokoje zajmowane teraz przez dwóch lub trzech mniej zamożnych pensjonariuszy to były kiedyś sale lekcyjne, w mniejszych pojedynczych pokojach w lewym skrzydle budynku mieścił się internat. Oczywiście wymagało to sporo wysiłku, by przystosować budynek do nowej funkcji, trzeba było zrobić podjazdy, zamontować windę i tak dalej, ale starałem się, by duch miejsca stąd nie odleciał… 
– A Ryszard Maziarski? – Pater nagle zmienił temat. – Był zamożny?
– Niech pan pomyśli – złość wróciła Liblingowi. – Mieszkał sam, w ogromnym pokoju, byłym gabinecie matematycznym.
– Dziękuję – Pater uśmiechnął się słodko – że dał mi pan wyjątkową szansę wykazania się myśleniem. Był zatem bardzo zamożny – ciągnął bez uśmiechu. – Ile płacił miesięcznie?
– Właściwie to jeszcze nie zapłacił. Pojutrze jego bank przeleje na nasze konto około trzy i pół tysiąca. Stałe zlecenie przelewu. Oczywiście w sumę tę wliczone są także różne usługi niestandardowe, nie obejmuj ace innych klientów.

Pater przestał wpatrywać się w linie, z których na mapie ktoś dawno temu wyrysował tkankę miasta. W oczach Liblinga zobaczył błysk wyższości. Tak, dyrektor miał rację. W „Edenie” Pater ze swoją pensją mógłby chyba tylko liczyć na piwnicę przeżartą grzybem. I to po wytargowanej zniżce.

– Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że trzy tysiące to bardzo dużo. To jest pod tym względem chyba dość nietypowy dom starców?
– Nie, dlaczego – Libling rozsiadł się wygodniej. Paterowi przypominał teraz obrzydliwie zadowolonego z siebie kocura przymierzającego się w fotelu do drzemki. – Zdaje się, że rzeczywiście wie pan o tym niewiele – wymruczał dyrektor. Wszystko się zmieniło, społeczeństwo rozwarstwiło się, a oto jeden z efektów. Widzi pan, jedni strajkują, bo uważają, że pracują za głodowe pensje, inni korzystają z jesieni życia. Kiedyś takie miejsca kojarzyły się ze szpitalami, gdzie snuli się pogardliwie uśmiechnięci pielęgniarze podobni do więziennych klawiszy, z koszarami wojskowymi, z umieralniami dla tych, o których cały świat zapomniał. Teraz też są takie miejsca, zapewniam. Ale – Libling – uśmiechnął się szeroko – są i takie jak to. Doktor sięgnął do szuflady i wyjął prostokątny folder „Edenu”. Na okładce pod znajomą fasadą budynku, Pater przeczytał: „Jesteśmy prawdziwą rodziną”.
– Proszę zobaczyć – wydawało się, że Libling wpadł w trans – całodobowa opieka, sala rehabilitacyjna, w każdym pokoju telewizja satelitarna, na życzenie dostęp do Internetu, biblioteka. Aha, i nie mówimy: „dom starców”. Teraz są „domy opieki”, „domy rodzinne”, „domy złotego wieku”. Żadnych starców i starości. Mówię to panu, bo zauważyłem, że pan nadkomisarz jest szczególnie wyczulony na zagadnienia poprawności językowej.

Pater oderwał wzrok od folderu.     

– Czyli Maziarski mieszkał w „Edenie” niecały miesiąc?
– Tak.
– Wie pan, kto widział Maziarskiego po raz ostatni?
– Właśnie Czekański – powiedział Libling.
– Dlaczego użył pan słowa „właśnie”?
– Pan jest z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku?
– Tak – odpowiedział uprzejmie Pater – nadkomisarz, magister filologii polskiej Jarosław Pater, zastępca kierownika Sekcji do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu. Już raz to panu powiedziałem, po wejściu do tego gabinetu. Wtedy też pokazałem panu legitymację. Wręczyłem wizytówkę, bo wiem, że się jeszcze spotkamy. W ciszy, która na chwilę zaległa chciał, by mężczyzna w eleganckim garniturze usłyszał groźbę. – Co jeszcze mam zrobić? Napisać to wszystko sobie na czole?
– Rozumiem – dyrektor zmarszczył brwi i zaczął gorączkowo przeglądać szufladę biurka. Wyjął z niej w końcu jakąś wizytówkę i uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Już wiem, dlaczego pan nic nie wie o Czekańskim!
– O kim? Byłbym wdzięczny, gdyby pan doktor powiedział mi wszystko o tym, czego nie wiem.
– To była Sekcja Nieletnich i Patologii – Libling odczytywał wizytówkę leżącą przed nim na biurku. – To była inna sekcja z Komendy Wojewódzkiej. To dlatego pan nic nie wie!
– To nie znaczy, że nie chciałbym wiedzieć wszystkiego.
– Kiepski jest przepływ informacji pomiędzy waszymi sekcjami – dyrektor uśmiechał się ironicznie.

Zapadło milczenie. Wielki zegar wybił godzinę drugą po południu. Przez otwarte okno do pokoju wpadła osa i zaczęła niebezpiecznie krążyć wokół głowy Patera. Metalowe wnętrza zegara jeszcze brzęczały, bzyczała osa, doktor Libling krzywo się uśmiechał.

