Dom seniora „Eden” 23 / 06 / 2006 / 11:35

Jarosław Pater zatrzymał swoją corollę na wysypanym czarnym żwirem poboczu. Wiał lekki wiatr i gałęzie sosen zmieniały nieustannie kształt plam słońca na dachu samochodu. Pater z taką zachłannością wdychał suchą żywiczną woń rozgrzanego lasu, że na moment stracił kontrolę nad swoim oddechem. Sosnowy zapach był dla niego antidotum na słodkie wyziewy zapchanych zsypów w bloku, na rozkład tanich dezodorantów pod pachami graczy w „Profesjonale”, na tłustą i lepką woń rozgrzanego asfaltu.

Otworzył kartonową teczkę leżącą na siedzeniu kierowcy. Były w niej kserokopie – akta i raporty, w których policjanci z toporną, lecz nienaganną precyzją rejestrowali prawdziwe i mrożące krew w żyłach historie, jakich było wiele w dużych i małych miastach. W teczce Patera opisane były dwa takie zdarzenia. Oto niejaki Marcin Ryba pobił swoją żonę za domniemaną zdradę, a po chwili usiłował uspokoić swojego dwuletniego wrzeszczącego syna, wkładając jego głowę do akwarium. Oto niejaka Adela Woźniak nie zablokowała odpowiednio wózka inwalidzkiego i spadała długo z kamiennych schodów, a miała tyle ran, że można było śmiało postawić hipotezę, że każdy twardy stopień zostawiał na jej starczym, miękkim jak gąbka ciele sine, nabiegłe krwią pamiątki, a każdy ostry kant gruchotał lekkie kości, podziurawione osteoporozą. Wiele było takich historii, lecz na ogół zdarzały się one w dużych i w małych miastach. Jednak te dwie, studiowane przez Patera, wiązały się z jednym miejscem, wcale nie zurbanizowanym, miejscem zachwalanym w internecie jako „prawdziwie rodzinny dom seniora”, jako „cicha świątynia świętego spokoju i zasłużonego odpoczynku po młodości, pełnej wybuchów szlachetnego entuzjazmu, i po wieku średnim, wypełnionym spokojną, upartą pracą”. W tej oazie w ciągu ostatniego roku znaleziono u dołu bocznych schodów staruszkę z wykręconą głową. To tutaj korytarzami przechadzał się pielęgniarz o imponującej posturze, której nie powstydziłby się judoka Paweł Nastula. Zmarła staruszka nazywała się Adela Woźniak, pielęgniarz – Marcin Ryba, a dom seniora – sądząc po jego nazwie „Eden” – był przedsionkiem raju.

Pater schował kserokopie raportów i akt z powrotem do teczki. Powachlował się nią, a potem kilkakrotnie wybił na kartonie rytm standartu Dave’a Brubecka „Take Five”. Następnie wyjął ze schowka jeszcze jedną teczkę – żółtą i plastikową.

– Jaka piękna pogoda! – usłyszał głos doktora Liblinga. – Dzień dobry, panie nadkomisarzu. Właśnie przechadzałem się po lesie przed spotkaniem z panem. Pan również rozkoszuje się tym cudownym powietrzem?

Dyrektor stał koło samochodu. Ubrany był w letni lniany garnitur, niebieską koszulę i granatowy krawat z wyciskanymi łezkami. Jego stopy spoczywały w jasnych skarpetach i w lśniących brązowych butach, które były wykwintnym mariażem sandałów i ostronosych trzewików. Pater wysiadł z auta.

– Po dobroci, czy z grubej rury?” – zadał samemu sobie pytanie i natychmiast się zganił za myślowy kolokwializm. Spojrzał Liblingowi głęboko w oczy. Były one zmrużone i spokojne, dwie szpary pomiędzy fałdą czoła a kwadratową szczęką pociągniętą ciemnym konturem zarostu. Oczy pełne spokojnej i niewzruszonej pogardy. Pater spojrzał na buty Liblinga i podjął decyzję.

