Gdańsk 19/06/2006 / Przed południem

O siódmej rano Pater poczuł czyjeś dłonie na skroniach. Nie były to dłonie pielęgniarki ze snu. Były to ręce rugbisty Ogniwa Sopot miażdżące w stalowym uchwycie skronie policjanta niczym owalną piłkę, która za chwilę miała zostać wprowadzona do formacji młyna. Pater próbował rozerwać powieki. Gdy to już się udało – i gdy ucisk rugbisty stał się jeszcze mocniejszy – zobaczył plastikowy czteropak po piwie, a zaraz obok nietknięty drugi. Puszki leżały w nieładzie, tworząc instalację na podłodze. Od jednej oderwała się nagle osa i wyfrunęła przez otwarte okno. Wtedy nadkomisarz pomyślał o żwirowej ścieżce i przedwojennych murach gimnazjum klasycznego.

Dla Patera czteropak był oceaniczną dawką alkoholu. Nie pił już od dawna. Wolał salony bukmacherskie i hazard. Poprzedniego wieczora złamał swoje zasady. Teraz zażył „KC 24” w podwójnej dawce, wypił litr soku pomarańczowego i trochę rozluźnił dłonie rugbisty, ale gdy wyszedł z bloku otrzymał nagły cios słonecznego światła. Pomyślał, że nie wyjął z odtwarzacza płyty z „Windą na szafot”.

Uścisk na skroniach znów się wzmógł. Pater jechał do komendy, nie przekraczając „czterdziestki”, a na ulice Gdańska patrzył tak jakby przejeżdżał przez miasto po raz pierwszy.

Na biurku czekała kartka. Spojrzał na zegarek. Od dziesięciu minut powinien być u komendanta Cichowskiego. Komendant nie był sam. Przy konferencyjnym stole siedział Andrzej Chrzan, szef Sekcji Nieletnich i Patologii. Ospowata twarz Chrzana, z bruzdami i załamaniami przypominała Paterowi fakturę szarego forda sąsiadującego na parkingu z jego samochodem. Tego ranka twarz szefa sekcji jeszcze bardziej upodobniła się do wgniecionej blachy. Przy oknie stał szpakowaty mężczyzna. Prawdziwy komitet powitalny – pomyślał Pater i zadał pytanie, na które od kilku chwil znał już odpowiedź:

– Co z profesorem Czekańskim? Gdzie się podziewał przez pół dnia?
– Czekańskiego wciąż szukają nasi ludzie – szpakowaty mężczyzna odwrócił się od okna. I znajdą go. Był pan w „Edenie”, więc należą się panu wyjaśnienia.

Pater wiedział, że dalszych wyjaśnień nie będzie.

– To inspektor Fałoch. Przełożony – Cichowski nieznacznie zawiesił głos – naszego byłego kolegi Paprzyckiego. Podobno widzieliście się wczoraj… Cóż, inspektorze – komisarz popatrzył na Fałocha – myślę, że wszystko sobie wyjaśniliśmy…
– Też tak sądzę, komendancie. Mam nadzieję, że podział kompetencji jest jasny dla pana i pańskich ludzi – szpakowaty mężczyzna spojrzał na Patera. – Żegnam panów.

Fałoch lekko skinął głową. Przez dłuższą chwilę na korytarzu słychać było oddalające się kroki.

Ciszę przerwał Pater. – Ja rozumiem, że zdarzają się sprawy, hm… niestandardowe. Rozumiem, że oskalpowany inwalida i znikający profesor, specjalista od skalpów to niecodzienny przypadek. Ale co ma do tego ABW i skąd u nich ta nerwowość, ten…

– Ta sprawa jest poza naszym zasięgiem, Pater – słońce oświetlało łysą czaszkę komendanta. Jego głowa przypominała planetoidę, od jakich roi się w pismach popularno-naukowych.
– Chciałbym, Jarek, byś to dobrze zrozumiał. Nie mówię dwa razy – powiedział piorun do słomianego dachu.

Cichowski znany był ze swoich aforyzmów. Gdy dowiedział się, że Pater jest absolwentem polonistyki, zaczął atakować nadkomisarza cytatami. Raz cytował coś z kanonu literatury, innym razem wymyślał coś swojego. „Klasyka czy moje?” – zwykle takim pytaniem Cichowski nękał swojego podwładnego. A Pater szybko zrozumiał, że niewiele jest przyjemniejszych chwil w życiu komendanta od tej, gdy polonista myli się, przypisując mu autorstwo cytatu z Szekspira czy Horacego. Tym razem jednak komendant pytania nie zadał.

