Dom niespokojnej starości

Na tej stronie publikujemy całość powieści, w typowym układzie książkowym, tak abyście mogli ją czytać w sposób zgodny z rozwojem akcji.

Prolog

Ciemność jest gęsta i lepka jak sadza. Ostry, zielony promień jarzeniówki rozcina ciemność, lecz jednak jej nie rozjaśnia. Prześlizguje się przez wykrzywione kółko od wózka inwalidzkiego. Kółko jest pokryte małymi plamami – zwiastunami rdzy i rozpadu. Promień dotyka swym ostrzem kraciastego materiału. Uszyty jest z niego wysoki wełniany kapeć otulający stopę w pasiastej skarpetce. Z oddali słychać skrzypienie wózków, kołatanie światła w rozpalających się jarzeniówkach, stukanie talerzy, wesołe okrzyki dudniących głosów w telewizorze na dole i śmiech dobiegający z jakiegoś sitcomu.

Znika ostry promień, drży żelazna ościeżnica, pomieszane odgłosy milkną jakby wchłonięte przez miękką gąbkę drzwi, przez głuche ściany obite korkiem. Znów słychać śmiech. Tyle że ten nie ma nic wspólnego z odgłosem, który przed chwilą dobiegał z serialu. Po chwili śmiech zamienia się w rzężenie. A potem rozlega głos – zachrypnięty i troskliwy.

– To nieuniknione. Nigdy nie przestaną cię dręczyć. Zawsze do ciebie przyjdą. Przedostają się przez najmniejszą szparę w drzwiach. Przez zamurowane ściany. I oto są. Są już blisko.

Znów śmiech i rzężenie, a na dole długie oklaski i muzyka. Znak, że odcinek sitcomu się skończył.

– Sam nie wiem, co gorsze. Ich nieuchronna obecność czy ta imponująca precyzja, która tak nas fascynuje, prawda? Przyznaj, najgorzej jest z twarzą. To właśnie ta precyzja, to nieubłagane mistrzostwo sprawia, że twarz wygląda jakby żyła własnym życiem. Każdy mięsień, każdy nerw żyje z osobna. Najlepszy aktor tak nie potrafi.

Gwałtowny zgrzyt wózka niknie wśród odgłosów programu publicystycznego. Kilka podniesionych głosów nakłada się na siebie i trwa tak przez chwilę w gniewnym unisono. Po chwili fala emocji opada.

– Wiem, że cierpisz. Mogę skrócić twoje cierpienia. Chcesz tego? Wiem, że tego chcesz?

Znów pojawia się ostry promień. Wełniana skarpeta drży. Kapeć zsunął się ze stopy i leży teraz koło rdzewiejącego kółka. Wygląda jak martwy pies.

Gdańsk, 18 / 06 / 2006 / 11:00

Jarosław Pater szedł powoli ulicą Kartuską w stronę punktu zakładów sportowych „Profesjonał”. Pod ścianami szarych i ceglastych domów z liszajami graffiti walały się worki ze śmieciami. Było przedpołudnie, a nad miastem unosiło się widmo żaru, który nie odpuszczał od ponad tygodnia. Pater czuł, że koszula przylepiła się już do pleców. Wirowało mu w głowie i czuł, że za chwilę zemdleje. Upałowi towarzyszył zawiesisty smród z kontenerów na śmieci. Pater dopiero teraz rozumiał, jak przepotężną bronią dysponowali pracownicy zakładów oczyszczania miasta. To, że strajkowały kopalnie i huty jakoś Patera nie obchodziło. Listów też się nie spodziewał. W najlepszym razie listonosze nie przyniosą nowych rachunków, zatem brak wiadomości to dobra wiadomość. Pociągiem też w najbliższym czasie się nie wybierał, a na niezaplanowane wizyty nie liczył. Pozostawali jeszcze śmieciarze.

Przepełnione kontenery wypchnięto na ulicę. Podarte worki huczały od os, tłukących się w pustych plastikowych butelkach po coli i lemoniadzie, szerszenie wyrywały kawałki mięsa z nadgryzionych kurczaków, tłuste larwy wiły się w na wpół otwartych puszkach mielonki, fetor nie pozwalał na swobodny wdech. Pater przypomniał sobie, że niedawno czytał coś o tym, że gdy społeczeństwo się różnicuje, to i rzeczy wyrzucane na śmietnik stają się bardziej różnorodne. – Teraz to trzeba uważać nie tylko na to, co masz, ale i na to, czego się pozbywasz – przypomniał sobie, co mówił jego podwładny, Kulesza, gdy gwiazdor mediów i zarazem ekspert udzielający porad w kolorowych pismach wyrzucił na śmietnik serię kompromitujących go zdjęć. – Ten to przynajmniej miał portfolio – jeszcze raz wspomniał, co mówił wtedy Kulesza. „Portfolio”? Skąd tamten, do licha, znał takie słowo?

Pater potrącił nogą puszkę po piwie „Gdańskim”. Puszka potoczyła się po bruku, czyniąc sporo hałasu. Jakaś młoda kobieta odganiająca osę od swojego śpiącego w wózku dziecka, spojrzała na mężczyznę z niechęcią. Wbiło mu się w pamięć jej spojrzenie. Nieczęsto zwracano na niego uwagę. żeby ten czterdziestolatek wzbudził zainteresowanie mijających go przechodniów, żeby ten szczupły, lekko siwiejący brunet kogokolwiek zaintrygował, musiałby chyba walić dzidą w tarczę i śpiewać rytualną pieśń – jak dyżurny szaman piłkarskiej drużyny Ghany, którego obrzędy były na tyle skuteczne, że podczas niemieckich mistrzostw świata w piłce nożnej jego drużynie uległa wczoraj zero do dwóch jedenastka faworyzowanych Czechów.
 
Pater – w odróżnieniu od wszelkich szamanów – był człowiekiem niepozornym, małomównym i skrytym. Jego anonimowość znikała jednak częściowo wraz z przekroczeniem progu salonu bukmacherskiego. Kiedy tam wchodził, minąwszy oplutą – jak zwykle – tabliczkę, zakazującą palenia tytoniu i spożywania alkoholu w obrębie salonu, na zalanej słońcem sali zapadała cisza. Wszyscy wiedzieli, że w niedzielne przedpołudnie odbiera pieniądze z trafnie wytypowanych zakładów. Hazardziści, siedzący wokół pokrytych laminatem stołów, zagryzający popsute zęby na tępo naostrzonych ołówkach, przewracający kartki z zakładami w przetłuszczonych segregatorach, pozdrawiali go nieco kordialnie, nieco złośliwie, nazywali „ekspertem”, wbijali w niego wzrok i usiłowali wywnioskować z jego zachowania, ile pieniędzy dziś odbierze.

Gdańsk, punkt zakładów sportowych „Profesjonał”, 18/06/2006

Pater, zwijając pięćdziesięcio- i stuzłotówki w ruloniki, rzucał zainteresowanym tylko liczbę zakładów akumulacyjnych, które obstawiał, i na tym kończyła się jego słowna aktywność. Potem przysłuchiwał się rozmowom i komentarzom, przeglądał statystyki i po około godzinie wychodził. Nie zdradzał się ani słowem. Anonimowość go radowała, anonimowość nadawała sens jego życiu.

Zmysł obserwacji sprawiał, że Pater wyczuwał tu, w salonie, kiedy nadchodziła zima – martwa pora roku. Polskie ligi piłkarskie zamierały w letargu, za to do salonu wkraczali wtedy sezonowi specjaliści od skoków narciarskich, Małysza, Ahonena, czterech skoczni i subtelnych dyskusji o ruchu bioder na progu skoczni. Ruchy bioder kojarzyły się Paterowi zupełnie z czymś innym, czymś, co w jego przypadku coraz bardziej należało do teorii.

Teraz jednak w najlepsze trwało lato o zawiesistym zapachu, którym przesiąknięte były nawet bukmacherskie kupony. Tej niedzieli, kiedy już niebieskie tipsy kasjerki policzyły banknoty, kiedy już odebrał tysiąc złotych za trafne wytypowanie kilku wyników, kiedy w końcu usiadł, rzucił liczbę „dziesięć”, a swój sukces uzasadnił działaniem szamana z Ghany, poczuł, że w lepką koszulę wzrok wbija otyły, łysy hazardzista, który mało co obstawiał, za to wygłaszał wiele komentarzy na tematy ogólne. Staszek, podobnie jak „ekspert” uchodził tu za mędrca, jego głos urozmaicał i podsumowywał zażarte dyskusje, jakie toczyli między sobą inni hazardziści.

Po ich zajadłych i jałowych sporach na przykład na temat wpływu kontuzji jakiegoś drugoligowego piłkarza norweskiego na kondycję zespołu Kongsvinger, Pater z wyraźną ulgą witał elokwentne wywody Staszka i poświęcał im całą swoją uwagę. To zresztą podsuwało różne pomysły bywalcom salonu na temat profesji milczącego gracza. To na pewno belfer, mruczał jeden z nich do drugiego, zobacz, jak się dogaduje ze Staszkiem. A Staszek uczył „pe-o” w technikum, mają tematy, skubańce? Nie dałbym takiemu, odpowiadał drugi, mojej córy na uczenie? To nałóg, hazardzista?

– Posłuchaj, Ekspert – zaczął Staszek, jakby słyszał te niegdysiejsze hipotezy. – Ty jesteś nałogowcem, ślepym hazardzistą? Nie czerpiesz przyjemności z zakładów? Przyjemność nie polega na trzepaniu kasy?

– A na czym niby polega? – zapytał z uśmiechem Pater, słysząc, jak milkną rozmowy z salonie, a kasjerka głośno ziewa.

– Dam ci przykład – Staszek wyjął chustkę z kieszeni, włożył ją pod opięty T-shirt z napisem „Piwo jest jak sex” i wytarł nią pot spod pach. – Masz sto złotych, idziesz z kolegą na wódkę do knajpy, co nie? Wypiłeś, pojadłeś, postawiłeś kumplowi, wszystko gra, co nie? Zamówiłeś taksówkę, pojechałeś do chaty. Dobrze się bawiłeś czy źle?

– Dobrze – odparł Pater.

– No i gra – Staszek tym razem wytarł pot z łysiny tą samą chustką. – Tak samo jest i z zakładami. Wydajesz stówę na przykład na ostatni finał Ligi Mistrzów, nie? Stawiasz stówę na Barcelonę. I wygrywasz sto pięćdziesiąt złotych. Okej, wszystko gra, co nie? Bawiłeś się dobrze i wygrałeś. Ale, dajmy na to, postawiłeś na Arsenal i przegrałeś. Też się dobrze bawiłeś czy źle? Dobrze. Były emocje? Były. Jak Campbell strzelił bramę, omal nie oszalałeś. Bawiłeś się dobrze? Dobrze. Tak jakbyś dobrze się bawił, pijąc z kumplem. I tu, i tu straciłeś kasę, ale i tu, i tu dobrze się bawiłeś. Jeśli tego nie pojmujesz, jesteś nałogowcem. No co, pojmujesz to?

Pater nie zdążył odpowiedzieć, kiedy zadzwoniła jego komórka.
Wyjął ją z kieszeni. „Numer prywatny” – migało na ekranie nokii. Wszyscy umilkli, nawet kasjerka przestała ziewać i odpisywała pracowicie na jakiegoś sms-a, czego nie ułatwiały jej tipsy. Pater wahał się przez chwilę. Po szóstym sygnale odebrał.

– Panie nadkomisarzu! – usłyszał w słuchawce wrzask swojego współpracownika. – Znowu. Stało się.

– Zaraz oddzwonię – przerwał mu Pater i rozłączył się. Zobaczył, że obudowa jego telefonu stała się lepka. Tym razem był to jednak inny rodzaj potu. Wszystko przez ton w głosie Wielocha. Ostatni raz słyszał taki sam trzy lata temu. Gdy na dryfującej żaglówce znaleźli ciała dwóch studentek. „Znowu”. Znów stało się coś, co odbiegało od codziennej rutyny. Coś, co wytrąci z normalnego biegu spraw. 

W zasadzie już to się stało. Wystarczyło jedno spojrzenie na otaczających go ludzi. Nad stołem prawie dźwięczał krzyk, jaki wydał z siebie jego współpracownik. Czuł wzrok wszystkich z wyjątkiem kasjerki, która wystukiwała miłosne wyznania. Wszyscy na niego patrzyli w milczeniu. Już wiedzieli, że nie jest nauczycielem.

Droga pomiędzy Gdańskiem a Rozewiem 18/06/2006 / 13:05

Szara toyota corolla wjechała w suchy sosnowy las między Chłapowem a Rozewiem i zwolniła. Wyprzedzali ją rozwścieczeni kierowcy, wracający z rodzinami z morskich plaż i marzący o porcji smażonej ryby i szklanicy piwa. Byli oni spuchnięci od upału, zmęczeni okrzykami dzieci, poirytowani upomnieniami żon i sfrustrowani niedawnym widokiem atrakcyjnych kobiecych ciał. Wydawało im się, że kierowca corolli robi im na złość i specjalnie jedzie „sześćdziesiątką”, aby odwlec ich szczęśliwą chwilę wytchnienia nad tekturową tacką, plastikowymi sztućcami i pienistą cieczą w plastikowym kubku. W głębokim przekonaniu, że ślimaczący się samochód jest kierowany przez kobietę, mijali go z rykiem dochodzącym z dwóch źródeł – z silnika i z ich własnego gardła.

Wtedy się okazywało, że ich przypuszczenia co do płci kierowcy corolli są nieprawdziwe. Za kierownicą siedział bowiem szczupły szpakowaty mężczyzna. Nie zwracał on najmniejszej uwagi na irytację mijających go kierowców i wypatrywał wśród drzew bocznej leśnej drogi. W końcu ją dojrzał. Samochód zwolnił i skręcił, a jego kierunkowskaz najwidoczniej został zbyt późno uruchomiony, bo o tym świadczył potężny ryk klaksonu jadącej za nim terenówki, która wjechała na przeciwległy pas, w ostatniej chwili omijając tył corolli.

Jeszcze dwa tygodnie – pomyślał Pater. Dwa tygodnie i zacznie się sezon. Wolna amerykanka na drogach, zastawione samochodami ścieżki rowerowe, małolaty na motorowerach jadący pod prąd. I korki. Tłuszcza wypuszczająca się z Władysławowa do snobistycznej Juraty, by pouprawiać „ocieractwo”, czyli – wspomniał znów Kuleszę – poocierać się o jakichś beautiful people z rubryk towarzyskich i zjeść dorsza, jak głosiły napisy, z „nocnego połowu”. Pater pomyślał z wyraźną  satysfakcją o urlopowiczach, którzy nie wiedzą, że połów może był i nocny, tyle że w lutym, bo w sezonie letnim, gdy właśnie wygrzewają się na piachu, dorsza łowić nie wolno. Przez głowę przemknęła mu też myśl, że aspirant Kulesza ze swoimi powiedzeniami staje się dla niego żywym klasykiem. W sumie Pater mógłby myśleć o czymkolwiek, byle tylko odsunąć w czasie obrazy wywoływane gardłowym głosem innego ze swoich podwładnych. Gdy wyszedł z salonu, oddzwonił i usłyszał, gdzie ma jechać, poczuł, że najgorsze przypuszczenia się potwierdzają. Przystań życia dla ludzi samotnych i starych oraz zbrodnia, która dopadła to  miejsce.         
 
Toyota jechała powoli szeroką leśną drogą starannie wysypaną  jasnym żwirem. Droga ta miała nawet mały krawężnik i pobocze z czarnego żwiru. Po kilkuset metrach dochodziła do wielkiej bramy, na której – w towarzystwie trzech obrotowych kamer – umocowany był szyld z napisem „Dom seniora <>„. Kierowca corolli wyciągnął rękę i nacisnął guzik domofonu. Brama uchyliła się z lekkim skrzypieniem. Po chwili za szybami toyoty wyrósł potężny dwuskrzydłowy budynek z szerokim podjazdem. Auto zatrzymało się na podjeździe przed wysmukłymi kolumnami z piaskowca. Spomiędzy kolumn podjazdu wyskoczył niewysoki zażywny czterdziestokilkulatek w nieskazitelnie białym fartuchu. Starannie wygolony zarost na jego twarzy mienił się sino.

