Gdańsk 22/06/2006 / 14:00

Po dłuższym milczeniu w słuchawce usłyszał kobiecy głos. Sekretarka poinformowała go, że jej szef jest na międzynarodowej konferencji w hotelu „Grand” w Sopocie. Pater przypomniał sobie przedwczorajszą klęskę w pokera i drogę na Wejherowo.

-Proszę więc powtórzyć… – zawahał się. – Albo nie. Sam mu to powiem.

Dwie godziny później był w hotelu. Kartka formatu A4 z napisem „Marketing i nowoczesne świadczenia opieki społecznej” oraz z dorysowaną poniżej strzałką wskazywały, gdzie odbywa się konferencja. Jej uczestnicy właśnie jedli obiad. Chili con carne zamarło na widelcu jednego z uczestników w połowie drogi do ust.

-Nie mogę teraz rozmawiać. Zresztą z tego, co wiem, nie prowadzi pan ten sprawy.

-Mam tu dla pana, doktorze, coś szczególnie smakowitego – Pater zgiął się nad uchem rozmówcy niczym kelner i – niczym kartę dań – wręczył mu aktówkę z kserokopiami. Elegancko ubrany mężczyzna otworzył aktówkę i niemal natychmiast ją zamknął. Wiedział, że ten obiad już się dla niego skończył.

-Myślę, że dobrze byłoby porozmawiać, dlaczego wybrał pan Wybrzeże zamiast – Pater położył palce na skroni jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Jak to pan określił? Zamiast „dusznej atmosfery >>warszawki<<". -Proszę być jutro u mnie o dwunastej - szepnął Libling. -Życzę udanej konferencji - Pater popatrzył w oczy dyrektora "Edenu". - Salute! - powiedział do brodatego mężczyzny z konferencyjną plakietką przypiętą do garnituru. -Grazie - odpowiedział doktor Paolo Scaramelli. Patera odprowadziło do drzwi kilka par oczu. O wiele za dużo, niżby życzył sobie Libling. Gdańsk, 23/06 / 08:30

Przez otwarte drzwi łazienki dobiegały dekadenckie pasaże saksofonu i kontrabasu z płyty Charliego Hadena „Always Say Goodbye”. Płynął pejzaż kalifornijskich knajp, a w każdym dźwięku można było usłyszeć dedykację dla Raymonda Chandlera. Jarosław Pater wyszedł z wanny i klasnął bosymi stopami po wykładzinie, która pokryta była liniami udającymi fugi pomiędzy kafelkami. Człowiek kontemplujący podłogę łazienki Patera musiałby mieć za sobą sporo czterdziestoprocentowych kolejek, żeby uznać, iż stąpa po jasnozielonych płytkach ceramicznych przedzielonych ciemniejszymi fugami. Zresztą choćby iluzja wizualna była nawet najdoskonalsza, to odgłos, jaki dobywał się spod stóp, burzył ją momentalnie. Pod wykładziną chrzęściły bowiem ziarna piasku i drobinki gruzu – smutny dowód, iż pracownicy branży budowlanej we wczesnych latach siedemdziesiątych na wylanie podłogi zużywali znacznie mniej cementu niż nawet przewidywały to bardzo restrykcyjne socjalistyczne normy.

Zwykle, kiedy stopy Patera już wydobyły chrzęst gruzu, kiedy już spojrzał w lustro okolone czerwoną plastikową ramą, by ujrzeć tam ciemną szczecinę zarostu i czerwone bezsenne wylewy w gałkach ocznych, zwykle wtedy nachodziły go dwie sprzeczne myśli. Pierwsza – aby wyrzucić na śmietnik tę wykładzinę, wygarnąć wszystkie grudki betonu zmieszane z rozgniecionymi prusakami i wylać nową podłogę, druga – aby zachować status quo. Po co to robić? Po trzech latach życia w celibacie, po trzech latach stopniowego zapominania o swojej małżeńskiej katastrofie, nie odstępowała Patera smutna pewność, że jego skromnego mieszkania w gdańskim falowcu, nie odwiedzi żadna kobieta i nie będzie się musiał wstydzić ani lustra zachlapanego pastą do zębów, ani poobijanej wanny, znad której odpadł w zeszłym tygodniu spory kawałek tynku, ani szczerbatego grzebienia, na którym wiły się od trzech lat smutne pamiątki – nitki rudych długich włosów.