– Rzeźnik z Milanówka – powiedział cicho. – „Always Beautiful. Klinika dla ludzi młodych w każdym wieku”. Wystarczy czy mam jeszcze coś dopowiedzieć?

– Wystarczy do czego? – z twarzy Liblinga nie schodził uśmiech. – Już wczoraj pokazywał mi pan te artykuły z brukowców. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia.
– Cztery lata temu – kontynuował spokojnie Pater. – Znana aktorka serialowa Arletta Kosińska. Jej twarz jak nadmuchany pomidor, pełna guzów i wybrzuszeń. Jej zdjęcia w „Fakcie” i w „Super Expressie”. Obok zdjęcia pańskiej osoby. Aktorka mówi: ‚To rzeźnik!’. Pan na to: ‚Nie zastosowała się do moich wskazówek’. I kto tu ma rację?

– Przez trzy tygodnie powinna unikać intensywnego słońca – Libling powiedział to znacznie głośniej. – Wtedy było cholernie gorąco, tak jak teraz – Pater pomyślał, że sztuczna ogłada parowała z dyrektora szybciej niż pot. – No i ona na te trzy tygodnie położyła się przy swoim basenie! Z chlorowaną wodą! A przecież mówiłem, tyle razy powtarzałem tej idiotce, by chloru unikała i stosowała moje preparaty.
– Rzeźnik z Milanówka dyrektorem „Edenu”! Nie podobała się duszna atmosfera warszawki, co? – Pater rozciągał z przyjemnością sylaby. – Najpierw zniszczył pan twarz znanej aktorce, a teraz opiekuje się naszymi drogimi seniorami! Czy niekompetentny chirurg plastyczny może być kompetentnym opiekunem ludzi starszych? Tak, drogi panie Libling, jeden mój telefon sprawi, że takie tytuły pojawią się w gazetach. A w ślad za tymi artykułami rozdzwoni się na pańskim biurku telefon. Wystarczy?

– Wystarczy do czego? – ponowił pytanie Libling, a kontury jego szczęki stały się równie ostre jak kanty jego spodni. – Mam w dupie pańskie brukowce. Moi klienci i ich rodziny nie czytają takich gazet.
– No ładnie. Wzgardliwym milczeniem pominę wulgarne słownictwo. W pańskiej wypowiedzi zainteresowało mnie inne zjawisko językowe. Zjawisko natury semantycznej. Nie „pacjent”, nie „pensjonariusz”, ale „klient”. Pójdę za pańskim określeniem. Tutaj mam – Pater dotknął żółtej plastikowej teczki. – Spis wszystkich pańskich klientów. Mam go od przyjaciela z ABW. Wie pan, co zrobię z tą listą? Wyślę ją mojemu znajomemu, który w Oliwie otwiera podobny pensjonat do pańskiego. Nie nazwie go „Eden”. Ta nazwa jest zbyt okrutna. Nazwie go „Złoty liść”. Pewnego dnia – Pater napawał się lękiem Liblinga. – Szef „Złotego liścia” wyśle wszystkie dawne i przyszłe artykuły o Rzeźniku z Milanówka rodzinom pańskich klientów. Wystarczy? Pan lubi określenia z branży marketingu. To się nazywa czarny pijar. Wystarczy?

– To się nazywa szantaż. Ale wystarczy – mruknął Libling. Pod pachami jego lnianej marynarki widoczne były ciemne plamy. Mogły być już wcześniej, ale Pater wolał wierzyć, że pojawiły się dopiero teraz, gdy użył argumentu ze „Złotym liściem”.
– A teraz odpowiem panu na pańskie uporczywe pytanie – Pater uśmiechnął się szeroko. – To wystarczy, aby pan wyraził zgodę na wszelkie mojej poczynania w pańskim pensjonacie. Od jutra. Od samego rana. Wystarczy, aby pan nie pisnął ani słowa ABW. Mało tego – aby mnie pan krył przed ABW. Mam tam kolegów – znów zamachał żółtą teczką – ale z większością nie lubimy się za bardzo. Wystarczy, prawda?

– Już powiedziałem – wysyczał Libling – Nie słyszałeś, ty skurwysynu? – bezgłośnie zadrżały mu wargi, po czym Libling ruszył gwałtownie w stronę swojego sztucznego raju.