– Dzień dobry! – krzyknął mężczyzna w lekarskim fartuchu. – Czy mam przyjemność powitać nadkomisarza Patera?

– Ani „dobry”, ani „przyjemność”, ani „Patera” – powiedział cicho szpakowaty mężczyzna, wysiadł z samochodu i wszedł do budynku, bez słowa mijając lekarza oraz stojącego w drzwiach wysokiego młodego człowieka o różowej skórze i o sporej nadwadze.

Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 13:05

Lekarz podszedł do mężczyzny w drzwiach  i zapytał go pełnym oburzenia głosem, wbijając wzrok w jego rude loki przyklejone potem do czoła:

– Co to za nieprzyjemny facet, nawet nie raczył mi odpowiedzieć „dzień dobry”! Nie lubię współpracować z takimi… On zawsze taki jest, panie aspirancie?

– Tylko wtedy – aspirant otarł pot wierzchem dłoni i przez chwilę przypatrywał się wizytówce „Dr Andrzej Libling, Dyrektor” przypiętej do fartucha swojego rozmówcy. – Kiedy się odmienia jego nazwisko „Pater”, „Patera”, „Paterowi” i tak dalej.

– Jak się powinno odmieniać? – spytał zdumiony Libling.

– Bez „e” – odparł aspirant – „Pater”, „Patra”, „Patrowi?…

– Tylko dlatego tak się impertynencko zachował? – z twarzy Liblinga nie schodził cień złości. – Bo źle odmieniłem jego nazwisko? Tylko dlatego?

– Nadkomisarz ma bzika na punkcie poprawnego mówienia. To tyle. Każdy ma jakiegoś bzika.

– I tylko z powodu swojego bzika potraktował mnie jak psa? – doktor Libling sprawiał wrażenie, jakby chciał się rozpłakać. – Ja do niego „przyjemnie pana poznać”, a on do mnie „wcale nie jest przyjemnie”… Jak tak można? No to powiem panu, że jeśli policja będzie zajmowała się lingwistycznymi problemami, zamiast łapaniem przestępców, to wyniki będziecie mieli jeszcze gorsze niż macie.

Libling odwrócił się na pięcie i chciał odejść, gdy zatrzymał go głos:

– Dlaczego założył pan lekarski fartuch – Nie musi pan odpowiadać. Tam jest dużo krwi, prawda? Bał się pan, że zaplami sobie garnitur, który pewno tani nie był – Wieloch wpatrywał się znów w twarz Liblinga. – Dam panu radę. Pater nie jest kolejnym klientem, który chce oddać w  pańskie ręce następnego dzianego staruszka. Jeśli nie będzie pan z nim współpracował, za każdym razem będzie przywoził tu ze sobą piekło. Będzie jak wściekły pies, który rozszarpie na strzępy pański cenny garnitur. Rozszarpie tak, że nawet Versace tego nie zszyje.

Libling popatrzył na stróżkę potu spływającą po skroni Wielocha. – Jak to mówią: dobre rady zawsze w cenie.       

Aspirant nie odpowiedział doktorowi. Wszedł po schodach na pierwsze piętro i skręcił w szeroki korytarz. Podszedł do otwartych drzwi pokoju, w którym błyskały flesze. Zajrzał tam. Pomyślał, że nadkomisarz miał rację. Tu wcale nie było przyjemnie.

Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 13:15

Pokój numer 114 zalany był słońcem. W tym słońcu pociło się trzech mężczyzn. Dwóch z nich miało na sobie prawie identyczne letnie komplety – granatowe krótkie spodenki i siatkowe podkoszulki tegoż koloru. Na stopach mieli podobne sandały z rzepami, a na dłoniach takie same białe lateksowe rękawiczki. Na tym nie kończyło się ich podobieństwo. Przeguby obu z nich przysypane były talkiem, a ich głowy – ostrzyżone prawie do gołej skóry. Wykonywali podobne, pewne siebie ruchy. Jeden kucał przy wózku inwalidzkim, drugi małym pędzelkiem oczyszczał blat biurka. Jarosław Pater różnił się od nich i ubiorem, i fryzurą, i zachowaniem. Ubrany był w dżinsy i prążkowaną koszulę z krótkim rękawem. Jego sztywne szpakowate włosy jeżyły się nad czołem. Stał w oknie, błądził zamyślonym wzrokiem wśród starych drzew i nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co się działo w pokoju. Na terenie ośrodka w słońcu lśnił staw, w oddali dostrzegł spacerującego starszego mężczyznę w towarzystwie młodej kobiety, zapewne pielęgniarki. Najwyraźniej życie w domu toczyło się swoim rytmem. Ktoś pewnie powiedział już Liblingowi, by zachował dyskrecję i nie opowiadał pensjonariuszom i personelowi, co się tu właściwie stało.

Pater chciał odwlec chwilę, gdy będzie musiał zmierzyć się z widokiem martwego ciała. Odkąd dwa lata temu przeżył załamanie nerwowe, starał się unikać konfrontacji twarzą twarz ze śmiercią. Tym razem czuł jednak, ma dodatkowy powód, by nie patrzeć na mężczyzn wciąż pracujących w milczeniu. Pater wychylił się z okna i dopiero teraz po prawej stronie zobaczył dwa policyjne samochody i kilka innych, nieoznakowanych, pewnie prywatnych. Wyglądało na to, że tylko on zaparkował od frontu. Nad boczną bramą zaczęły pulsować dwa pomarańczowe światła. Najwyraźniej kolejny samochód wjeżdżał na teren ośrodka.    

– Powiedz mi, Pawle – Pater powoli cedził słowa, nie przestając podziwiać pięknego starego parku. Jak ty się tutaj znalazłeś? Patomorfolog na niedzielnym dyżurze? Przecież nie wzywa się was w sytuacjach podbramkowych. żaden medyk sądowy się nie śpieszy. Nikomu już nie uratuje życia. Po co wam dyżury?

– My nie mamy żadnych dyżurów – kucający mężczyzna wstał i obdarzył Patra mało przychylnym spojrzeniem. – Byłem z żoną na plaży w Jastrzębiej Górze. Sam wiesz, co się będzie działo za dwa tygodnie. Nie wyłączyłem komórki. Zadzwonił Jaworski i poprosił, żebym tu przyjechał. Odmówiłem mu. Coś podpowiedziało mi jednak, że nie powinienem wyłączać komórki. I miałem rację. Za pięć minut zadzwonił profesor Gromek z Tunezji. Jest tam na wczasach. Temu już nie mogłem odmówić. Dlatego tu jestem.

– To musi być jakaś ważna sprawa, skoro szef ABW dzwoni do Tunezji do twojego szefa – Pater pokiwał w zamyśleniu głową. – Dziwne…

– Co jest dziwne? – w głosie patomorfologa zabrzmiała nuta irytacji.

– To, że ciebie ściąga z plaży twój szef, a ja o całej sprawie dowiaduję się od mojego podwładnego…

– Czyżbyś cierpiał na niedowartościowanie?

– Wieloch – Pater zwrócił się do stojącego w drzwiach aspiranta. – To ty zawiadomiłeś komendanta Cichowskiego o niniejszej sprawie?

– Chyba tak! – wrzasnął służbiście podwładny Patra. – Miałem dzisiaj dyżur, zadzwonił do mnie koło jedenastej dyrektor Libing, a ja do pana nadkomisarza. Nie mogłem dodzwonić się do komendanta, miał wyłączoną komórkę. Nagrałem mu się i powiedziałem, że dzwonię do pana… Potem pojechałem i spotkałem tutaj doktora Kwiecińskiego i Jurka…

– Libling, nie Libing – Pater potarł dłonią o niedokładnie ogolony podbródek. – No to komendant wie od ciebie o tej całej sprawie… O której mu się nagrałeś?

– O jedenastej! – wrzask Wielocha był jeszcze donośniejszy.

– A o której komendant Cichowski do ciebie zadzwonił, Pawle? – Pater spojrzał na patomorfologa Kwiecińskiego

– Zaraz sprawdzę w komórce. No nie, akurat wykasowałem wszystkie połączenia – zirytowany doktor Kwieciński ocierał łysinę z potu.

– A do ciebie kto dzwonił? – Pater zwrócił się do technika Jurka.

– Nasz stary. Dzwonił pod numer domowy – Jurek nie oderwał się ani na chwilę od swej pracy. – Nie wiem, dokładnie o której.

– Kurwa, mam dość – zasyczał patomorfolog – przesłuchujesz nas, Jarek czy co? Nie masz nic lepszego do roboty? Widziałeś kiedykolwiek taką jatkę? W pokoju leży facet oporządzony jak prosię, a ty cierpisz na urażoną ambicję, bo nie zadzwonił do ciebie ten, co powinien? Lepiej odwróć swój sokoli wzrok od starodrzewu w parku i spójrz na to, co się tutaj dzieje!

– Nie używaj wulgaryzmów, Pawle – skrzywił się Pater i po raz pierwszy spojrzał na trupa leżącego obok wózka.

Dom seniora „Eden” 18/06/2006 / 13:20 

Nie był to widok, który ktokolwiek chciałby długo pamiętać. Mężczyzna leżący na podłodze miał na stopach wygodne obuwie sportowe. Wystawały z nich skarpetki, opinające grube owłosione łydki. Nogawki spodni były zrolowane i odsłaniały nogi prawie do kolan.

– Nogawki są w takim stanie, jakby je ktoś usiłował podciągnąć – powiedział do dyktafonu nadkomisarz Pater.

Na szarych spodniach, w okolicach pachwin mężczyzny widniało kilka jasnożółtych plam. Pater przyjrzał im się dokładnie. Był to jakiś płyn lub wydzielina. Plamy zdążyły już stężeć, stwardnieć i nieznacznie pomarszczyć te kilka centymetrów kwadratowych materiału, które zostały przez nie pobrudzone.

– Jakiś płyn na nogawce – Pater starannie dobierał wyrazy – przypominający… przypominający…

– Zabrakło ci słowa, Jarek? – uśmiechnął się Kwieciński. – To nie to, o czym myślisz, zapewniam cię, nie to…

– Co zatem?

– Spójrz na jego palce. To właśnie to, co znajduje się na jego palcach.

Pater przesunął wzrok ponad biodrami i brzuchem trupa. Leżał on na prawym boku. Całym tułowiem przyciskał swoją prawą rękę. Należące do niej przedramię wznosiło się ku górze.

– Jakby spał, a jego głowa spoczywała na prawym ramieniu – skomentował Pater do dyktafonu.

Lewa ręka nie leżała – jak prawa – w pozycji naturalnej. Lewa dłoń dotykała prawej, ściskała ją i obejmowała.

– Tak nieraz śpią dzieci – w pamięci dyktafonu odciskał się dokładny opis miejsca zbrodni. – Dłoń pokrywa się z dłonią, jedna dłoń przykrywa drugą. Z tą różnicą, że małe dzieci na tych połączonych dłoniach opierają swe policzki i smacznie śpią. A tutaj te dłonie znajdują się w odległości około trzydziestu centymetrów od twarzy.

– Te dłonie – westchnął ciężko Kwieciński. – Wcale się pokrywają, jedna wcale nie przykrywa drugiej. Przyjrzyj się im dobrze.

Pater pochylił się nad dłońmi trupa, wkładając swoją głowę w gęsty snop słonecznego światła. Oświetlało ona potężny, leżący obok ciała cynowy puchar. Oblepiony był on krwią, na powierzchni której tkwiły pojedyncze siwe włosy. Pater poczuł wtedy na swym czole –  po raz pierwszy dzisiaj – lepkie, zimne strugi. Poczuł coś jeszcze: zapach dobrze znany z głębokiej podstawówki, gdy założył się z kolegami z klasy, że wypije tubkę kleju „Hermol”. Przez bruzdy czoła popłynęła kropla, błysnęła w słońcu i rozprysła się obok połączonych dłoni denata. Rzeczywiście, jedna nie przykrywała drugiej, połączone były nie one, lecz ich palce. Kciuk lewej z kciukiem prawej, palec wskazujący lewej z palcem wskazującym prawej. Kwieciński wyjął skalpel i włożył go delikatnie pomiędzy opuszki. Posypało się kilka okruchów.

– Opuszki palców – powiedział do dyktafonu Pater – zostały połączone, ściślej mówiąc, sklejone jakimś klejem typu „super glue”.

– Gdyby te dłonie odgiąć nieco od siebie – Kwieciński powiedział to bardzo głośno, tak, aby nagrało się to na dyktafon – powstałaby figura geometryczna, nie pamiętam jak się nazywała, to tak, trochę jakby kopnięty kwadrat, postawiony na jednym ze swoich czubków. To jakby latawiec.

Pater chciał poprawić sformułowanie „kopnięty kwadrat” na „romb”, a „czubków” na „wierzchołki”, lecz widok głowy denata odebrał mu jakąkolwiek ochotę do normatywnych wywodów. Na potylicy, nieco powyżej uszu kończyła się linia siwych zlepionych krwią włosów. Nad tą linią już ich nie było, nad tą linią błyszczała tylko biała kość czaszki – tak gładka, że opływające ją ze wszystkich stron, zastygłe strumyki krwi były wąskie i porozrywane. Czerwono-biała czaszka kończyła się mniej więcej na wysokości czoła. Pater ukucnął i zajrzał od dołu w twarz trupa. Zobaczył brodę i nos zabitego. Oczu nie widział. Całkiem je przykrywała wywinięta skóra głowy z siwą szczeciną włosów.

– Ktoś mu roztrzaskał  głowę ciężkim, tępym przedmiotem, możliwe, że właśnie tym pucharem – powiedział wolno Kwieciński.

– A potem oskalpował – milczący dotąd mężczyzna podniósł się i rozprostował plecy.

Teraz Pater rozumiał już, co mu Wieloch chciał powiedzieć przez telefon.  Znowu. Po raz drugi tego dnia poczuł, jak czoło zalewa mu gęsta, zimna fala.
 
 
Dom seniora „Eden 18/06/2006 / 13:50

Okna pokoju dyrektora Liblinga – ku wielkiej uldze Patra – wychodziły na niesłoneczną stronę świata. Większą część tego ogromnego pomieszczenia zajmował konferencyjny stół, obity zielonym suknem. łokcie nadkomisarza Patra opierały się o stół, a splecione palce jego dłoni były podstawką dla brody. Policjant siedział nieruchomo jak Sfinks, jedynie jego oczy błądziły po ciemnych półkach z książkami, po ogromnym mahoniowym biurku i po starych mapach Wolnego Miasta Gdańska.

– To oryginały – dyrektor Libling wpatrywał się ze złością w Patra. – Wszystko, co pan ogląda, tutaj było przed wojną. W pokoju dyrektora gimnazjum, bo w tym budynku mieściło się gimnazjum. Chyba, pan się nie dziwi, że wybrałem to miejsce zamiast dusznej atmosfery „warszawki”. 
– Jestem pod wrażeniem – powiedział Pater – to niesłychane! Oto kilka kilometrów od morza, wśród sosnowych lasów mieściło się gimnazjum klasyczne. Oto tutaj przed wojną chór męskich głosów recytował Homera!
– Tak było – złość powoli mijała dyrektorowi. – Duże pokoje zajmowane teraz przez dwóch lub trzech mniej zamożnych pensjonariuszy to były kiedyś sale lekcyjne, w mniejszych pojedynczych pokojach w lewym skrzydle budynku mieścił się internat. Oczywiście wymagało to sporo wysiłku, by przystosować budynek do nowej funkcji, trzeba było zrobić podjazdy, zamontować windę i tak dalej, ale starałem się, by duch miejsca stąd nie odleciał… 
– A Ryszard Maziarski? – Pater nagle zmienił temat. – Był zamożny?
– Niech pan pomyśli – złość wróciła Liblingowi. – Mieszkał sam, w ogromnym pokoju, byłym gabinecie matematycznym.
– Dziękuję – Pater uśmiechnął się słodko – że dał mi pan wyjątkową szansę wykazania się myśleniem. Był zatem bardzo zamożny – ciągnął bez uśmiechu. – Ile płacił miesięcznie?
– Właściwie to jeszcze nie zapłacił. Pojutrze jego bank przeleje na nasze konto około trzy i pół tysiąca. Stałe zlecenie przelewu. Oczywiście w sumę tę wliczone są także różne usługi niestandardowe, nie obejmuj ace innych klientów.

