Sopot 19/06/2006 / 22:15

Boczna salka w „Mandarynie” przypominała gotycką komnatę. Nie dobiegały tu odgłosy z pobliskiego „monciaka” wypełnionego o tej godzinie śmiechem nastolatków koczujących pod letnimi ogródkami. Klimatyzowana salka przeznaczona była dla ludzi, którzy cenili sobie ciszę i spokój. Średniowieczny charakter pomieszczenia potęgowała dodatkowa kolumna wytworzona z dymu papierosów i wznosząca się znad stołu do lampy.

Pater wpatrywał się dłuższy czas w swoje dwa odbicia. Twarz, jaka ukazywała się w szkłach okularów jego przeciwnika zdawała się nie zdradzać żadnych emocji. O Paterze mówiło się, że naprawdę ma pokerowe oblicze. Zostało ich tylko dwóch. Naprzeciw siedział „Jezus z Oliwy”. Mężczyzna z siwiejącą brodą był profesorem matematyki na Uniwersytecie Gdańskim. Uczył się na pamięć prawdopodobieństwa rozkładów kart, ale ciągle jakiś pokerzysta stawał mu na drodze. Wreszcie uznał, że to wszystko przez oczy. Przez nie przegrywa. To jego spojrzenie zdradzało siłę lub słabość układu kart. Profesor natrafił kiedyś na artykuł o amerykańskim informatyku, mistrzu pokera, którego nazywano „Jezusem”. Pokerzysta zza oceanu zawsze grał w lustrzanych okularach. Profesor zaczął go naśladować, zapuścił brodę. Wtedy zaczęli nazywać go „Jezusem z Oliwy”. Także i dlatego, że wreszcie przy stole cudownie pomnażał uniwersytecką pensję.

Nadkomisarz zaczął grać trzy lata temu. Zaczęło się od Internetu. Wkrótce wirtualne rozgrywki wyłoniły graczy, którzy postanowili zmierzyć się w „realu”. W odmianę pokera nazywaną Texas Hold’em coraz rzadziej grywali mafiosi i rozmaici „wielcy Szu” kursujący po Wybrzeżu w poszukiwaniu „leszczy” do ogrania.
Coraz rzadziej nad stołem krążyły gorące pieniądze, które miały to do siebie, że zostawiały nad nim swąd spalenizny i nielegalnych spraw. Texas Hold’em stawał się rozrywką jajogłowych: informatyków, matematyków, ekonomistów, prawników. Niekiedy także policjantów. „Ustawki” organizowano raz w tygodniu, najczęściej w piątki. Dzisiejsza należała do zorganizowanych spontanicznie. Widocznie ktoś uznał, że warto dobrze rozpocząć tydzień.

Gdy zostało ich dwóch, postanowili zagrać zgodnie z zasadą „no limit”. Oznaczało to, że można wyłożyć wszystkie swoje pieniądze i podbijać podczas jednej rundy licytacji dowolną ilość razy. Pater raz jeszcze podwinął koniuszki kart i popatrzył na piątkę kier i siódemkę pik. Na stole leżał już flop. Ósemka kier, as pik i król karo. I stały słupki żetonów niczym warta przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Król karo. Pater pomyślał o Maziarskim. Co takiego zrobił, że spotkała go ta straszna śmierć? Mordercy nie wystarczyło to, że zmiażdżył emerytowi tył czaszki. Posunął się do tego, by oskalpować ofiarę. Oskalpował zwłoki czy żyjącego jeszcze człowieka? Mimo klimatyzacji Pater poczuł, że ma lepkie palce. Właśnie: palce. Sklejone palce Maziarskiego. Klej. O co w tym wszystkim chodzi?

Na stole pojawiła się czwarta karta. Walet trefl. „Jezus z Oliwy” postawił kolejny słupek żetonów i rozsiadł się wygodniej.

-Pamięta pan, graliśmy trzy tygodnie temu niedaleko hotelu „Grand”. Potem usłyszałem od kolegi prawnika, że to miejsce z tradycjami. Przed wojną te secesyjne piękne wnętrza były jaskinią hazardu. Ale najciekawsze jest to, że obok „Grandu”, tak w kierunku na Wejherowo, ciągnęła się aleja samobójców. Wieszali się niemieccy rybacy, polscy inżynierowie, żydowscy sklepikarze i rosyjscy arystokraci, którzy przegrywali tu swoje majątki. Podobno nad ranem właściciel hotelu miał taki zwyczaj, że przychodził do kasyna, wskazywał głową w stronę alei i pytał: „ilu”? „Dwóch” – odpowiadał krupier. Wspaniała historia, nieprawdaż?