Pater pamiętał ten moment sprzed trzech lat tak dobrze, jakby zdarzył się przed chwilą. Rudowłosa piękność stoi w drzwiach i mówi tylko trzy słowa: – Syf. Wszystko syf. Te słowa i trzaśnięcie drzwiami na odchodnym, były kodą ich małżeństwa, nad wyraz zwięzłym podsumowaniem kilkunastu lat, prawdą o ich związku, mieszkaniu, a może przede wszystkim marzeniach, które niemal od początku ich znajomości wydawały się niedorzeczne. Pater nie poszedł w biznes na początku lat dziewięćdziesiątych, jak jego koledzy po studiach, nie zrobił kariery w dyplomacji, chociaż znajomi na stanowiskach roztaczali przed nim świetlane perspektywy. Ostatecznie wszystko zawaliło się w dniu, gdy Jarosław Pater postanowił podjąć pracę w komendzie wojewódzkiej. Coraz rzadziej wspominał go ktoś w rozmowach, jako młodego i zdolnego. W końcu przestał być młody. I z każdym dniem rozumiał coraz lepiej, że ludzie są rzeczywiście zdolni. Zdolni do wszystkiego.

Woda powoli odpływała z wanny, lada dzień trzeba będzie wezwać hydraulika. Pater mył zęby, wypluł pastę zmieszaną z krwią z podrażnionych dziąseł i znów pomyślał o wykrwawiającym się latami małżeństwie. To, że Iza wytrwała z nim kilkanaście lat miało wszelkie znamiona cudu. Przynajmniej takiego zdania była rodzina żony, jego matka oraz przyjaciele, z których jeden okazał się ostatecznie nad wyraz pomocny w leczeniu małżeńskich stresów i ocieraniu kobiecych łez. Tamtego listopadowego dnia nadkomisarz obiecał sobie dwie rzeczy. Że wraz z żoną i ostatnim trzaśnięciem drzwi zniknie z jego słownika wyraz „syf” i wiele podobnych, kojarzących się z ostatnimi latami bezlitosnych małżeńskich zapasów pozbawionych wszelkich reguł. I że nigdy już nie zwiąże się z nikim na stałe. Nawet, gdyby błagała go o to Angelina Jolie.

Pater był w nastroju, który doktor Kwieciński nazywał syndromem karawaniarza. Liryczna drapieżność muzyki zrobiła jednak swoje. Zadziałała. Pozbył się myśli, że kłopoty to jego specjalność i że ma na nie wyłączność. Pater miał tylko starą wykładzinę, inni mieli także starzejące się żony i wieczne problemy. Nagle zaczął myśleć o czymś innym. Zwłaszcza dwie myśli – wzajemnie się wykluczające – przepływały mu szybko przez głowę i zawracały całym pędem. Golił się powoli, aby nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, które uruchomiłyby całe fale potu. Charlie Haden swym dyskretnym kontrabasem podkreślał parny bezruch rozpoczynającego się dnia. Profesor Jan Czekański. Dwie myśli: zabił – nie zabił. Zniknął po śmierci Maziarskiego. Był ostatnim człowiekiem, który widział Maziarskiego żywym. Znawca ran symbolicznych i pseudoinwalida na wózku z farbowanymi na siwo włosami i z doskonale rozwiniętymi mięśniami nóg. Anonimowe sms-y do Czekańskiego. Nieumiejętnie udawany młodzieżowy slang. Anonimowy szantażysta. Może to on? Może on jest podwójnym mordercą. Zabił – nie zabił.

W senne kalifornijskie bulwary jazzowego kwartetu wdarł się łkający wysoki dźwięk. Powtarzał się on regularnie i był coraz silniejszy. Pater zdecydowanie pociągnął maszynką od grdyki ku podbródkowi. Otarł twarz z mydła i ruszył do pokoju. Na małym ekranie telefonu migotał nie znany Paterowi numer. Policjant wyłączył Hadena, podniósł słuchawkę i rzucił krótko, upodabniając swój głos do gwałtownego warknięcia:

 -Pater.
 
 -Dzień dobry – usłyszał znany mu głos. – Mówi Wasylewski. Nie obudziłem pana?
 
 -Nie – odparł Pater, próbując skojarzyć pierwszy raz w życiu słyszane nazwisko. Nie udało się. Ślepe asocjacje. – Nie – powtórzył niepotrzebnie i bezradnie.