Pater przestał wpatrywać się w linie, z których na mapie ktoś dawno temu wyrysował tkankę miasta. W oczach Liblinga zobaczył błysk wyższości. Tak, dyrektor miał rację. W „Edenie” Pater ze swoją pensją mógłby chyba tylko liczyć na piwnicę przeżartą grzybem. I to po wytargowanej zniżce.

– Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że trzy tysiące to bardzo dużo. To jest pod tym względem chyba dość nietypowy dom starców?
– Nie, dlaczego – Libling rozsiadł się wygodniej. Paterowi przypominał teraz obrzydliwie zadowolonego z siebie kocura przymierzającego się w fotelu do drzemki. – Zdaje się, że rzeczywiście wie pan o tym niewiele – wymruczał dyrektor. Wszystko się zmieniło, społeczeństwo rozwarstwiło się, a oto jeden z efektów. Widzi pan, jedni strajkują, bo uważają, że pracują za głodowe pensje, inni korzystają z jesieni życia. Kiedyś takie miejsca kojarzyły się ze szpitalami, gdzie snuli się pogardliwie uśmiechnięci pielęgniarze podobni do więziennych klawiszy, z koszarami wojskowymi, z umieralniami dla tych, o których cały świat zapomniał. Teraz też są takie miejsca, zapewniam. Ale – Libling – uśmiechnął się szeroko – są i takie jak to. Doktor sięgnął do szuflady i wyjął prostokątny folder „Edenu”. Na okładce pod znajomą fasadą budynku, Pater przeczytał: „Jesteśmy prawdziwą rodziną”.
– Proszę zobaczyć – wydawało się, że Libling wpadł w trans – całodobowa opieka, sala rehabilitacyjna, w każdym pokoju telewizja satelitarna, na życzenie dostęp do Internetu, biblioteka. Aha, i nie mówimy: „dom starców”. Teraz są „domy opieki”, „domy rodzinne”, „domy złotego wieku”. Żadnych starców i starości. Mówię to panu, bo zauważyłem, że pan nadkomisarz jest szczególnie wyczulony na zagadnienia poprawności językowej.

Pater oderwał wzrok od folderu.     

– Czyli Maziarski mieszkał w „Edenie” niecały miesiąc?
– Tak.
– Wie pan, kto widział Maziarskiego po raz ostatni?
– Właśnie Czekański – powiedział Libling.
– Dlaczego użył pan słowa „właśnie”?
– Pan jest z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku?
– Tak – odpowiedział uprzejmie Pater – nadkomisarz, magister filologii polskiej Jarosław Pater, zastępca kierownika Sekcji do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu. Już raz to panu powiedziałem, po wejściu do tego gabinetu. Wtedy też pokazałem panu legitymację. Wręczyłem wizytówkę, bo wiem, że się jeszcze spotkamy. W ciszy, która na chwilę zaległa chciał, by mężczyzna w eleganckim garniturze usłyszał groźbę. – Co jeszcze mam zrobić? Napisać to wszystko sobie na czole?
– Rozumiem – dyrektor zmarszczył brwi i zaczął gorączkowo przeglądać szufladę biurka. Wyjął z niej w końcu jakąś wizytówkę i uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Już wiem, dlaczego pan nic nie wie o Czekańskim!
– O kim? Byłbym wdzięczny, gdyby pan doktor powiedział mi wszystko o tym, czego nie wiem.
– To była Sekcja Nieletnich i Patologii – Libling odczytywał wizytówkę leżącą przed nim na biurku. – To była inna sekcja z Komendy Wojewódzkiej. To dlatego pan nic nie wie!
– To nie znaczy, że nie chciałbym wiedzieć wszystkiego.
– Kiepski jest przepływ informacji pomiędzy waszymi sekcjami – dyrektor uśmiechał się ironicznie.

Zapadło milczenie. Wielki zegar wybił godzinę drugą po południu. Przez otwarte okno do pokoju wpadła osa i zaczęła niebezpiecznie krążyć wokół głowy Patera. Metalowe wnętrza zegara jeszcze brzęczały, bzyczała osa, doktor Libling krzywo się uśmiechał.

– Już pan się nacieszył chaosem w mojej głowie? – zapytał Pater uprzejmie. – Rzeczywiście, niczego nie wiem o niejakim Czekańskim. Nawet nie znam jego imienia.
– Profesor Jan Czekański – Libling mówił bardzo powoli – jest naszym pensjonariuszem. To wybitny naukowiec, medyk i antropolog. Jest emerytowanym profesorem chirurgii z Akademii Medycznej w Gdańsku. Wykładał w Leeds, Oslo, chyba też w Wiedniu. Oprócz tego zajmuje się czymś z pogranicza medycyny i antropologii. Był ekspertem od tzw. ran symbolicznych. Profesor…
– Przepraszam, że panu przerywam – Pater wpatrywał się w osę chodzącą po zielonym suknie stołu. – Co to znaczy „rana symboliczna”?
– Powiedziałbym panu, gdyby mi pan nie przerywał – kwaśno zauważył Libling i czekał na reakcję Patra. Nie doczekał się jednak, toteż mówił dalej. – Nie będę wdawał się w szczegóły antropologiczne. Dam panu przykład ran symbolicznych. To obrzezanie, tzw. więzienne sznyty…
– Skalpowanie też?
– Tak, skalpowanie niekiedy też.
– Widocznie w każdej zbiorowości znajduje się miejsce dla rzeźników, prawda? Podobnie… Źle się pan czuje, doktorze? – Pater wpatrywał się w Liblinga.

Twarz dyrektora wyglądała tak, jakby ktoś jednym szarpnięciem zdarł przyklejony do niej uśmiech. Zmarszczki wydłużyły się i zastygły w grymasie niczym utrwalone w niewidocznej formalinie.

– Przepraszam… Telefon na biurku Liblinga zaczął wibrować i podskakiwać jak wyrośnięty chrząszcz w kolorze aluminium. Libling chwycił komórkę i przez chwilę wsłuchiwał się w podniesiony męski głos po czym rozłączył się. – Przepraszam. Mamy dziś wyjątkowo nieprzyjemny dzień, dużo wrażeń. Zatem…
-Zatem co ma wspólnego specjalista od skalpowania, profesor Jan Czekański z zabitym i oskalpowanym Ryszardem Maziarskim?
– Przyjaźnili się. Grali w szachy do późna w nocy. Codziennie. Maziarski był jedynym przyjacielem Czekańskiego, a to naprawdę niełatwe przy trudnym, oględnie mówiąc,  charakterze profesora. Dlatego przypuszczam, że Czekański widział jako ostatni Maziarskiego.
– Dobrze. Dlaczego wyjął pan tę wizytówkę Sekcji Nieletnich i Patologii? – Pater znów zmienił temat rozmowy.

Libling siedział przez chwilę zdezorientowany. Osa wzniosła się znów w powietrze i poszybowała ze złowrogim bzyczeniem w stronę białej plamy fartucha. Dyrektor zareagował nerwowo. Chwycił płachtę „Gazety Wyborczej” i uderzył nią owada. Osa upadła na dywan i zachrzęściła pod obcasem buta Liblinga.

– Wlatuje ich tutaj dużo z powodu tego strajku śmieciarzy – powiedział doktor z wyraźną ulgą, wcierając zezwłok osy w wiśniowy dywan. – U nas też śmieci nie ubywa. Cała góra – wskazał ręką zza okno. – A wracając do pańskiego pytania o wizytówkę… Czekański dostawał esemesy z pogróżkami. W tych esemesach były błędy ortograficzne i słownictwo młodzieżowe. Sądziliśmy, że autorami są nastolatki. Zadzwoniłem do Komendy Wojewódzkiej i przedstawiłem komuś sprawę pogróżek, a potem swoje przypuszczenia. Przysłali więc kogoś z sekcji do spraw nieletnich.
– Jakiej treści były te esemesy?
– Dobrze nie pamiętam. „Dopadniemy cię. Zaczynaj ostatnie odliczanie”, ale głównie było to  coś w stylu – dyrektor skrzywił się – „Aż tak dobrze ci, gnoju, w tym wypasionym domu starców? Wypieprzaj stąd! Wiem, co zrobiłeś, stary pojebie”.
– A co on zrobił? – Pater patrzył jak wiatr porusza liście drzew.
– Tego nie wiem – Libling pociągnął nosem; wiatr nie tylko poruszał liśćmi, przywiewał również zgniłe i kwaśne wyziewy z gór śmieci.
– Dowiem się tego od niego samego – Pater wstał.
– Nie dowie się pan – głos doktora Liblinga załamywał się, jakby zwiastował nadejście łez i łkań. – Profesora Jana Czekańskiego nie ma w „Edenie”. Jego pokój jest pusty. Od rana nikt go nie widział w „Edenie”. Ten telefon… – Libling wskazywał ręką na aluminiowego chrząszcza. Dostałem wiadomość, że profesor do tej pory nie wrócił.  
– Jeden zajmował się skalpami, drugi został oskalpowany – Pater ruszył ku drzwiom. – Jeden zginął, drugi zaginął. Bardzo to wszystko ciekawe.

Policjant stanął i gwałtownie odwrócił się do dyrektora.

– Wie pan, co? – powiedział z uśmiechem – pański dom seniora nosi złą nazwę. To nie jest „Eden”. Jest nazwa bardziej adekwatna.
– Jaka?
– „Inferno”.

W domu seniora podawano obiad.
 
 
Dom seniora „Eden” 18/06/2006 / 14:25

Dłonie Maziarskiego. Klej. Dlaczego klej? Skąd on się tam wziął? Czy Maziarski sam skleił sobie dłonie czy uczynił to ktoś inny? Na przykład morderca? W jakim celu? Zakładając, że zrobił to sam denat – czy mogło to stać się przypadkiem? A co, jeśli zrobił to celowo? Dłonie wyglądały tak, jakby były złożone do modlitwy. Sprawdzić, czy na terenie „Edenu” jest ksiądz lub ktoś związany ze stanem duchownym. Modlitwa i „Eden”. Może chodzi o to, że zrobił to ktoś stąd? Złożone tak dłonie można potraktować jako strzałkę. Jeśli Maziarski siedziałby na wózku, wskazywałby coś w górze. Sprawdzić, co znajduje się nad pokojem, w którym znaleziono ciało. Skalp. I… rany symboliczne. Znaleźć specjalistę w tej dziedzinie. Jeszcze jedna sprawa… – Nadkomisarzu Pater? – na kasecie magnetofonowej słychać czyjś głos. Z kasety dobiega szum, słychać chrzęst kroków na żwirowej drodze, znów szum. Trzask wyłączanego dyktafonu.

Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 14:26

– Nadkomisarzu Pater?
Nie musiał się odwracać, by wiedzieć do kogo należy ten głos. Pater wiedział coś jeszcze: zbliżały się kłopoty. Na ścieżce przed frontowym wejściem stało dwóch postawnych mężczyzn w idealnie skrojonych, ciemnych garniturach. Wyższego, łysego, nadkomisarz widział po raz pierwszy. Lśniąca od potu czaszka i mocno zarysowane kości policzkowe sprawiły, że Paterowi skojarzył się ze środkowym obrońcą reprezentacji Polski, Mariuszem Jopem. „Jop” żuł gumę i patrzył, jakby posiadł dar widzenia na wskroś. Wydawało się, że przenika nadkomisarza wzrokiem niczym powietrze, jakby interesował go jedynie klomb kwiatowy znajdujący się za plecami Patra. Niższego Pater znał. Brunet ze słowiańskim wąsem nazywał się Paprzycki i przemówił raz jeszcze.
-Kogo jak kogo, ale ciebie się tu nie spodziewałem.
-Mogę odwzajemnić ci się tym samym. Mogłeś pozwolić dokończyć mi nagranie. Wiesz, co tu się stało?
-Nie, Pater, nie będzie żadnej wymiany informacji. Co tu się stało? – Paprzycki wskazał głową na budynek. – Zrobił się straszny bałagan. Jest zaszlachtowany człowiek. I to niedobrze. I jesteś ty. To też niedobrze. To nawet gorzej, nie? – popatrzył na swojego partnera wciąż studiującego swoim spojrzeniem klomb kwiatowy. – Że jest trup, już nic nie poradzę. Ale w drugim przypadku, czyli twojej obecności, mam rozwiązanie. Przejmujemy tą sprawę. Czuj się z niej definitywnie zwolniony.
-Od kiedy ABW interesuje się morderstwami w domu starców? Powiedz mi po starej znajomości, co tu się, do cholery, dzieje?
-O, widzę, że Pan Siła Spokoju zaraz wybuchnie – Paprzycki uśmiechnął się szeroko. – Patrz uważnie – zwrócił się znów do „Jopa” – to historyczna chwila. Uśmiech zgasł nagle, brunet podszedł bliżej i stanął jak bokser mierzący wzrokiem przeciwnika -Na twoim miejscu nie powoływałbym się na starą znajomość. Zbieraj się stąd, bo za chwilę powiadomię twoich przełożonych, że utrudniałeś prowadzenie śledztwa.
Pater pochylił się do przodu tak, że dwa ciała prawie się zetknęły. – Mam wrażenie, że strasznie pocicie się w tych garniturach.
Stojąc już przy samochodzie, nadkomisarz krzyknął: -Nie dziwię się już, że twoi ludzie tak cię nazywają!

Paprzycki drgnął, jakby użądliła go jedna z krążących os. -Hej, Pater, zaczekaj! Lewar – odwrócił się do swojego towarzysza – jak nazywają mnie moi ludzie?
-No właśnie, jak oni go nazywają, panie nadkomisarzu? – zapytał czekający w samochodzie Wieloch
Pater nie odpowiedział. Jego myśli pochłonięte były czymś innym. W tylnim lusterku zobaczył, że mężczyzna zwany „Lewarem” wpatruje się w odjeżdżający samochód. Tym razem patrzył tak, jakby chciał dobrze zapamiętać kierowcę.

Gdańsk 18 / 06 / 2006 / 21:55

Dwupokojowe mieszkanie przypominało saunę. Nagrzana wielka płyta bezlitośnie trzymała temperaturę. Nie pomagała zimna kąpiel, ani dobrze schłodzone piwo. Pater przez otwarte okna czuł zapachy sąsiedzkich kolacji. W telewizorze znany trener rysował strzałki i krzyżyki, analizując sytuacje z pierwszej połowy meczu. – Zupełnie jak ja – pomyślał Pater. Na niski stoliku leżała kartka z dwoma rysunkami. Jeden z nich przedstawiał trójkąt. Jego wierzchołki opisane były trzema słowami: „Maziarski”, „Czekański”, „skalpowanie”. Na drugim rysunku widniała figura zbliżona do rombu.

Z „Edenu” Pater pojechał do komendy. Tak jak się spodziewał, w niedzielne popołudnie ruch był niewielki. I tak, jak przypuszczał, żadnego z przełożonych nie było. Ich komórki także milczały. Zostawił wiadomość. Potem pojechał na blokowisko „Przymorze”. Zbliżył się do swojego bloku, zwanego „falowcem”. Pomyślał o zakaraluszonych klitkach, w których mieszkało sześć tysięcy ludzi, popatrzył na dziesiątki biało-czerwonych flag zwisających z balkonów. Na chwilę zawiało od morza i flagi, skwapliwie dołączane kibicom do piwa „Tyskiego” wydęły się jak żagle lub balony. Balony narodowej dumy przekłute najpierw przez Ekwador, a potem przez Niemcy – pomyślał Pater. Sam czuł się podobnie. Przekłuty balon ambicji. Działo się coś dziwnego. Miasto pogrążone w letnim śnie. I nagle jedno morderstwo stawia na nogi wszystkie siły z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego na czele. Mija kilka godzin. I w policji nad sprawą zalega cisza. Jak gdyby nic. Nie ma sprawy. Jakby uciąć śmiertelnie ostrą maczetą. Z nikim nie można się skontaktować. Jakby wszyscy umówili się, by tego popołudnia unikać Patera.