-Sądzi pan, profesorze, że dzisiaj powinienem udać się w kierunku Wejherowa? – zapytał Pater.

Profesor wybuchnął śmiechem. – Och, nic takiego nie chciałem powiedzieć! Strumień papierosowego dymu wzbił się w stronę lampy, a Pater podbił stawkę.

Walet trefl. Czekański. Co chce od niego ABW? Może to też kret? Pieprzony kret – Pater przypomniał sobie poranną rozmowę i bruzdy na twarzy Chrzana. Ale po co agencji człowiek w domu starców? I co się właściwie stało ze znawcą ran symbolicznych? Kto wysyłał mu sms-y? Pater znów zobaczył dwa swoje odbicia w okularach profesora matematyki. Profesor z Uniwersytetu Gdańskiego. Tak jak Czekański.

-Profesorze, to żadna pokerowa sztuczka, naprawdę mnie to interesuje. Czy mówi coś panu nazwisko Czekański? Profesor Uniwersytetu Gdańskiego…

-Nie, pierwsze słyszę – obłok dymu znów pofrunął do góry. – A czym on się zajmuje?

-Lekarz, ale także specjalista od antropologii…

-O, to nam nie po drodze. Ale jeśli tak pana to interesuje, dowiem się czegoś. Ktoś na pewno będzie go znał – „Jezus” dołożył swoje żetony.

Na stole pojawiła się ostatnia karta. Piątka pik. Pater raz jeszcze popatrzył w zakryte dwie karty, popatrzył na „Jezusa” i nie odrywając wzroku od swoich dwóch odbić dołożył kolejny słupek. Poczuł, że wokół stołu robi się nagle tłoczno. To trzej gracze, którzy wcześniej odpadli, patrzyli na decydującą rozgrywkę. Pater już dawno powinien spasować. A już na pewno powinien to zrobić, gdy profesor opowiedział o alei samobójców w kierunku na Wejherowo. Historyjka ta była pokazem siły. Ale nadkomisarz wiedział też, że jeśli zagrać z profesorem ostro, puszczają mu nerwy i zaczyna się gubić. Para piątek to niewiele, ale powinno się udać. Profesor podbił. W szklance jednego z kibiców zachrzęścił lód. Pater bez zastanowienia przesunął na środek ostatni stos żetonów. Po chwili „Jezus” odkrył pierwszą ze swoich kart. Trójkę karo. Dmuchnął dymem tym razem w bok i odsłonił króla trefl. Leżał on obok wcześniej odkrytego pikowego. Dwa czarne króle. Trefl to krzyż. Krzyż nad grobami samobójców i nad grobem Maziarskiego.

-Wejherowo – mruknął Pater i odłożył swoje karty do talii. Potem patrzył jeszcze, jak profesor wymienia żetony na żywe pieniądze.

-No to tym razem mi się udało – w niebieskich oczach profesora dostrzegł wesoły błysk. – A z tym Czekańskim rozejrzę się.

Popełniłem błąd. Gdzieś popełniłem błąd. Gdzie? Pater nie myślał o pokerze. Znów myślał o niedzielnym południu w „Edenie”. Była dwudziesta trzecia. Upał zelżał i zrobiło się nawet przyjemnie. W klubach na „monciaku” didżeje rozkręcali swoje imprezy.

Wpis “Sopot 19/06/2006 / 22:15” skomentowano 4 razy

  1. tio pisze:

    Jedyne co mi się „gryzie” to określenie: „Była dwudziesta trzecia. Upał zelżał” – czy o 23 można jeszcze mówić o upale?

  2. zoso pisze:

    Jeżeli Profesor miał lustrzane okulary, to partnerzy widzieli jego karty.

  3. selket pisze:

    tak,można. zeszlego lata w lublinie byly takie upaly, ze o polnocy nie bylo ciagle czym oddychac. sama nie moglam uwierzyc. pozdrawiam 🙂

  4. nice girls pisze:

    nice girls…

    nice girls introduction…

Dodaj komentarz