 -Właśnie skończyliśmy nieoczekiwaną nocną partyjkę w brydża – kontynuował nieznany rozmówca o znanym głosie – wie pan, jak to jest. Najczęściej gracze niewiele wiedzą o sobie. Tylko o mnie każda kelnerka, nawet dopiero co przyjęta do pracy w „Mandarynie”, wie wszystko. A to dlatego, że mam charakterystyczną aparycję…
 
 -No tak… – Pater przerwał rozmówcy. Przeżył olśnienie, gdy głos z nazwiskiem w końcu połączyły mu się w całość. To świetnie ze sobą koresponduje. Niezwykły człowiek o niezwykłym nazwisku. Jezus z Oliwy nazywał się „Wasylewski”. Profesor Wasylewski. Przez „y”, nie banalne i powszechne „i”. Jak jakiś ukraiński watażka, wolny jak wiatr w stepie, nie jak androgyniczna Wanda, sowiecki pionek ze Związku Patriotów Polskich. Za dużo profesorów. Jeden jest hazardzistą, drugi – podejrzanym.

 -Mało o sobie wiemy – powiedział Pater – ma pan rację. A pan wie, jaki jest mój zawód?

– O tym też wie każda kelnerka w „Mandarynie” – roześmiał się Jezus z Oliwy. – A zwłaszcza każdy taksówkarz spod „Mandaryna”. Niejeden odwoził pana do pracy po nocnym „holdemku”. Proszę posłuchać. W brydża grałem z Dzięciołem przeciwko pewnemu Szwedowi i tłumaczowi Szweda. Nie lubię brydża. Dużo kombinowania, małe stawki… Tym razem stawki były bardzo wysokie. Pięć stów za jednego impa, wie pan z pewnością, co to jest. Tych dwóch widziałem po raz pierwszy w życiu. Widać, że grali ze sobą od dawna. Ten tłumacz – w odróżnieniu od nas, starych wyjadaczy – nie krył się specjalnie ze swoją tożsamością. Przedstawił się jako skandynawista z uniwersytetu. Doktor Przemysław Marciniec. Pamiętając o pana prośbie, zapytałem, czy zna profesora Czekańskiego. Otóż zna go, nawet bardzo dobrze. Wie o nim sporo i nie przepada za nim. Zapytałem, czy mogę pana z nim skontaktować. Zgodził się chętnie. Dziś od rana egzaminuje studentów, a w południe wyjeżdża na stypendium do Uppsali. Powiedział, że może pan do niego przyjść na egzamin. I rozstaliśmy się koło siódmej.
 
 -Dziękuję panu bardzo – powiedział Pater i nie odkładał słuchawki.

Niechcąco uruchomił pilotem wieżę. Włączył się pierwszy utwór z płyty Hadena. Rozległa się muzyka z czołówki firmy „Warner Bros”. Był to fragment filmu „Wielki sen” Hawksa z 1946 roku z Bogartem z roli głównej. Pater nacisnął klawisz „pauza”. Przez chwilę milczał.

– Do widzenia – odezwał się w końcu Jezus z Oliwy.

– Proszę poczekać – powiedział cicho Pater – mam jeszcze do pana jedno pytanie. O siódmej skończył pan całonocnego brydża. A dzwoni pan do mnie półtorej godziny później. Dlaczego nie zadzwonił pan od razu? Mógł pan przecież zadzwonić o siódmej, pójść do swojego niedalekiego apartamentu z widokiem na morze i od godziny odsypiać swoje zwycięstwo przy okrzykach mew. A pan godzinę czuwał i zadzwonił do mnie dopiero teraz. Dlaczego?

– Czy ja wiem? – po tym retorycznym pytaniu zapadła cisza, przerywana wrzaskiem mew. – Może nie chciałem pana zrywać tak wcześnie?

– Odczuł pan litość do pokonanego przeciwnika, co? Chciał mi pan jakoś zrekompensować moją przegraną w poniedziałek? Nie chciał pan mnie zrywać tak wcześnie… Tak czy inaczej – bardzo panu dziękuję.

– Nie sądzę, żebym był zdolny do takiej rekompensaty – odparł chłodno matematyk – nie jest pan wcale taki przenikliwy. Po grze wcale nie udałem się do mojego mieszkania. A te mewy nie krzyczą nad moim tarasem. Teraz spaceruję. Chciałem z kimś porozmawiać. Z kimkolwiek. I nadarzyła się okazja, by po brydżu z Marcińcem zadzwonić do pana.
 
– Gdzie pan jest? – Pater poczuł dziwny niepokój.

– W drodze na Wejherowo – odparł Wasylewski – nie lubię grać w brydża. Zwłaszcza przeciwko zawodnikowi z rezerwowej reprezentacji Szwecji.

Po tych słowach Jezus z Oliwy rozłączył się. Pater zwolnił klawisz „pauza”.

– My name is Marlow – powiedział Humphrey Bogart.

Dodaj komentarz