Jeszcze raz popatrzył w okna wieżowca. Kilka lat temu sąsiadowi na kuchennej szybie objawiła się Matka Boska. Wieść lotem błyskawicy obiegła cale miasto. Rozpoczął się trzytygodniowy spektakl wypełniony pielgrzymkami do miejsca cudu, zeznaniami tych, którzy zobaczyli i uwierzyli i nielicznymi głosami nawołującymi do rozsądku. Miejscowi menele zorganizowali kilka ławek, ustawili je w dogodnym punkcie widokowym i pobierali opłatę „co łaska” za najlepsze miejsca. Podobno – tłumaczyła jedna z aktywistek, codziennie dojeżdżająca z Gdyni na miejsce cudu – Matka Boska patrzy na pomnik stoczniowców. Pater wiedział, że ani z kuchni sąsiada, ani żadnych innych okien, trzech monumentalnych krzyży dostrzec nie można. Najbardziej obawiał się jednak tego, że któryś z miejscowych dziennikarzy go rozpozna. Tego by brakowało: cud w sąsiedztwie oficera policji – oficera aparatu represji w starym reżimie. Na nic nie zdałyby się tłumaczenia, że Pater wstąpił do służb w 1990 roku, już w nowej Polsce, gdy jego firma przechodziła gruntowne zmiany. Dla niektórych policjant na zawsze pozostanie milicjantem. Co jakiś czas nadkomisarz łapał się na tym, że pracuje w policji już stanowczo za długo. Może mógłby jeszcze zatrudnić się w szkole na jakimś etacie polonisty, zwłaszcza że doświadczenie policyjne, biorąc pod uwagę to, co działo się w klasach i na szkolnych korytarzach, mogłoby się przydać.

Jeden pokój Patera wypełniony był książkami. Porozrzucane papiery tworzyły cos w rodzaju labiryntu, w którym tylko ich właściciel mógł się poruszać ze swobodą. Pater wygrzebał jedno z nowszych kompendiów językowych. Na okładce znajdowała się twarz brodatego mężczyzny, przypominającego dziewiętnastowiecznych uczonych. Jego życzliwy wzrok dawał pewność, że oto za chwilę wszystkie wątpliwości zostaną rozwiązane. Pater nie znalazł jednak tego, czego było mu trzeba.

Po drugim zimnym piwie sięgnął po telefon.
-Dobry wieczór, Julio. Nie wyjechałaś nigdzie? No, w telewizji ciągle mówią, że kobiety podczas mundialu nocują gdzieś poza domem… Jak wiesz, ja nie mam tego problemu… Jest Agata? Chciałbym, by udzieliła mi porady językowej w zakresie młodzieżowego żargonu… Agata? Cześć, tu wujek Jarek…

Po wieczornym meczu Pater nastawił płytę. „Ascenseur pour l’Echafaud”. Na okładce piękna twarz Jeanne Moreau. W filmie policjanta grał Lino Ventura. Windą na szafot. Pater czytał gdzieś, że aby osiągnąć właściwą atmosferę, Miles Davis nakazał grać swoim muzykom w ciemnościach. Sprawa „Edenu” też nikła w ciemnościach. Zamordowany inwalida. Zlepione palce. Skalp. Zaginięcie. Korowody proceduralne, jakby ktoś dążył do wyciszenia śledztwa.

Godzinę później Pater już spał. Śniła mu się pielęgniarka, którą widział przez okno w „Edenie”. Dziewczyna prowadziła pod rękę pensjonariusza drobiącego kroczki. Po chwili zrozumiał, że tym starszym mężczyzną jest on sam. 
 
 
Gdańsk 19/06/2006 / Przed południem  

O siódmej rano Pater poczuł czyjeś dłonie na skroniach. Nie były to dłonie pielęgniarki ze snu. Były to ręce rugbisty Ogniwa Sopot miażdżące w stalowym uchwycie skronie policjanta niczym owalną piłkę, która za chwilę miała zostać wprowadzona do formacji młyna. Pater próbował rozerwać powieki. Gdy to już się udało – i gdy ucisk rugbisty stał się jeszcze mocniejszy – zobaczył plastikowy czteropak po piwie, a zaraz obok nietknięty drugi. Puszki leżały w nieładzie, tworząc instalację na podłodze. Od jednej oderwała się nagle osa i wyfrunęła przez otwarte okno. Wtedy nadkomisarz pomyślał o żwirowej ścieżce i przedwojennych murach gimnazjum klasycznego.

Dla Patera czteropak był oceaniczną dawką alkoholu. Nie pił już od dawna. Wolał salony bukmacherskie i hazard. Poprzedniego wieczora złamał swoje zasady. Teraz zażył „KC 24” w podwójnej dawce, wypił litr soku pomarańczowego i trochę rozluźnił dłonie rugbisty, ale gdy wyszedł z bloku otrzymał nagły cios słonecznego światła. Pomyślał, że nie wyjął z odtwarzacza płyty z „Windą na szafot”.

Uścisk na skroniach znów się wzmógł. Pater jechał do komendy, nie przekraczając „czterdziestki”, a na ulice Gdańska patrzył tak jakby przejeżdżał przez miasto po raz pierwszy.

Na biurku czekała kartka. Spojrzał na zegarek. Od dziesięciu minut powinien być u komendanta Cichowskiego. Komendant nie był sam. Przy konferencyjnym stole siedział Andrzej Chrzan, szef Sekcji Nieletnich i Patologii. Ospowata twarz Chrzana, z bruzdami i załamaniami przypominała Paterowi fakturę szarego forda sąsiadującego na parkingu z jego samochodem. Tego ranka twarz szefa sekcji jeszcze bardziej upodobniła się do wgniecionej blachy. Przy oknie stał szpakowaty mężczyzna. Prawdziwy komitet powitalny – pomyślał Pater i zadał pytanie, na które od kilku chwil znał już odpowiedź:

– Co z profesorem Czekańskim? Gdzie się podziewał przez pół dnia?
– Czekańskiego wciąż szukają nasi ludzie – szpakowaty mężczyzna odwrócił się od okna. I znajdą go. Był pan w „Edenie”, więc należą się panu wyjaśnienia.

Pater wiedział, że dalszych wyjaśnień nie będzie.

– To inspektor Fałoch. Przełożony – Cichowski nieznacznie zawiesił głos – naszego byłego kolegi Paprzyckiego. Podobno widzieliście się wczoraj… Cóż, inspektorze – komisarz popatrzył na Fałocha – myślę, że wszystko sobie wyjaśniliśmy…
– Też tak sądzę, komendancie. Mam nadzieję, że podział kompetencji jest jasny dla pana i pańskich ludzi – szpakowaty mężczyzna spojrzał na Patera. – Żegnam panów.

Fałoch lekko skinął głową. Przez dłuższą chwilę na korytarzu słychać było oddalające się kroki.

Ciszę przerwał Pater. – Ja rozumiem, że zdarzają się sprawy, hm… niestandardowe. Rozumiem, że oskalpowany inwalida i znikający profesor, specjalista od skalpów to niecodzienny przypadek. Ale co ma do tego ABW i skąd u nich ta nerwowość, ten…

– Ta sprawa jest poza naszym zasięgiem, Pater – słońce oświetlało łysą czaszkę komendanta. Jego głowa przypominała planetoidę, od jakich roi się w pismach popularno-naukowych.
– Chciałbym, Jarek, byś to dobrze zrozumiał. Nie mówię dwa razy – powiedział piorun do słomianego dachu.

Cichowski znany był ze swoich aforyzmów. Gdy dowiedział się, że Pater jest absolwentem polonistyki, zaczął atakować nadkomisarza cytatami. Raz cytował coś z kanonu literatury, innym razem wymyślał coś swojego. „Klasyka czy moje?” – zwykle takim pytaniem Cichowski nękał swojego podwładnego. A Pater szybko zrozumiał, że niewiele jest przyjemniejszych chwil w życiu komendanta od tej, gdy polonista myli się, przypisując mu autorstwo cytatu z Szekspira czy Horacego. Tym razem jednak komendant pytania nie zadał.

– Próbuję tylko uporządkować fakty – cicho powiedział Pater. Nic się tu nie zgadza. Najpierw Czekański dostaje sms-y z pogróżkami. Sprawa trafia do was – popatrzył na Chrzana. – Tylko jaki powód miałby jakiś nieletni, by grozić profesorowi? Skąd miałby jego numer? Nic nie wskazuje, by profesor włóczył się po modnych klubach – Pater z trudem powstrzymywał się od ironii. – Poza tym zasięgnąłem wczoraj, tak to nazwijmy, porady językowej. W tych sms-ach było coś o „wypasionym domu”. Tyle że słowo „wypasiony” to już dla młodych ludzi szczyt obciachu i, jak to mówią, „wiocha”. Mówi się: „wyczesany”, „wyczepisty”…
– Pater, ja doskonale o tym wiem – twarz Fałocha coraz bardziej upodabniała się do falistej blachy szarego forda. Wiem, że ktoś nieudolnie podszywał się pod słownictwo młodzieżowe. I wiem coś jeszcze – mężczyzna nachylił się w kierunku nadkomisarza. – Następnego dnia po tym, jak otrzymaliśmy informację o sms-ach na moim biurku zadzwonił telefon. Dzwonili z ABW. Od tej chwili wszystko, co związane z Czekańskim, miało trafiać do nich. Rozumiesz, co to znaczy?
– To znaczy, że wczorajsze zamieszanie w „Edenie” spowodował nie oskalpowany trup Maziarskiego, ale profesor i jego zniknięcie…
– Nie, nie o to mi chodzi – szara blacha zadrżała. -To znaczy, że ktoś z naszych jest wtyką ABW. Przekazuje im wiadomości o naszych śledztwach. Mamy kreta, pieprzonego kreta – wysyczał Fałoch.
– Dosyć! – Cichowski uznał, ze powinien wkroczyć do akcji. Tak czy inaczej „Eden” to nie nasza sprawa. A dla ciebie – popatrzył na Patera – mam, jak to ująłeś… niestandardowe zadanie. W jednym z bloków znaleziono zamurowane zwłoki. Ktoś wymontował kaloryfer i w tym miejscu ukrył ciało. Ludzie to mają pomysły… Ale upały i nieszczelności zrobiły swoje. No i to chyba będzie coś w sam raz dla ciebie – mruknął komendant.

Na progu głos komendanta zatrzymał Patera. Nadkomisarz raz jeszcze podszedł do stołu.

– Ja też nie lubię, gdy ktoś wpieprza się w nieswoje sprawy. Gdy robi się z nas folwark. Nie lubię zwłaszcza, gdy robią to moi byli podwładni. Bardzo też nie lubię, gdy moich ludzi traktuje się jak… – Cichowski zrobił ruch ręką jakby odganiał natrętnego owada. – A teraz weź się do swojej roboty.

Gdy Pater usiadł przy swoim biurku, pomyślał, że ostatnie zdanie komendanta – to o „swojej robocie” – poddaje się rozmaitym interpretacjom.

Nadkomisarz zadzwonił do Kuleszy. -Podobno mamy zamurowane zwłoki w mieszkaniu. Tak… Zobacz, czy jesteśmy tam rzeczywiście niezbędni.

Potem wybrał prywatny numer doktora Kwiecińskiego i zostawił wiadomość. Zadzwonił do archiwum i, jak to miał w zwyczaju, poprosił o „drobną przysługę”.

Po trzeciej kawie zabrzęczała komórka. „Ustawka o ósmej. Mandaryn”. Dłonie rugbisty ostatecznie poluzowały uchwyt.
 

Sopot 19/06/2006 / 22:15  

Boczna salka w „Mandarynie” przypominała gotycką komnatę. Nie dobiegały tu odgłosy z pobliskiego „monciaka” wypełnionego o tej godzinie śmiechem nastolatków koczujących pod letnimi ogródkami. Klimatyzowana salka przeznaczona była dla ludzi, którzy cenili sobie ciszę i spokój. Średniowieczny charakter pomieszczenia potęgowała dodatkowa kolumna wytworzona z dymu papierosów i wznosząca się znad stołu do lampy.

Pater wpatrywał się dłuższy czas w swoje dwa odbicia. Twarz, jaka ukazywała się w szkłach okularów jego przeciwnika zdawała się nie zdradzać żadnych emocji. O Paterze mówiło się, że naprawdę ma pokerowe oblicze. Zostało ich tylko dwóch. Naprzeciw siedział „Jezus z Oliwy”. Mężczyzna z siwiejącą brodą był profesorem matematyki na Uniwersytecie Gdańskim. Uczył się na pamięć prawdopodobieństwa rozkładów kart, ale ciągle jakiś pokerzysta stawał mu na drodze. Wreszcie uznał, że to wszystko przez oczy. Przez nie przegrywa. To jego spojrzenie zdradzało siłę lub słabość układu kart. Profesor natrafił kiedyś na artykuł o amerykańskim informatyku, mistrzu pokera, którego nazywano „Jezusem”. Pokerzysta zza oceanu zawsze grał w lustrzanych okularach. Profesor zaczął go naśladować, zapuścił brodę. Wtedy zaczęli nazywać go „Jezusem z Oliwy”. Także i dlatego, że wreszcie przy stole cudownie pomnażał uniwersytecką pensję.

Nadkomisarz zaczął grać trzy lata temu. Zaczęło się od Internetu. Wkrótce wirtualne rozgrywki wyłoniły graczy, którzy postanowili zmierzyć się w „realu”. W odmianę pokera nazywaną Texas Hold’em coraz rzadziej grywali mafiosi i rozmaici „wielcy Szu” kursujący po Wybrzeżu w poszukiwaniu „leszczy” do ogrania.
Coraz rzadziej nad stołem krążyły gorące pieniądze, które miały to do siebie, że zostawiały nad nim swąd spalenizny i nielegalnych spraw. Texas Hold’em stawał się rozrywką jajogłowych: informatyków, matematyków, ekonomistów, prawników. Niekiedy także policjantów. „Ustawki” organizowano raz w tygodniu, najczęściej w piątki. Dzisiejsza należała do zorganizowanych spontanicznie. Widocznie ktoś uznał, że warto dobrze rozpocząć tydzień.

Gdy zostało ich dwóch, postanowili zagrać zgodnie z zasadą „no limit”. Oznaczało to, że można wyłożyć wszystkie swoje pieniądze i podbijać podczas jednej rundy licytacji dowolną ilość razy. Pater raz jeszcze podwinął koniuszki kart i popatrzył na piątkę kier i siódemkę pik. Na stole leżał już flop. Ósemka kier, as pik i król karo. I stały słupki żetonów niczym warta przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Król karo. Pater pomyślał o Maziarskim. Co takiego zrobił, że spotkała go ta straszna śmierć? Mordercy nie wystarczyło to, że zmiażdżył emerytowi tył czaszki. Posunął się do tego, by oskalpować ofiarę. Oskalpował zwłoki czy żyjącego jeszcze człowieka? Mimo klimatyzacji Pater poczuł, że ma lepkie palce. Właśnie: palce. Sklejone palce Maziarskiego. Klej. O co w tym wszystkim chodzi?

Na stole pojawiła się czwarta karta. Walet trefl. „Jezus z Oliwy” postawił kolejny słupek żetonów i rozsiadł się wygodniej.

-Pamięta pan, graliśmy trzy tygodnie temu niedaleko hotelu „Grand”. Potem usłyszałem od kolegi prawnika, że to miejsce z tradycjami. Przed wojną te secesyjne piękne wnętrza były jaskinią hazardu. Ale najciekawsze jest to, że obok „Grandu”, tak w kierunku na Wejherowo, ciągnęła się aleja samobójców. Wieszali się niemieccy rybacy, polscy inżynierowie, żydowscy sklepikarze i rosyjscy arystokraci, którzy przegrywali tu swoje majątki. Podobno nad ranem właściciel hotelu miał taki zwyczaj, że przychodził do kasyna, wskazywał głową w stronę alei i pytał: „ilu”? „Dwóch” – odpowiadał krupier. Wspaniała historia, nieprawdaż?