Pater wsiadł do samochodu z ledwie słyszalnym westchnieniem ulgi. Otworzył żółtą plastikową teczkę i przeczytał po raz drugi dzisiaj schowany tam dokument. Było to podanie o urlop, pozytywnie zaopiniowane przez komendanta Cichowskiego.

Wpis “Dom seniora „Eden” 23 / 06 / 2006 / 11:35” skomentowano 7 razy

  1. XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX pisze:

    A może by tak zrezygnować z tego blogu jeżeli nie ma się na niego koncepcji i czasu?

  2. szcze-pan pisze:

    A ja prosze panak Krajewskiego i Czubaja o więcej!!!! I częściej oczywiście!! I jeszcze pytanie do redakcji; czy pojawi się „Dom…” w wersji książkowej po zakończeniu cylku??

  3. mak31 pisze:

    Dzięki! Nareszcie się doczekałam kolejnego wpisu. Również z niecierpliwością czekam na kolejne. Z wydaniem książkowym to świetny pomysł!

  4. asa pisze:

    Panowie, częściej te wpisy, bardzo proszę. Toż to powieść kryminalna, nie można tak dręczyć czytelników!

  5. Marek Krajewski & Mariusz Czubaj pisze:

    Mili Państwo,
    bardzo dziękujemy za ciepłe słowa!

    Co do książkowego wydania – powieść ukaże się wiosną 2008 roku nakładem wydanictwa W.A.B. Zatem – cierpliwości!

    Tak przy okazji mamy kilka pytań do Was:

    1. Tak w ogóle co sądzicie o nadkom. Paterze? To chyba dość sfrustrowany facet, nie?

    2. Co jest słabością i siłą polskiego kryminału?

    3. Których autorów (niekoniecznie polskich) lubicie?

    Jesteśmy ciekawi Waszych gustów, bo nasz, przynajmnmiej częściowo, eksplikujemy w odcinkach pojawiających się raz częściej, a częściej – rzadziej…:)

    Serdeczności – M & M

  6. szcze-pan pisze:

    Ja powiem tak-:
    1:Być może i jest sfrustrowany, ale myśle ,że jeszcze niejednym nas zaskoczy!! Wydaje mi się też, że skrywa jeszcze niejedną tajemnice, która świadczyć może, o jego nie do końca czystym życiorysie!! Poza tym mam jakieś dziwne wrażenie, że spokojnie mógłby być spokrewniony z Mockiem, widze bardzo wiele podobieństw, przynajmniej jeśli chodzi o sposób bycia i pewną swego rodzaju tajemniczość.

    2: Słabościa polskiego kryminału jest to, że jest go mało!!

    3: Ja nie czytam generalnie kryminałów, ale „Breslauy” mnie powaliły, a i współna powieść na łamach Polityki również bardzo mi sie podoba. „Dom…” zapowiada się świetnie!

    Panowie! Ja jestem historykiem i bardzo cenię sobie wierne oddanie rzeczywistości i skrupulatność! Moim zdaniem jednak nieraz przesadnie ją eksponujecie, ale mimo wszystko jest super!

    Pozdrawiam – wierny czytelnik- szcze-pan

  7. margot pisze:

    Komisarz Pater jest interesujący a żyje w Polsce,więc i jest sfrustrowany.Kojarzy mi się trochę duchowo z komisarzem Montale-to bohater trzech powieści Jean’a Cloude’a Izzo.Może to miejsca,gdzie bywają panowie?Marsylia u Izzo jest fascynująca,a Gdańsk Patera chwilami tajemniczy,chwilami taki polski.Poza tym u pana Krajewskiego Wrocław miał przecież swój klimat.Czyżby jakiś genius loci?Obok Izzo pan Krajewski-genialne powieści i świetny język.To się czyta.Zrobiłam się wybredna na dojrzałe polonistyczne lata i ciężko mnie zadowolić.Pozdrawiam serdecznie,życzę pomysłów i czekam na wydanie książkowe.

Dodaj komentarz