– Już pan się nacieszył chaosem w mojej głowie? – zapytał Pater uprzejmie. – Rzeczywiście, niczego nie wiem o niejakim Czekańskim. Nawet nie znam jego imienia.
– Profesor Jan Czekański – Libling mówił bardzo powoli – jest naszym pensjonariuszem. To wybitny naukowiec, medyk i antropolog. Jest emerytowanym profesorem chirurgii z Akademii Medycznej w Gdańsku. Wykładał w Leeds, Oslo, chyba też w Wiedniu. Oprócz tego zajmuje się czymś z pogranicza medycyny i antropologii. Był ekspertem od tzw. ran symbolicznych. Profesor…
– Przepraszam, że panu przerywam – Pater wpatrywał się w osę chodzącą po zielonym suknie stołu. – Co to znaczy „rana symboliczna”?
– Powiedziałbym panu, gdyby mi pan nie przerywał – kwaśno zauważył Libling i czekał na reakcję Patra. Nie doczekał się jednak, toteż mówił dalej. – Nie będę wdawał się w szczegóły antropologiczne. Dam panu przykład ran symbolicznych. To obrzezanie, tzw. więzienne sznyty…
– Skalpowanie też?
– Tak, skalpowanie niekiedy też.
– Widocznie w każdej zbiorowości znajduje się miejsce dla rzeźników, prawda? Podobnie… Źle się pan czuje, doktorze? – Pater wpatrywał się w Liblinga.

Twarz dyrektora wyglądała tak, jakby ktoś jednym szarpnięciem zdarł przyklejony do niej uśmiech. Zmarszczki wydłużyły się i zastygły w grymasie niczym utrwalone w niewidocznej formalinie.

– Przepraszam… Telefon na biurku Liblinga zaczął wibrować i podskakiwać jak wyrośnięty chrząszcz w kolorze aluminium. Libling chwycił komórkę i przez chwilę wsłuchiwał się w podniesiony męski głos po czym rozłączył się. – Przepraszam. Mamy dziś wyjątkowo nieprzyjemny dzień, dużo wrażeń. Zatem…
-Zatem co ma wspólnego specjalista od skalpowania, profesor Jan Czekański z zabitym i oskalpowanym Ryszardem Maziarskim?
– Przyjaźnili się. Grali w szachy do późna w nocy. Codziennie. Maziarski był jedynym przyjacielem Czekańskiego, a to naprawdę niełatwe przy trudnym, oględnie mówiąc,  charakterze profesora. Dlatego przypuszczam, że Czekański widział jako ostatni Maziarskiego.
– Dobrze. Dlaczego wyjął pan tę wizytówkę Sekcji Nieletnich i Patologii? – Pater znów zmienił temat rozmowy.

Libling siedział przez chwilę zdezorientowany. Osa wzniosła się znów w powietrze i poszybowała ze złowrogim bzyczeniem w stronę białej plamy fartucha. Dyrektor zareagował nerwowo. Chwycił płachtę „Gazety Wyborczej” i uderzył nią owada. Osa upadła na dywan i zachrzęściła pod obcasem buta Liblinga.

– Wlatuje ich tutaj dużo z powodu tego strajku śmieciarzy – powiedział doktor z wyraźną ulgą, wcierając zezwłok osy w wiśniowy dywan. – U nas też śmieci nie ubywa. Cała góra – wskazał ręką zza okno. – A wracając do pańskiego pytania o wizytówkę… Czekański dostawał esemesy z pogróżkami. W tych esemesach były błędy ortograficzne i słownictwo młodzieżowe. Sądziliśmy, że autorami są nastolatki. Zadzwoniłem do Komendy Wojewódzkiej i przedstawiłem komuś sprawę pogróżek, a potem swoje przypuszczenia. Przysłali więc kogoś z sekcji do spraw nieletnich.
– Jakiej treści były te esemesy?
– Dobrze nie pamiętam. „Dopadniemy cię. Zaczynaj ostatnie odliczanie”, ale głównie było to  coś w stylu – dyrektor skrzywił się – „Aż tak dobrze ci, gnoju, w tym wypasionym domu starców? Wypieprzaj stąd! Wiem, co zrobiłeś, stary pojebie”.
– A co on zrobił? – Pater patrzył jak wiatr porusza liście drzew.
– Tego nie wiem – Libling pociągnął nosem; wiatr nie tylko poruszał liśćmi, przywiewał również zgniłe i kwaśne wyziewy z gór śmieci.
– Dowiem się tego od niego samego – Pater wstał.
– Nie dowie się pan – głos doktora Liblinga załamywał się, jakby zwiastował nadejście łez i łkań. – Profesora Jana Czekańskiego nie ma w „Edenie”. Jego pokój jest pusty. Od rana nikt go nie widział w „Edenie”. Ten telefon… – Libling wskazywał ręką na aluminiowego chrząszcza. Dostałem wiadomość, że profesor do tej pory nie wrócił.  
– Jeden zajmował się skalpami, drugi został oskalpowany – Pater ruszył ku drzwiom. – Jeden zginął, drugi zaginął. Bardzo to wszystko ciekawe.

Policjant stanął i gwałtownie odwrócił się do dyrektora.

– Wie pan, co? – powiedział z uśmiechem – pański dom seniora nosi złą nazwę. To nie jest „Eden”. Jest nazwa bardziej adekwatna.
– Jaka?
– „Inferno”.

W domu seniora podawano obiad.

Wpis “Dom seniora „Eden” 18/06/2006 / 13:20” ma jeden komentarz

  1. selket pisze:

    Podoba mi się. Coraz bardziej intrygujące 🙂

Dodaj komentarz