-Sądzi pan, profesorze, że dzisiaj powinienem udać się w kierunku Wejherowa? – zapytał Pater.

Profesor wybuchnął śmiechem. – Och, nic takiego nie chciałem powiedzieć! Strumień papierosowego dymu wzbił się w stronę lampy, a Pater podbił stawkę.

Walet trefl. Czekański. Co chce od niego ABW? Może to też kret? Pieprzony kret – Pater przypomniał sobie poranną rozmowę i bruzdy na twarzy Chrzana. Ale po co agencji człowiek w domu starców? I co się właściwie stało ze znawcą ran symbolicznych? Kto wysyłał mu sms-y? Pater znów zobaczył dwa swoje odbicia w okularach profesora matematyki. Profesor z Uniwersytetu Gdańskiego. Tak jak Czekański.

-Profesorze, to żadna pokerowa sztuczka, naprawdę mnie to interesuje. Czy mówi coś panu nazwisko Czekański? Profesor Uniwersytetu Gdańskiego…

-Nie, pierwsze słyszę – obłok dymu znów pofrunął do góry. – A czym on się zajmuje?

-Lekarz, ale także specjalista od antropologii…

-O, to nam nie po drodze. Ale jeśli tak pana to interesuje, dowiem się czegoś. Ktoś na pewno będzie go znał – „Jezus” dołożył swoje żetony.

Na stole pojawiła się ostatnia karta. Piątka pik. Pater raz jeszcze popatrzył w zakryte dwie karty, popatrzył na „Jezusa” i nie odrywając wzroku od swoich dwóch odbić dołożył kolejny słupek. Poczuł, że wokół stołu robi się nagle tłoczno. To trzej gracze, którzy wcześniej odpadli, patrzyli na decydującą rozgrywkę. Pater już dawno powinien spasować. A już na pewno powinien to zrobić, gdy profesor opowiedział o alei samobójców w kierunku na Wejherowo. Historyjka ta była pokazem siły. Ale nadkomisarz wiedział też, że jeśli zagrać z profesorem ostro, puszczają mu nerwy i zaczyna się gubić. Para piątek to niewiele, ale powinno się udać. Profesor podbił. W szklance jednego z kibiców zachrzęścił lód. Pater bez zastanowienia przesunął na środek ostatni stos żetonów. Po chwili „Jezus” odkrył pierwszą ze swoich kart. Trójkę karo. Dmuchnął dymem tym razem w bok i odsłonił króla trefl. Leżał on obok wcześniej odkrytego pikowego. Dwa czarne króle. Trefl to krzyż. Krzyż nad grobami samobójców i nad grobem Maziarskiego.

-Wejherowo – mruknął Pater i odłożył swoje karty do talii. Potem patrzył jeszcze, jak profesor wymienia żetony na żywe pieniądze.

-No to tym razem mi się udało – w niebieskich oczach profesora dostrzegł wesoły błysk. – A z tym Czekańskim rozejrzę się.

Popełniłem błąd. Gdzieś popełniłem błąd. Gdzie? Pater nie myślał o pokerze. Znów myślał o niedzielnym południu w „Edenie”. Była dwudziesta trzecia. Upał zelżał i zrobiło się nawet przyjemnie. W klubach na „monciaku” didżeje rozkręcali swoje imprezy.

Gdańsk 20 / 06 / 2006 / 13:10

Jarosław Pater dopijał właśnie drugą kawę i kończył czytać protokół z przesłuchania. Musiał przyznać, że Kulesza nie miał wiele do zrobienia. Sprawa zamurowanych w mieszkaniu zwłok była dość banalną kombinacją chciwości i ludzkiej wyobraźni, co dość często – jak uczyło Patera doświadczenie – szło w parze. Może do powiedzenia miałby jeszcze coś w tej sprawie psychoanalityk – pomyślał Pater w momencie, gdy otworzyły się drzwi. W progu stał niski blondyn z wyraźną nadwagą i rumieniem na obu policzkach.

– Ostatnie wyjaśnienia, panie nadkomisarzu. Może chciałby pan go dosłuchać czy co…

Kulesza często formułował zdania tak, że nie bardzo było wiadomo, czy zadaje pytanie czy coś po prostu oznajmia. Tym razem, jak wywnioskował Pater, była to forma zachęty. Nadkomisarz podniósł się. Nie ma co spieszyć się z tą sprawą. Zamknięcie jednej oznaczało powrót do rozgrzebanych śledztw albo nowe, bardziej skomplikowane. Tymczasem uwaga nadkomisarza skupiała się na trzech wierzchołkach trójkątów, którymi Pater pokrył leżącą na biurku kartkę. Dwa wierzchołki pozostały bez zmian, zaznaczone nazwiskami Maziarskiego i Czekańskiego. Trzeci szczyt niekiedy był opisany jako „skalp”, ale równie często pojawiał się przy nim skrót „ABW”. I wyraźny, pogrubiany za każdym razem znak zapytania. Nadkomisarz czekał. Dopóki nie dowiem się więcej, mam związane ręce. Błądzę jak we mgle, skazany na niedorzeczne domysły – myślał, podążając za Kuleszą.

Za stołem siedział mężczyzna w podkoszulku, z którego dawno już wyblakła naturalna zieleń. Był dziesięć lat starszy od Patera, ale sine wory pod oczami, zmarszczki i kilkudniowy zarost czyniły z niego zaawansowanego emeryta. Kolejny emeryt w ostatnich dniach – przemknęło Paterowi przez głowę.

– Wymyślił pan bardzo nietypowy sposób pochówku, panie Tchórzewski – zaczął nadkomisarz.      

Mężczyzna zamrugał oczami.

– No, wie pan, ma się ten fach w ręce – Pater usłyszał w jego głosie coś w rodzaju dumy. – Trzydzieści lat w murarce robię. Może i pana mieszkanie postawiłem.

– To akurat świadczyłoby o pańskich kwalifikacjach nie najlepiej – mruknął Pater. – Sam pan to wymyślił?

– Panu i księdzu to szczerą prawdę powiem – mężczyzna uderzył się w wyblakły podkoszulek. – No to jak teściowa umarła, szybką kalkulację żem zrobił. Jak na budowie. No i wyszło, że pogrzeb to będzie kilka kół, państwo potem coś odda, ale po co ma oddawać. Tylko kłopot niepotrzebny. No i popatrzyłem na kaloryfer, tam, wiecie, w większym pokoju. Teściowa nieduża kobita, wszystko oszacowałem, no i do roboty.

– A zimą?

– Co „zimą”? – Tchórzewski zamrugał oczami.

– Czy bez kaloryfera zimno nie było? Pater zobaczył, jak Kulesza odwraca się plecami i próbuje zdusić śmiech.

– Dało radę. Poza tym ściana pogrubiona. A resztę już mówiłem. Pieniądze z ZUS-u na nieboszczkę co miesiąc przychodziły. Listonosz zostawiał za pokwitowaniem, bo ciężko chora to podpisać sama nie mogła. Przez ponad dwa lata szło – wyblakły podkoszulek westchnął. – Ja bym nie chciał, by pan sobie pomyślał, że ja zły człowiek jestem. Że niby co? Na wódkę z kolegami wydałem? Córka w Anglii. Na naukę szło wszystko. No, prawie…

Pater zastanawiał się, czy nie warto doprecyzować, co to znaczy „prawie”, ale zrezygnował.

– A pańska żona? Przecież to była jej matka. Zgodziła się, by zamurować ją w domu?

– Początkowo nie. Ale od czego przekonywanie? – Tchórzewski uśmiechnął się. Pater zobaczył, że mężczyzna ma na kostkach prawej dłoni wytatuowane cztery litery układające się w słowo „LOVE”. Nie wiedzieć czemu przypomniała mu się piosenka T. Love „Pocisk miłości”. Sapiący mężczyzna w podkoszulku rzeczywiście miał w ręce pocisk miłości. I siłę argumentów. Przeszła mu ochota na dalszą pogawędkę.

Gdy wracali korytarzem, Kulesza nagle ożywił się.

– Ludzie to mają nasrane, panie nadkomisarzu – widząc spojrzenie Patera poprawił się. -No, nie mają równo pod sufitem. Wie pan, co, co on mi powiedział? Że jak było Święto Zmarłych to kupował kwiaty teściowej. I znicze. I wie pan, co? – Kulesza zrobił niewielki ruch głową. – Tam je kładł.

Pater pomyślał, że specjalista od murarki ze słowem „LOVE” nie był złym człowiekiem.

Gdańsk 20 / 06 / 2006 / 13:55

Kartka z trójkątami przykryta była aktówką. Na biurku leżały materiały z archiwum. Pater otworzył teczkę i w pierwszej chwili pomyślał, że zaszła pomyłka. Na wierzchu znalazł kilka kserokopii z „Faktu” i „Super Expressu”. Wszystkie artykuły ozdabiały fotografie znanej aktorki. Na nielicznych zdjęciach uśmiechała się, odbierając jakieś nagrody. Ale większość przedstawiały twarz zmienioną niemal nie do poznania. Gdyby nie podpisy, można by pomyśleć, że chodzi o inne osoby. Po chwili Pater zrozumiał, że to jednak nie pomyłka. Zaczął wertować artykuły.

– Nie sądziłem, że gustuje pan w takich tytułach – Kulesza patrzył nadkomisarzowi przez ramię.

– Ja też nie – odpowiedział.

Wreszcie zaczęło coś się dziać. Nadkomisarz czekał jeszcze na jedną wiadomość.

Telefon zadzwonił o siódmej. 
 
 
Gdańsk 21/06/2006 / 11:45

Spotkanie miało wyglądać na przypadkowe. Umówili się w centrum rozrywki dość wcześnie. Nie była to jeszcze pora zakochanych umawiających się tu na randki ani godzina eleganckich dwudziesto- trzydziestolatek na szpilkach i w pełnym makijażu, traktujących centrum jako wybieg dla modelek. Pater w sumie żałował, że doktor Kwieciński chciał się spotkać tak wcześnie.

Z Pawłem Kwiecińskim poznali się sześć lat temu. Pater do dziś pamiętał tę sprawę. Gwałt i morderstwo na szesnastolatce. Jak się później okazało, ofiara była sąsiadką doktora. Pater pamiętał stalowy uścisk Kwiecińskiego na swoim nadgarstku i zapamiętał słowa anatomopatomorfologa: „Czasem pożegnanie z bliskimi wypada na tym stole. Niech pan, komisarzu, złapie tego skurwysyna. Obieca mi to pan?”

Pater wówczas niczego nie obiecał. Rozwiązał sprawę. Od tamtego czasu z Kwiecińskim spotykał się nie tylko zawodowo. Okazało się, że doktor jest fanatykiem rocka i jazzu. Nie jakiejś tam udziwnionej alternatywy, ale starego dobrego Milesa i Coltrane’a. Od czasu znajomości z doktorem jazzowa dyskografia Patera znacznie się rozrosła.

-Nie mam dla ciebie kolejnego bootlegu wielkiego Trane’a – powiedział Kwieciński wczoraj, kiedy punktualnie zatelefonował o siódmej. – ale mam coś, co cię chyba bardziej zaciekawi.

Teraz siedzieli obaj przy kawie z mlekiem. Ekspres do kawy co chwila zagłuszał dźwięki z telewizora, gdzie eksperci analizowali po raz kolejny mecze Polaków na mundialu.

-Jarek, nie muszę ci mówić, że tej rozmowy nie było. Wiesz, co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że przekazałem ci te informacje?

Pater podniósł filiżankę do ust i niemal niezauważalnie skinął głową. Oczywiście, że zdawał sobie z tego sprawę.

-Zatem słuchaj. Pamiętasz, jakie obuwie miał na sobie Maziarski, gdy znaleźliśmy go w „Edenie”?

-Jakieś sportowe. Też zwróciłem na to uwagę, ale…

-Tak, wiem, co chcesz powiedzieć – przerwał niecierpliwie Kwieciński, a Pater zrozumiał, że za chwilę dowie się czegoś, co po raz kolejny przekona go, że doktor jest jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. -To były nowe buty, protektory bez śladu zużycia. Słowem: po prostu wygodne buty, w sam raz dla inwalidy. Ale jeśli tak, to może wyjaśnisz mi, dlaczego Maziarski miał odciski na palcach i szorstkie pięty?

Pater milczał.

– Stopy u osoby, która nie chodzi, są zwykle delikatne, wyszczuplone – kontynuował doktor. – Te takie nie były. No ale ostatecznie mogły to być odciski powstałe wtedy, gdy ofiara jeszcze miała sprawne nogi. Jedźmy dalej. Pamiętasz, w jakim stanie były jego spodnie.

-Tak, myślałem wtedy…

-Chodzi mi o dół – Kwieciński podniósł rękę i powtórzył zamówienie. – Podwinięte nogawki. Czasem śladem jest nie to, co widzimy, ale to, czego nie ma.

-Nie bardzo rozumiem – powiedział Pater.

-Ten facet nie miał zaników mięśniowych w kończynach dolnych. A powinien mieć. I jeszcze jedno. Nie zauważyłem też śladów zanieczyszczania się.

Pater spojrzał pytająco.

-Osoby o porażonych kończynach mają też z reguły porażone zwieracze. Nie kontrolują oddawania kału i moczu. Zwykle pozostawia to ślady na ubraniu, zwłaszcza bieliźnie.

-A w tym przypadku nic… – dopowiedział Pater.

-A w tym przypadku nic – Kwieciński powtórzył niczym refren. – Oczywiście z żywym byłoby łatwiej. Stuknąłbym go młoteczkiem w kolano. Poważnie – dodał pewniejszym głosem, gdy dostrzegł zdziwienie na twarzy Patera. – Stara, niezniszczalna metoda. Taki – wykonał od niechcenia ruch nadgarstkiem. – Evergreen w naszym zawodzie. Odruchów nie skontrolujesz, bo są niezależne od naszej woli. I jeszcze jedno. Maziarski farbował włosy. Dodawał sobie siwizny. Na ogół większość stara się ją tuszować.

Pater spojrzał na trzydziestolatkę, która przeszła koło nich. Ta z pewnością nie musiała niczego tuszować.

-Chcesz powiedzieć, że Maziarski celowo dodawał sobie lat? I co? – zawiesił głos. – Normalnie chodził?

Kwieciński popatrzył w telewizor.

– Może nie biegał tak jak ten – wskazał głowę na napastnika Ekwadoru biegnącego z piłką wzdłuż linii. -Ale wszystko wskazuje na to, że był sprawnym, dość wysportowanym facetem.

Pater poczuł ucisk na pęcherz. Gdy wstawał do toalety wydawało mu się, że napotkał twarz funkcjonariusza ABW spotkanego w „Edenie”. Pokręcił głową i po chwili zobaczył na ekranie obrońcę Jopa nieudolnie wybijającego piłkę w pole. Chyba nerwy odmawiają mi posłuszeństwa – pomyślał.

Gdy wrócił Kwiecińskiego, nie było. Pater uśmiechnął się. Doktor nie lubił podziękowań. Na stole leżał opłacony rachunek i dopiskiem anatomopatomorfologa: „Wisisz mi ten koncert Davisa z Japonii. Wiesz który”.

Jakaś kobieta spojrzała na Patera, ale on nie odwzajemnił uśmiechu.
 

Gdańsk 22/06/2006 / 14:00

Po dłuższym milczeniu w słuchawce usłyszał kobiecy głos. Sekretarka poinformowała go, że jej szef jest na międzynarodowej konferencji w hotelu „Grand” w Sopocie. Pater przypomniał sobie przedwczorajszą klęskę w pokera i drogę na Wejherowo.

-Proszę więc powtórzyć… – zawahał się. – Albo nie. Sam mu to powiem.

Dwie godziny później był w hotelu. Kartka formatu A4 z napisem „Marketing i nowoczesne świadczenia opieki społecznej” oraz z dorysowaną poniżej strzałką wskazywały, gdzie odbywa się konferencja. Jej uczestnicy właśnie jedli obiad. Chili con carne zamarło na widelcu jednego z uczestników w połowie drogi do ust.