– Próbuję tylko uporządkować fakty – cicho powiedział Pater. Nic się tu nie zgadza. Najpierw Czekański dostaje sms-y z pogróżkami. Sprawa trafia do was – popatrzył na Chrzana. – Tylko jaki powód miałby jakiś nieletni, by grozić profesorowi? Skąd miałby jego numer? Nic nie wskazuje, by profesor włóczył się po modnych klubach – Pater z trudem powstrzymywał się od ironii. – Poza tym zasięgnąłem wczoraj, tak to nazwijmy, porady językowej. W tych sms-ach było coś o „wypasionym domu”. Tyle że słowo „wypasiony” to już dla młodych ludzi szczyt obciachu i, jak to mówią, „wiocha”. Mówi się: „wyczesany”, „wyczepisty”…
– Pater, ja doskonale o tym wiem – twarz Fałocha coraz bardziej upodabniała się do falistej blachy szarego forda. Wiem, że ktoś nieudolnie podszywał się pod słownictwo młodzieżowe. I wiem coś jeszcze – mężczyzna nachylił się w kierunku nadkomisarza. – Następnego dnia po tym, jak otrzymaliśmy informację o sms-ach na moim biurku zadzwonił telefon. Dzwonili z ABW. Od tej chwili wszystko, co związane z Czekańskim, miało trafiać do nich. Rozumiesz, co to znaczy?
– To znaczy, że wczorajsze zamieszanie w „Edenie” spowodował nie oskalpowany trup Maziarskiego, ale profesor i jego zniknięcie…
– Nie, nie o to mi chodzi – szara blacha zadrżała. -To znaczy, że ktoś z naszych jest wtyką ABW. Przekazuje im wiadomości o naszych śledztwach. Mamy kreta, pieprzonego kreta – wysyczał Fałoch.
– Dosyć! – Cichowski uznał, ze powinien wkroczyć do akcji. Tak czy inaczej „Eden” to nie nasza sprawa. A dla ciebie – popatrzył na Patera – mam, jak to ująłeś… niestandardowe zadanie. W jednym z bloków znaleziono zamurowane zwłoki. Ktoś wymontował kaloryfer i w tym miejscu ukrył ciało. Ludzie to mają pomysły… Ale upały i nieszczelności zrobiły swoje. No i to chyba będzie coś w sam raz dla ciebie – mruknął komendant.

Na progu głos komendanta zatrzymał Patera. Nadkomisarz raz jeszcze podszedł do stołu.

– Ja też nie lubię, gdy ktoś wpieprza się w nieswoje sprawy. Gdy robi się z nas folwark. Nie lubię zwłaszcza, gdy robią to moi byli podwładni. Bardzo też nie lubię, gdy moich ludzi traktuje się jak… – Cichowski zrobił ruch ręką jakby odganiał natrętnego owada. – A teraz weź się do swojej roboty.

Gdy Pater usiadł przy swoim biurku, pomyślał, że ostatnie zdanie komendanta – to o „swojej robocie” – poddaje się rozmaitym interpretacjom.

Nadkomisarz zadzwonił do Kuleszy. -Podobno mamy zamurowane zwłoki w mieszkaniu. Tak… Zobacz, czy jesteśmy tam rzeczywiście niezbędni.

Potem wybrał prywatny numer doktora Kwiecińskiego i zostawił wiadomość. Zadzwonił do archiwum i, jak to miał w zwyczaju, poprosił o „drobną przysługę”.

Po trzeciej kawie zabrzęczała komórka. „Ustawka o ósmej. Mandaryn”. Dłonie rugbisty ostatecznie poluzowały uchwyt.

Wpis “Gdańsk 19/06/2006 / Przed południem” ma jeden komentarz

  1. Katoda Ltd. pisze:

    Albo czegoś nie rozumiem, albo zaszła pomyłka z opisem osób znajdujących się na spotkaniu u komendanta Cichowskiego: komendant, za stołem Andrzej Chrzan z twarzą przypominającą blacharkę starego Forda, przy oknie szpakowaty mężczyzna, który zostaje przez Cichowskiego przedstawiony jako inspektor Fałoch. Po kilku zdaniach Fałoch stwierdza „Żegnam panów”, na korytarzu słychać oddalające się kroki, więc zostają Cichowski, Chrzan i Pater. I nagle zdanie „- Pater, ja doskonale o tym wiem – twarz Fałocha coraz bardziej upodabniała się do falistej blachy szarego forda”, następnie jeszcze parę zdań później „Przekazuje im wiadomości o naszych śledztwach. Mamy kreta, pieprzonego kreta – wysyczał Fałoch.”. Myślę że w obu tych zdaniach chodzi jednak o Andrzeja Chrzana…

Dodaj komentarz