-Nie mogę teraz rozmawiać. Zresztą z tego, co wiem, nie prowadzi pan ten sprawy.

-Mam tu dla pana, doktorze, coś szczególnie smakowitego – Pater zgiął się nad uchem rozmówcy niczym kelner i – niczym kartę dań – wręczył mu aktówkę z kserokopiami. Elegancko ubrany mężczyzna otworzył aktówkę i niemal natychmiast ją zamknął. Wiedział, że ten obiad już się dla niego skończył.

-Myślę, że dobrze byłoby porozmawiać, dlaczego wybrał pan Wybrzeże zamiast – Pater położył palce na skroni jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Jak to pan określił? Zamiast „dusznej atmosfery >>warszawki<<". -Proszę być jutro u mnie o dwunastej - szepnął Libling. -Życzę udanej konferencji - Pater popatrzył w oczy dyrektora "Edenu". - Salute! - powiedział do brodatego mężczyzny z konferencyjną plakietką przypiętą do garnituru. -Grazie - odpowiedział doktor Paolo Scaramelli. Patera odprowadziło do drzwi kilka par oczu. O wiele za dużo, niżby życzył sobie Libling. Gdańsk, 23/06 / 08:30

Przez otwarte drzwi łazienki dobiegały dekadenckie pasaże saksofonu i kontrabasu z płyty Charliego Hadena „Always Say Goodbye”. Płynął pejzaż kalifornijskich knajp, a w każdym dźwięku można było usłyszeć dedykację dla Raymonda Chandlera. Jarosław Pater wyszedł z wanny i klasnął bosymi stopami po wykładzinie, która pokryta była liniami udającymi fugi pomiędzy kafelkami. Człowiek kontemplujący podłogę łazienki Patera musiałby mieć za sobą sporo czterdziestoprocentowych kolejek, żeby uznać, iż stąpa po jasnozielonych płytkach ceramicznych przedzielonych ciemniejszymi fugami. Zresztą choćby iluzja wizualna była nawet najdoskonalsza, to odgłos, jaki dobywał się spod stóp, burzył ją momentalnie. Pod wykładziną chrzęściły bowiem ziarna piasku i drobinki gruzu – smutny dowód, iż pracownicy branży budowlanej we wczesnych latach siedemdziesiątych na wylanie podłogi zużywali znacznie mniej cementu niż nawet przewidywały to bardzo restrykcyjne socjalistyczne normy.

Zwykle, kiedy stopy Patera już wydobyły chrzęst gruzu, kiedy już spojrzał w lustro okolone czerwoną plastikową ramą, by ujrzeć tam ciemną szczecinę zarostu i czerwone bezsenne wylewy w gałkach ocznych, zwykle wtedy nachodziły go dwie sprzeczne myśli. Pierwsza – aby wyrzucić na śmietnik tę wykładzinę, wygarnąć wszystkie grudki betonu zmieszane z rozgniecionymi prusakami i wylać nową podłogę, druga – aby zachować status quo. Po co to robić? Po trzech latach życia w celibacie, po trzech latach stopniowego zapominania o swojej małżeńskiej katastrofie, nie odstępowała Patera smutna pewność, że jego skromnego mieszkania w gdańskim falowcu, nie odwiedzi żadna kobieta i nie będzie się musiał wstydzić ani lustra zachlapanego pastą do zębów, ani poobijanej wanny, znad której odpadł w zeszłym tygodniu spory kawałek tynku, ani szczerbatego grzebienia, na którym wiły się od trzech lat smutne pamiątki – nitki rudych długich włosów.

Pater pamiętał ten moment sprzed trzech lat tak dobrze, jakby zdarzył się przed chwilą. Rudowłosa piękność stoi w drzwiach i mówi tylko trzy słowa: – Syf. Wszystko syf. Te słowa i trzaśnięcie drzwiami na odchodnym, były kodą ich małżeństwa, nad wyraz zwięzłym podsumowaniem kilkunastu lat, prawdą o ich związku, mieszkaniu, a może przede wszystkim marzeniach, które niemal od początku ich znajomości wydawały się niedorzeczne. Pater nie poszedł w biznes na początku lat dziewięćdziesiątych, jak jego koledzy po studiach, nie zrobił kariery w dyplomacji, chociaż znajomi na stanowiskach roztaczali przed nim świetlane perspektywy. Ostatecznie wszystko zawaliło się w dniu, gdy Jarosław Pater postanowił podjąć pracę w komendzie wojewódzkiej. Coraz rzadziej wspominał go ktoś w rozmowach, jako młodego i zdolnego. W końcu przestał być młody. I z każdym dniem rozumiał coraz lepiej, że ludzie są rzeczywiście zdolni. Zdolni do wszystkiego.

Woda powoli odpływała z wanny, lada dzień trzeba będzie wezwać hydraulika. Pater mył zęby, wypluł pastę zmieszaną z krwią z podrażnionych dziąseł i znów pomyślał o wykrwawiającym się latami małżeństwie. To, że Iza wytrwała z nim kilkanaście lat miało wszelkie znamiona cudu. Przynajmniej takiego zdania była rodzina żony, jego matka oraz przyjaciele, z których jeden okazał się ostatecznie nad wyraz pomocny w leczeniu małżeńskich stresów i ocieraniu kobiecych łez. Tamtego listopadowego dnia nadkomisarz obiecał sobie dwie rzeczy. Że wraz z żoną i ostatnim trzaśnięciem drzwi zniknie z jego słownika wyraz „syf” i wiele podobnych, kojarzących się z ostatnimi latami bezlitosnych małżeńskich zapasów pozbawionych wszelkich reguł. I że nigdy już nie zwiąże się z nikim na stałe. Nawet, gdyby błagała go o to Angelina Jolie.

Pater był w nastroju, który doktor Kwieciński nazywał syndromem karawaniarza. Liryczna drapieżność muzyki zrobiła jednak swoje. Zadziałała. Pozbył się myśli, że kłopoty to jego specjalność i że ma na nie wyłączność. Pater miał tylko starą wykładzinę, inni mieli także starzejące się żony i wieczne problemy. Nagle zaczął myśleć o czymś innym. Zwłaszcza dwie myśli – wzajemnie się wykluczające – przepływały mu szybko przez głowę i zawracały całym pędem. Golił się powoli, aby nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, które uruchomiłyby całe fale potu. Charlie Haden swym dyskretnym kontrabasem podkreślał parny bezruch rozpoczynającego się dnia. Profesor Jan Czekański. Dwie myśli: zabił – nie zabił. Zniknął po śmierci Maziarskiego. Był ostatnim człowiekiem, który widział Maziarskiego żywym. Znawca ran symbolicznych i pseudoinwalida na wózku z farbowanymi na siwo włosami i z doskonale rozwiniętymi mięśniami nóg. Anonimowe sms-y do Czekańskiego. Nieumiejętnie udawany młodzieżowy slang. Anonimowy szantażysta. Może to on? Może on jest podwójnym mordercą. Zabił – nie zabił.

W senne kalifornijskie bulwary jazzowego kwartetu wdarł się łkający wysoki dźwięk. Powtarzał się on regularnie i był coraz silniejszy. Pater zdecydowanie pociągnął maszynką od grdyki ku podbródkowi. Otarł twarz z mydła i ruszył do pokoju. Na małym ekranie telefonu migotał nie znany Paterowi numer. Policjant wyłączył Hadena, podniósł słuchawkę i rzucił krótko, upodabniając swój głos do gwałtownego warknięcia:

 -Pater.
 
 -Dzień dobry – usłyszał znany mu głos. – Mówi Wasylewski. Nie obudziłem pana?
 
 -Nie – odparł Pater, próbując skojarzyć pierwszy raz w życiu słyszane nazwisko. Nie udało się. Ślepe asocjacje. – Nie – powtórzył niepotrzebnie i bezradnie.

 -Właśnie skończyliśmy nieoczekiwaną nocną partyjkę w brydża – kontynuował nieznany rozmówca o znanym głosie – wie pan, jak to jest. Najczęściej gracze niewiele wiedzą o sobie. Tylko o mnie każda kelnerka, nawet dopiero co przyjęta do pracy w „Mandarynie”, wie wszystko. A to dlatego, że mam charakterystyczną aparycję…
 
 -No tak… – Pater przerwał rozmówcy. Przeżył olśnienie, gdy głos z nazwiskiem w końcu połączyły mu się w całość. To świetnie ze sobą koresponduje. Niezwykły człowiek o niezwykłym nazwisku. Jezus z Oliwy nazywał się „Wasylewski”. Profesor Wasylewski. Przez „y”, nie banalne i powszechne „i”. Jak jakiś ukraiński watażka, wolny jak wiatr w stepie, nie jak androgyniczna Wanda, sowiecki pionek ze Związku Patriotów Polskich. Za dużo profesorów. Jeden jest hazardzistą, drugi – podejrzanym.

 -Mało o sobie wiemy – powiedział Pater – ma pan rację. A pan wie, jaki jest mój zawód?

– O tym też wie każda kelnerka w „Mandarynie” – roześmiał się Jezus z Oliwy. – A zwłaszcza każdy taksówkarz spod „Mandaryna”. Niejeden odwoził pana do pracy po nocnym „holdemku”. Proszę posłuchać. W brydża grałem z Dzięciołem przeciwko pewnemu Szwedowi i tłumaczowi Szweda. Nie lubię brydża. Dużo kombinowania, małe stawki… Tym razem stawki były bardzo wysokie. Pięć stów za jednego impa, wie pan z pewnością, co to jest. Tych dwóch widziałem po raz pierwszy w życiu. Widać, że grali ze sobą od dawna. Ten tłumacz – w odróżnieniu od nas, starych wyjadaczy – nie krył się specjalnie ze swoją tożsamością. Przedstawił się jako skandynawista z uniwersytetu. Doktor Przemysław Marciniec. Pamiętając o pana prośbie, zapytałem, czy zna profesora Czekańskiego. Otóż zna go, nawet bardzo dobrze. Wie o nim sporo i nie przepada za nim. Zapytałem, czy mogę pana z nim skontaktować. Zgodził się chętnie. Dziś od rana egzaminuje studentów, a w południe wyjeżdża na stypendium do Uppsali. Powiedział, że może pan do niego przyjść na egzamin. I rozstaliśmy się koło siódmej.
 
 -Dziękuję panu bardzo – powiedział Pater i nie odkładał słuchawki.

Niechcąco uruchomił pilotem wieżę. Włączył się pierwszy utwór z płyty Hadena. Rozległa się muzyka z czołówki firmy „Warner Bros”. Był to fragment filmu „Wielki sen” Hawksa z 1946 roku z Bogartem z roli głównej. Pater nacisnął klawisz „pauza”. Przez chwilę milczał.

– Do widzenia – odezwał się w końcu Jezus z Oliwy.

– Proszę poczekać – powiedział cicho Pater – mam jeszcze do pana jedno pytanie. O siódmej skończył pan całonocnego brydża. A dzwoni pan do mnie półtorej godziny później. Dlaczego nie zadzwonił pan od razu? Mógł pan przecież zadzwonić o siódmej, pójść do swojego niedalekiego apartamentu z widokiem na morze i od godziny odsypiać swoje zwycięstwo przy okrzykach mew. A pan godzinę czuwał i zadzwonił do mnie dopiero teraz. Dlaczego?

– Czy ja wiem? – po tym retorycznym pytaniu zapadła cisza, przerywana wrzaskiem mew. – Może nie chciałem pana zrywać tak wcześnie?

– Odczuł pan litość do pokonanego przeciwnika, co? Chciał mi pan jakoś zrekompensować moją przegraną w poniedziałek? Nie chciał pan mnie zrywać tak wcześnie… Tak czy inaczej – bardzo panu dziękuję.

– Nie sądzę, żebym był zdolny do takiej rekompensaty – odparł chłodno matematyk – nie jest pan wcale taki przenikliwy. Po grze wcale nie udałem się do mojego mieszkania. A te mewy nie krzyczą nad moim tarasem. Teraz spaceruję. Chciałem z kimś porozmawiać. Z kimkolwiek. I nadarzyła się okazja, by po brydżu z Marcińcem zadzwonić do pana.
 
– Gdzie pan jest? – Pater poczuł dziwny niepokój.

– W drodze na Wejherowo – odparł Wasylewski – nie lubię grać w brydża. Zwłaszcza przeciwko zawodnikowi z rezerwowej reprezentacji Szwecji.

Po tych słowach Jezus z Oliwy rozłączył się. Pater zwolnił klawisz „pauza”.

– My name is Marlow – powiedział Humphrey Bogart. 
Gdańsk, 23/06 / 09:00

Egzamin z języka szwedzkiego Swedex na poziomie B2 odbywał się w sali wykładowej Katedry Skandynawistyki w kompleksie uniwersyteckim przy ul. Wita Stwosza. Uczestniczyło w nim kilkanaście studentek. Jedna z nich, Ewelina Kucaj, siedziała w pierwszej ławce, przed biurkiem doktora Przemysława Marcińca, i zupełnie nie mogła się skoncentrować. Winne było temu gadulstwo wykładowcy, a nie – jak sądził on sam – jego uroda i uwodzicielski zapach wody toaletowej „Gucci Rush”. Marciniec kilka miesięcy temu zmienił swój image i usiłował okularami o ciemnożółtych szkłach i krótko przyciętym gęstym zarostem upodobnić się do dojrzałego George’a Michaela. Efekt tych zabiegów fryzjerskich nie porażał podobieństwem i wywoływał szydercze komentarze wśród studentek. Zamiast pop-gwiazdora widziały one bowiem czterdziestolatka „o urodzie przepitego Cygana”. To ostatnie sformułowanie było autorstwa Eweliny Kucaj i zrobiło prawdziwą furorę wśród jej koleżanek. Jej wymiernym świadectwem było nadanie doktorowi Marcińcowi przydomka „Cygan”.

Dzisiejszego poranka Marciniec objawił bardzo dobry humor. Najpierw tryskał wątpliwymi dowcipami o egzaminach, wykładowcach i studentach, a potem – kiedy już rozdał arkusze egzaminacyjne i zaczął mierzyć czas – wdał się w cichą, przerywaną śmiechem rozmowę ze współegzaminatorem, doktorem Fredrikiem Fröglandem z Uppsali. Ponieważ ich rozmowa była prowadzona po szwedzku, Ewelina Kucaj zwątpiła w swoją znajomość tego języka i popadła w chwilową depresję. Rozumiała bowiem słowa, ale nie rozumiała, o czym obaj wykładowcy rozmawiają. Wśród szwedzkich wyrazów niezmiennie pojawiało się angielskie „bridge”.

Studentka demonstracyjnie wyjęła z torebki odtwarzacz mp3 i założyła słuchawki na uszy. Odetchnęła z ulgą. Zamiast jakiegoś tajemniczego żargonu usłyszała wariację DJ Tiesto na temat Vivaldiego. Marciniec i Frögland o tyle zwrócili uwagę na nieregulaminowe zachowanie studentki, że ściszyli głosy i zaczęli rysować na kartkach jakieś wykresy. Ewelina Kucaj całkowicie się poświęciła rozwiązywaniu testu.

Mijały minuty, kwadranse. O godzinie dziesiątej studentka skończyła liczyć wyrazy, których użyła w szwedzkim wypracowaniu na temat dyskryminacji kobiet w Polsce, zdjęła z uszu słuchawki i spojrzała na doktora Marcińca. Nie było już obok niego Szweda, nie było też kartek z dziwnymi napisami. Był natomiast jakiś szpakowaty facet w wygniecionej koszuli i w spranych dżinsach. „Cygan” rozmawiał z nim scenicznym szeptem.

– Wie pan, wyraz angielski scalp – wywodził wykładowca – który znaczy „skalp” lub „skalpować” jest spokrewniony ze szwedzkim skal, które znaczy „na zdrowie” i używane jest podczas spełniania toastów. Dziwi to pewnie pana. Co ma wspólnego skalpowanie z toastem? Otóż ma bardzo wiele. Wikingowie pili miód, wino lub piwo z czaszek pokonanych wrogów. Czaszki to były ich kielichy. O tym samym może świadczyć pokrewieństwo polskiego czaszka, czasza i podczaszy, który, jak pan wie, był służącym napełniającym kielichy.

– Czy profesor Czekański o tym wszystkim wiedział? – zapytał szpakowaty mężczyzna zmęczonym głosem.

Ewelina Kucaj poczuła na sobie jego wzrok. Doskonale wiedziała, że zatrzymał się on na jej wytatuowanej róży na ramieniu, a potem natychmiast przeskoczył na drugie ramię, na antykoncepcyjny plaster – jej dumne wyznanie niezależności, symbol wolności i nienawiści do patriarchalnej cywilizacji.

– On nie mógł tego nie wiedzieć! – sceniczny szept Marcińca zapałał oburzeniem na naiwność laika. – Profesor Jan Czekański był jednym z najwybitniejszych znawców współczesnych sekt neopogańskich i tajemnych rytuałów. Zajmował się antropologią kulturową. Znawca problematyki ran symbolicznych. Medyk i etnolog w jednej osobie. Biegły sądowy współpracujący z trzema europejskimi wymiarami sprawiedliwości. Visiting-professor na trzech europejskich uniwersytetach. On wiedział wszystko.

– Czy mógłby pan mi przybliżyć, o co chodzi z tymi ranami symbolicznymi – Pater znów kontemplował wytatuowaną różę.
– To nie moja specjalność – skandynawista milczał przez dłuższą chwilę. Paterowi wydało się nieprawdopodobne, że ten człowiek potrafi milczeć dłużej niż trzy sekundy.
Marciniec sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła.

– Dam panu namiar na kogoś, kto panu o tym powie. Może się pan nieco zdziwi… To nowy telefon – doktor podniósł głos do scenicznego szeptu i jednocześnie uniósł komórkę jak relikwię – nie nauczyłem się go jeszcze dobrze obsługiwać… O mam… On zresztą zna Czekańskiego.

Studentka z różą pomyślała kolejny raz tego dnia, że „przepity Cygan” to zbyt uprzejme określenie w stosunku do tego buraka, który w podniesionej ręce ostentacyjnie trzymał telefon komórkowy. Marciniec przypominał teraz karykaturę Statui Wolności w białym obcisłym T-shircie zdecydowanie zbyt opiętym na wykładowcy.

– A jaki on był jako człowiek? – zapytał rozmówca „Cygana”.

– Panie nadkomisarzu – słysząc zniecierpliwiony głos wykładowcy, Ewelina Kucaj nastawiła ciekawie uszu. – Mało to panu opowiedziałem o jego ekscesach, skargach składanych na niego przez studentów, o tych wszystkich zadymach?
– Co pan rozumie pod słowem „zadyma”? To bardzo nieprecyzyjne określenie. Wykładowca uniwersytecki powinien umieć precyzyjnie definiować znaczenie słów. Pan, jako filolog, na pewno bardzo dobrze to umie.

– Powiem panu krótko – Marciniec wskazał wzrokiem studentkę Kucaj. – Wiele osób wiele by dało, by matka Czekańskiego używała takiego plastra jak ta panna. Niestety…
– Niestety w latach trzydziestych, o ile wiem, najpopularniejszym środkiem antykoncepcyjnym była aborcja – wtrącił się nadkomisarz.

– Niewielu by miało coś przeciwko aborcji, gdyby usunięte płody wyrastały na ludzi podobnych do Czekańskiego – skandynawista powiedział to bardzo poważnie.

Ewelina Kucaj spojrzała na niego wściekłym wzrokiem. Bardzo się jej nie podobało, że głupim bajdurzeniem przeszkadzał studentom piszącym ważny egzamin. Jeszcze mniej podobał się jej kategoryczny ton, z jakim ten pewny siebie, wiecznie zalatujący alkoholem seksista miał czelność wypowiadać się o czysto kobiecym problemie aborcji. A najmniej – słowo „panna” pod swoim adresem.
Dom seniora ?Eden? 23 / 06 / 2006 / 11:35

Jarosław Pater zatrzymał swoją corollę na wysypanym czarnym żwirem poboczu. Wiał lekki wiatr i gałęzie sosen zmieniały nieustannie kształt plam słońca na dachu samochodu. Pater z taką zachłannością wdychał suchą żywiczną woń rozgrzanego lasu, że na moment stracił kontrolę nad swoim oddechem. Sosnowy zapach był dla niego antidotum na słodkie wyziewy zapchanych zsypów w bloku, na rozkład tanich dezodorantów pod pachami graczy w „Profesjonale”, na tłustą i lepką woń rozgrzanego asfaltu.

Otworzył kartonową teczkę leżącą na siedzeniu kierowcy. Były w niej kserokopie – akta i raporty, w których policjanci z toporną, lecz nienaganną precyzją rejestrowali prawdziwe i mrożące krew w żyłach historie, jakich było wiele w dużych i małych miastach. W teczce Patera opisane były dwa takie zdarzenia. Oto niejaki Marcin Ryba pobił swoją żonę za domniemaną zdradę, a po chwili usiłował uspokoić swojego dwuletniego wrzeszczącego syna, wkładając jego głowę do akwarium. Oto niejaka Adela Woźniak nie zablokowała odpowiednio wózka inwalidzkiego i spadała długo z kamiennych schodów, a miała tyle ran, że można było śmiało postawić hipotezę, że każdy twardy stopień zostawiał na jej starczym, miękkim jak gąbka ciele sine, nabiegłe krwią pamiątki, a każdy ostry kant gruchotał lekkie kości, podziurawione osteoporozą. Wiele było takich historii, lecz na ogół zdarzały się one w dużych i w małych miastach. Jednak te dwie, studiowane przez Patera, wiązały się z jednym miejscem, wcale nie zurbanizowanym, miejscem zachwalanym w internecie jako „prawdziwie rodzinny dom seniora”, jako „cicha świątynia świętego spokoju i zasłużonego odpoczynku po młodości, pełnej wybuchów szlachetnego entuzjazmu, i po wieku średnim, wypełnionym spokojną, upartą pracą”. W tej oazie w ciągu ostatniego roku znaleziono u dołu bocznych schodów staruszkę z wykręconą głową. To tutaj korytarzami przechadzał się pielęgniarz o imponującej posturze, której nie powstydziłby się judoka Paweł Nastula. Zmarła staruszka nazywała się Adela Woźniak, pielęgniarz – Marcin Ryba, a dom seniora – sądząc po jego nazwie „Eden” – był przedsionkiem raju.

Pater schował kserokopie raportów i akt z powrotem do teczki. Powachlował się nią, a potem kilkakrotnie wybił na kartonie rytm standartu Dave’a Brubecka „Take Five”. Następnie wyjął ze schowka jeszcze jedną teczkę – żółtą i plastikową.

– Jaka piękna pogoda! – usłyszał głos doktora Liblinga. – Dzień dobry, panie nadkomisarzu. Właśnie przechadzałem się po lesie przed spotkaniem z panem. Pan również rozkoszuje się tym cudownym powietrzem?

Dyrektor stał koło samochodu. Ubrany był w letni lniany garnitur, niebieską koszulę i granatowy krawat z wyciskanymi łezkami. Jego stopy spoczywały w jasnych skarpetach i w lśniących brązowych butach, które były wykwintnym mariażem sandałów i ostronosych trzewików. Pater wysiadł z auta.

– Po dobroci, czy z grubej rury?” – zadał samemu sobie pytanie i natychmiast się zganił za myślowy kolokwializm. Spojrzał Liblingowi głęboko w oczy. Były one zmrużone i spokojne, dwie szpary pomiędzy fałdą czoła a kwadratową szczęką pociągniętą ciemnym konturem zarostu. Oczy pełne spokojnej i niewzruszonej pogardy. Pater spojrzał na buty Liblinga i podjął decyzję.

– Rzeźnik z Milanówka – powiedział cicho. – „Always Beautiful. Klinika dla ludzi młodych w każdym wieku”. Wystarczy czy mam jeszcze coś dopowiedzieć?

– Wystarczy do czego? – z twarzy Liblinga nie schodził uśmiech. – Już wczoraj pokazywał mi pan te artykuły z brukowców. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia.
– Cztery lata temu – kontynuował spokojnie Pater. – Znana aktorka serialowa Arletta Kosińska. Jej twarz jak nadmuchany pomidor, pełna guzów i wybrzuszeń. Jej zdjęcia w „Fakcie” i w „Super Expressie”. Obok zdjęcia pańskiej osoby. Aktorka mówi: ‚To rzeźnik!’. Pan na to: ‚Nie zastosowała się do moich wskazówek’. I kto tu ma rację?

– Przez trzy tygodnie powinna unikać intensywnego słońca – Libling powiedział to znacznie głośniej. – Wtedy było cholernie gorąco, tak jak teraz – Pater pomyślał, że sztuczna ogłada parowała z dyrektora szybciej niż pot. – No i ona na te trzy tygodnie położyła się przy swoim basenie! Z chlorowaną wodą! A przecież mówiłem, tyle razy powtarzałem tej idiotce, by chloru unikała i stosowała moje preparaty.
– Rzeźnik z Milanówka dyrektorem „Edenu”! Nie podobała się duszna atmosfera warszawki, co? – Pater rozciągał z przyjemnością sylaby. – Najpierw zniszczył pan twarz znanej aktorce, a teraz opiekuje się naszymi drogimi seniorami! Czy niekompetentny chirurg plastyczny może być kompetentnym opiekunem ludzi starszych? Tak, drogi panie Libling, jeden mój telefon sprawi, że takie tytuły pojawią się w gazetach. A w ślad za tymi artykułami rozdzwoni się na pańskim biurku telefon. Wystarczy?

– Wystarczy do czego? – ponowił pytanie Libling, a kontury jego szczęki stały się równie ostre jak kanty jego spodni. – Mam w dupie pańskie brukowce. Moi klienci i ich rodziny nie czytają takich gazet.
– No ładnie. Wzgardliwym milczeniem pominę wulgarne słownictwo. W pańskiej wypowiedzi zainteresowało mnie inne zjawisko językowe. Zjawisko natury semantycznej. Nie „pacjent”, nie „pensjonariusz”, ale „klient”. Pójdę za pańskim określeniem. Tutaj mam – Pater dotknął żółtej plastikowej teczki. – Spis wszystkich pańskich klientów. Mam go od przyjaciela z ABW. Wie pan, co zrobię z tą listą? Wyślę ją mojemu znajomemu, który w Oliwie otwiera podobny pensjonat do pańskiego. Nie nazwie go „Eden”. Ta nazwa jest zbyt okrutna. Nazwie go „Złoty liść”. Pewnego dnia – Pater napawał się lękiem Liblinga. – Szef „Złotego liścia” wyśle wszystkie dawne i przyszłe artykuły o Rzeźniku z Milanówka rodzinom pańskich klientów. Wystarczy? Pan lubi określenia z branży marketingu. To się nazywa czarny pijar. Wystarczy?

– To się nazywa szantaż. Ale wystarczy – mruknął Libling. Pod pachami jego lnianej marynarki widoczne były ciemne plamy. Mogły być już wcześniej, ale Pater wolał wierzyć, że pojawiły się dopiero teraz, gdy użył argumentu ze „Złotym liściem”.
– A teraz odpowiem panu na pańskie uporczywe pytanie – Pater uśmiechnął się szeroko. – To wystarczy, aby pan wyraził zgodę na wszelkie mojej poczynania w pańskim pensjonacie. Od jutra. Od samego rana. Wystarczy, aby pan nie pisnął ani słowa ABW. Mało tego – aby mnie pan krył przed ABW. Mam tam kolegów – znów zamachał żółtą teczką – ale z większością nie lubimy się za bardzo. Wystarczy, prawda?

– Już powiedziałem – wysyczał Libling – Nie słyszałeś, ty skurwysynu? – bezgłośnie zadrżały mu wargi, po czym Libling ruszył gwałtownie w stronę swojego sztucznego raju.

Pater wsiadł do samochodu z ledwie słyszalnym westchnieniem ulgi. Otworzył żółtą plastikową teczkę i przeczytał po raz drugi dzisiaj schowany tam dokument. Było to podanie o urlop, pozytywnie zaopiniowane przez komendanta Cichowskiego. 
   

Gdańsk, 23/06/20:15  

Postanowił, że zostawi samochód przy Placu Obrońców Poczty Polskiej. Na siedzeniu dla pasażera leżała kartka napisana przez doktora Marcińca. Raz jeszcze popatrzył na zanotowane nazwisko. Tak, Marciniec miał rację. Pater nigdy by nie pomyślał, że właśnie ten człowiek jest specjalistą od ran symbolicznych.
 
Kilka porywistych podmuchów wiatru zapowiadało zmianę pogody, podobnie jak łupanie w skroniach, z którym Pater, nazywany już na studiach, „meteopaterem”, zupełnie sobie nie radził. Nadkomisarz postanowił się przejść. Nad dachem kościoła świętej Katarzyny, spalonym w niedawnym pożarze, unosiło się kilka chmur, które w świetle zachodzącego słońca przypominały wciąż żarzące się ogniska. Po kilkunastu minutach Pater był na miejscu.

Sam nie wiedział dlaczego, ale zamiast skierować się do części mieszkalnej, skierował się do głównego wejścia kościoła. Drzwi były otwarte, ale by dostać się do środka trzeba by sforsować olbrzymią kratę, jakiej nie powstydziłby się skarbiec Narodowego Banku Polskiego. Obcym wstęp wzbroniony – pomyślał Pater. Sam czuł się obcym w tym miejscu od dwunastego roku życia, gdy umarł jego ojciec. Bóg nie dotrzymał słowa – mówił potem. Uważano go za czarną owcę w wierzącej rodzinie, nikt nie domagał się od niego, by był ojcem chrzestnym lub świadkiem na ślubie, a zdarzało się także, że pomijano go nawet przy zaproszeniach na komunie licznych bratanic i siostrzeńców.

– Dzień dobry, komisarzu – Pater nie usłyszał zbliżających się kroków. Po mszach zamykamy. Takie czasy – powiedział zwalisty mężczyzna w sutannie.

Wiek księdza Jana Plewniaka był trudny do określenia. To samo Pater wielokrotnie słyszał o sobie. Ponoć ludzie pracujący w mundurach i służbowych uniformach zatracają rysy osobowe, a ich biografie wtapiają się w historię instytucji. Pater niezwykle rzadko zakładał mundur, a jednak w jego rysach była pewna niejakość. Przynajmniej tak uważał. Znakiem szczególnym księdza Plewniaka były natomiast dłonie. Ruchliwe i wielkie jak góralski chleb.

– Nic się pan przez te lata nie zmienił – szepnął ksiądz, gdy usiedli przy kawie na plebanii kościoła świętego Mikołaja. Osiem lat temu Pater prowadził sprawę zabójstw w środowisku kleryków na Wybrzeżu, wtedy się też poznali. Gdy po latach zadzwonił do proboszcza, nie musiał się przypominać. Ksiądz najwyraźniej pamiętał też, by zwracać się do Patera per „pan”. Z kolei nadkomisarz nie przypominał sobie, by Plewniak zdradził się przed laty ze swoją wiedzą z dziedziny antropologii. Ale wówczas nie było takiej potrzeby. Wyglądało jednak na to, że nadkomisarz został dziś skierowany do właściwej osoby. Świadczyła o tym choćby półka z książkami, wśród których na centralnym miejscu stały dzieła zebrane Bronisława Malinowskiego.

– Nie gorszy to parafian księdza? – Pater skinął głową w kierunku półki, na której stało cicho grające radio.

– Co? Ach, „Życie seksualne dzikich”! – Plewniak uśmiechnął się. Nie, ci, co znają mnie dobrze, wiedzą o moich zainteresowaniach. No to widzę – ksiądz strząchnął popiół z papierosa – że profesor Czekański znalazł się w centrum uwagi.

Pater opowiedział o zniknięciu w „Edenie”, choć większość szczegółów pozostawił dla siebie. Powiedział też o rozmowie z Marcińcem, o skalpie, czaszkach i toastach. Na krótko powrócił obraz wytatuowanej róży na opalonym ciele, ale o tym już nie wspomniał.

– Wszystko się zgadza, a tak na marginesie, bo to też pana pewnie ciekawi, doktor Marciniec to mój parafianin – odrzekł Plewniak – Dodajmy do tego jeszcze czaszkę po angielsku, czyli skull oraz po szwedzku – brzmi to bodaj skalle. Do dziś w Skandynawii można spotkać ludzi, którzy praktykują stary zwyczaj: gdy piją toast, patrzą w oczy, a drugą rękę kładą na sercu, na znak, że nie mają wrogich zamiarów. Jakkolwiek z czaszek wrogów już się nie pije – dodał Plewniak.

– Jak ksiądz poznał profesora Czekańskiego?
 
– Byłem jego studentem – widząc zdziwienie w oczach Pater dodał: – Studiowałem antropologię kultury. To często wybierany kierunek studiów przez tych, którzy chcą być misjonarzami. Mnie ostatecznie – zawiesił głos – pisana była inna droga, zresztą moim marzeniem była Afryka, a Czekański to specjalista od sekt w Europie i Ameryce Północnej. Zresztą miał co robić…

– Nigdy nie sądziłem, że to jakiś poważny problem – Pater bez przekonania kręcił głową. Przypomniał sobie zjazdy wikingów, dużo krzyku i bieganiny w skórach, których cena wielokrotnie przekraczała policyjną pensję. Pamiętał, że niektórzy wikingowie mieli nawet skórzane etui na telefony komórkowe, co utwierdzało go w przekonaniu, że ta cała zabawa dotyczy głównie biznesmenów spragnionych wrażeń po godzinach.

– Najczęściej kończy się na trzydniowym pobycie w osadzie, niekiedy na studiowaniu run – Plewniak ruszył do barku. Napije się pan koniaku? – zapytał, a widząc odmowną reakcję Patera, mówił dalej: – Tacy, o których pan mówi, naleją sobie miodu, wyleją na ziemię pierwszą szklankę na zdrowie Odyna, a potem, po całej imprezie, wrócą do zacisznych gabinetów pomnażać majątek. Ale są groźniejsze zjawiska: ruchy, które wierzą w nowe średniowiecze, krzyżówkę neopoganizmu z satanizmem, do tego dochodzą wyobrażenia apokaliptyczne i eschatologiczne, rytuały w sektach i to już nie są żarty. Takie czasy, że ludziom się wszystko miesza. Po tych rytuałach nierzadko pozostawały trupy. Takie właśnie sprawy fascynowały Czekańskiego. A jeszcze bardziej interesowały policję z kilku krajów, która zwracała się do profesora po ekspertyzę.

– A jaki to człowiek? – jak echo powróciło pytanie, które wiele godzin wcześniej usłyszał Marciniec.

Pater po raz pierwszy zauważył, jak olbrzymie dłonie księdza Plewniaka zadrżały.
      
Rozumiem, że sprawa jest poważna – ksiądz spojrzał Paterowi w oczy. Powiem tylko o jednym. Czekański miał taki zwyczaj, że spośród studentów wybierał sobie ofiarę. W mniej lub bardziej subtelny sposób dręczył taką osobę. Na ogół ludzie pękali. O tych, którzy nie pękli, zwykł mawiać, że przeszli prawdziwy obrzęd… Komisarzu, proszę mi powiedzieć, myśli pan, że to ktoś z jego byłych studentów, go zabił? – zapytał nagle Plewniak.
 

Gdańsk, 23/06/2006, plebania kościoła św. Marcina

– Przecież nie powiedziałem, że Czekański nie żyje. Tym bardziej – nadkomisarz zmrużył oczy – nie powiedziałem, że ktoś go zabił.
 
W radiu informowali o kolejnych strajkach, potem spiker płynnie przeszedł do wydarzeń na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Pater poczuł ból w skroniach. Już czas, by pójść do „Profesjonału” i obstawić wyniki. I może wreszcie obejrzeć wieczorny mecz.

– Pyta pan, jaki to był, jest – Plewniak szybko poprawił się – człowiek… Myślę, że szalenie nieszczęśliwy. I bardzo samotny… Tak to jest, gdy błyskotliwy intelekt nie idzie w parze z wartościami i wiarą w Boga.

Pater miał przez chwilę wrażenie, że ostatnie zdanie dotyczyły nie tylko Czekańskiego. W głosie księdza wyczuł gorycz i wolał nie drążyć tematu.
 
– Ostatnia sprawa, proszę księdza. Co to są rany symboliczne? Słyszę o tym od kilku dni…

– Najkrócej mówiąc – Plewniak ożywił się. – Chodzi o chirurgię rytualną. Po polsku ma pan książkę Brunona Bettelheima, to znany…

– Wiem kto to jest – mruknął Pater. – Czytaliśmy go na studiach. Psychoanalityczna interpretacja baśni. Pater wiedział także, że szwajcarski uczony zajmował się leczeniem dzieci autystycznych, ale wiedzy na ten temat nadkomisarz nie zdobył na wykładach.

– No więc Bettelheim twierdzi, że rany symboliczne są często związane z androgynicznymi marzeniami ludzi, a zwłaszcza z niedowartościowaniem pierwiastka męskiego. Żyjemy w kulturze stworzonej przez mężczyzn, tymczasem jeden z najważniejszych przejawów życia, możliwości prokreacyjne, są przypisane tylko jednej płci. Dlatego mężczyźni w wielu kulturach…
– Dlaczego ta tematyka księdza tak interesuje? – przerwał Pater. Znowu powrócił obraz z sali wykładowej. Niż demograficzny i wyzwolona studentka z plastrem antykoncepcyjnym zdawała się przeczyć wywodom księdza Plewniaka.

– Chciałem zająć się ranami Chrystusa jako ranami symbolicznymi. Miałem pewną swoją koncepcję… Ale to był błąd. Chyba – głos księdza zadrżał – posunąłem się za daleko.
 
Wiadomości w radiu skończyły się. Jakaś polska piosenkarka śpiewała, że nie chce widzieć go nigdy więcej, choćby upadł na kolana.
 
– Wracając do ran – Plewniak przerwał niezręczną ciszę. – Na Wyspie Menstuujących Mężczyzn – tak komisarzu, jest taka wyspa znana także jako Vokeo – mężczyznom rytualnie nacina się penisa, a inicjowanego określa dokładnie tym samym słowem, co menstruującą kobietę. A na przykład u ludu Manam określeniem aine imoaziri opisuje się dziewczynkę, która po raz pierwszy ma okres. Jeden z obrzędów, jakich aine imoaziri doświadcza, polega na nacinaniu jej pleców i klatki piersiowej inicjowanej. Nie wiem, co pana interesuje i jaki może mieć to związek z profesorem…

– A skalpowanie? Czy skalpowanie można potraktować w kategoriach chirurgii rytualnej.
– Skalpowanie? Odgrywa często taką rolę, jak inkorporacja, czy, jak pan woli, kanibalizm. Chodzi o pozyskiwanie mocy pokonanego wroga. Proszę mi powiedzieć – głos księdza Plewniaka po raz pierwszy stał się natarczywy – rozumiem, że pyta pan nie bez powodu…

Pater milczał. Czuł, że powiedział o jedno zdanie za dużo. W radiu trwał głupi konkurs, czy jutro na Wybrzeżu będzie wreszcie padać. Gdy żegnali się przed dziesiątą, nadkomisarzowi wydawało się, że rozstają się bez tej serdeczności, którą proboszcz roztaczał wokół siebie dwie godziny temu.

Ksiądz Plewniak chował koniak do barku, gdy usłyszał pukanie.

– Właściwie co ksiądz miał na myśli, gdy powiedział, że Czekański znalazł się w centrum uwagi? – Pater stał w uchylonych drzwiach.

Plewniak milczał.

– Proszę, niech pan jeszcze wejdzie i zamknie drzwi – powiedział po chwili – widzi pan, profesor Czekański zadzwonił do mnie dwa tygodnie temu – ksiądz oparł się ciężko o stół. Wyglądał na zmęczonego. Przez chwilę Pater miał wrażenie, że za chwile podniesie ciężki mebel i ciśnie w niego. -Nie wiem, skąd miał numer. Zapytał, czy mógłbym przyjechać i go wyspowiadać. Nie mogłem tego zrobić…

– A może ksiądz nie chciał? – szybko zapytał Pater.

– Nie mogłem pojechać – z naciskiem powiedział Plewniak – ale poprosiłem o to księdza z parafii, znajdującej się blisko „Edenu”. Dziwna nazwa swoją drogą – milczał przez chwilę, a Pater słyszał skrzypienie drewna pod jego stopami. – W zasadzie nawet tego, nie powinienem panu mówić, ale trudno. Wieczorem odebrałem telefon. Dzwonił tamten ksiądz. Powiedział: „Proszę mnie więcej o to nie prosić”.
– A czy powiedział w tej rozmowie coś jeszcze?

– Zapewne pan wie, że obowiązuje nas tajemnica spowiedzi…
– Ale gdyby jednak księdzu coś powiedział? Albo, załóżmy, wyspowiadał się? – Pater był nieustępliwy.

– To i tak nie mógłbym panu tego powtórzyć – Plewniak rozłożył ręce. Spowiedź odbywana przez księdza nie zwalnia go z tajemnicy, włącza w nią natomiast spowiednika. To działa trochę na zasadzie reakcji łańcuchowej…
– A dlaczego ksiądz od razu mi o tym nie opowiedział? – Pater znów stał w uchylonych drzwiach.

– Bo pan o to nie pytał.

Drzwi kościoła były już zamknięte. Ktoś jednak przy nich majstrował. Gdy młody chłopak zobaczył Patera, zaczął uciekać.

– Ej, stój! – krzyknął nadkomisarz i podbiegł, ale chłopaka już nie było.

Na drzwiach kościoła ktoś, pewnie ten, który uciekał przed chwilą, zostawił biało-czerwoną wlepkę. W pierwszej chwili Paterowi wydawało się, że postać na wlepce to ksiądz Plewniak. Dopiero po chwili rozpoznał Jacka Kuronia z nieodłącznym, dymiącym papierosem. Na dole biegł napis: „Nie palcie komitetów! Zakładajcie własne”. Radykalizacja nastrojów. Upał i strajki. Ludziom się wszystko miesza – przypomniał sobie Pater.

Migrena była nie do zniesienia. Pater przez chwilę zastanawiał się, czy nie zostawić samochodu do następnego dnia. Mógłby zadzwonić po któregoś z chłopaków i poprosić o podwiezienie, ale oficjalnie był na urlopie. Odkręcił szyby w corolli i wpatrywał się w deskę rozdzielczą.

W domu włączył Beatlesów. „A Day In The Life”. Pater lubił zagadki. „Sierżant Pieprz” – legendarna płyta chłopaków z Liverpoolu, z których o dwóch mówi się już w czasie przeszłym, kończyła narastająca kakofonia orkiestry i wybrzmiewający przez kilkadziesiąt sekund fortepianowy akord. I po pauzie, gdy wielu zdążyło już wyłączyć płytę, pojawiają się dziwne, zapętlone odgłosy wybijające z nastroju błogiego nastroju. Pater czytał gdzieś, że fani Beatlesów do dziś spierają się, o co w tym zakończeniu chodzi.

Mimo środków przeciwbólowych ból całkiem nie ustąpił. Pater nie miał ochoty słuchać irytującego zakończenia, wyłączył płytę, gdy gasł akord fortepianu. „A Day In The Life”. Myśli z kończącego się dnia tasowały mu się w głowie niczym karty w rękach wytrawnego gracza. Maziarski. Czekański. Wyspa Menstruujących Mężczyzn. Studentka z różą. Sekty. Neopoganizm… Wszystko się miesza. Jeden syf… Rany symboliczne. Kogo Czekański mógł tak zranić? Jak daleko trzeba sięgnąć do przeszłości? Czy ktoś zemścił się po latach? Zginął -nie zginął? Zabił – nie zabił? „Proszę mnie więcej o to nie prosić”. Pater przypominał ślepca, który rozpaczliwie szuka punktu oparcia. Gdzieś ten punkt musi być.

Reakcja łańcuchowa. Ktoś w „Edenie” uruchomił reakcję łańcuchową. Ale kto?

Tego wieczoru nadkomisarz Pater znów nie włączył telewizora i nie obejrzał meczu. Także doktor Marciniec nie widział, jak krytykowany dotychczas, wyśmiewany i otłuszczony Ronaldo strzela dwa gole skośnookiemu bramkarzowi Japonii. W telefonie komórkowym skandynawisty rozległ się dzwonek z piosenki „Toxic” Britney Spears.
 
– Szczęść Boże… – Marciniec usłyszał cichy głos.
 

Dom seniora ?Eden?, 24/06/2006 / 9:15

Rzeźnika z Milanówka w „Edenie” jeszcze nie było. Brunetka w recepcji poinformowała Patera, że dyrektor Libling wyjechał poprzedniego dnia około piątej. Niebawem powinien  być.

-Może tymczasem napije się pan kawy w naszej restauracji – zaproponowała, a Pater pomyślał, że słowa „stołówka” w tym miejscu się nie wypowiada i że Libling jest tu tytułowany  „dyrektorem”, a nie „doktorem”, co eliminować miało ciąg szpitalnych skojarzeń, które mogłyby pojawić się w głowach pensjonariuszy lub, co gorsza, potencjalnych klientów. Pater zdążył jeszcze dostrzec, że na niebieskiej bluzce recepcjonistki wyhaftowane jest żółte słońce oraz napis „Eden”. Zupełnie jak w biurze podróży – pomyślał. Tyle że tu podróżuje się tylko w jedną stronę.

Pater nie znosił głupich złośliwości losu. A plany waliły się już od rana. Chciał być w „Edenie” już koło ósmej. Najpierw nie mógł odpalić corolli. I pewnie stałby jeszcze pod blokiem, gdyby nie pan Zbyszek, sąsiad z parkingu, właściciel forda z wgniecioną blachą i z zawodu taksówkarz. Po pięciu minutach charczenia dobiegającego z rozrusznika toyota wreszcie odpaliła.

-W sumie trochę szkoda – pan Zbyszek wycierał ręce. -Miałbym fajny kurs. Zwykle o  tej godzinie mam Wietnamczyka, który odwozi córkę do szkoły. Jedzie mi potem zapachem smażonego kota w pięciu smakach co najmniej do południa. Można się porzygać. A jeszcze teraz, przy takiej pogodzie!

Najpierw corolla, teraz Libling. Nadkomisarz był ciekaw, czy jego nieobecność należy traktować jak demonstracyjny objaw lekceważenia, czy też rzeźnik z Milanówka przyjeżdża rano o różnych godzinach. Pater uświadomił sobie po raz kolejny, że tak naprawdę nic nie wie. Przede wszystkim nie zna zwyczajów panujących w „Edenie”. Musi nadrobić zaległości i to w tempie prymusa.

Przynajmniej kawę mieli tu dobrą. Pater pił drugie expresso i wsłuchiwał się w strzępy rozmowy, docierającej ze stolika obok. Większość słów zagłuszał szczęk sztućców i talerzy.

-Tato naprawdę nie mogłem. Jeszcze raz cię przepraszam – trzydziestokilkuletni blondyn w garniturze pochylał się przez stół. Po drugiej stronie siedziało jego lustrzane odbicie, tylko dwukrotnie starsze. Siwy mężczyzna nic nie odpowiedział, zaczął głośno mieszać kawę. -Mam nadzieję, że spodoba ci się to, co wybraliśmy z Basią. Tym razem lustrzane odbicie coś powiedziało, ale Pater nie słyszał co. – Ależ tato, jak to nieważne? Też powinieneś zrozumieć naszą sytuację. Posiedzenie rady nadzorczej przeciągnęło się…

Paterowi żal się zrobiło blondyna i jego ojca. Żal było mu człowieka, który musi słuchać takich tłumaczeń. I współczuł człowiekowi, który cały kolejny dzień będzie musiał smażyć się w garniturze, by zapewnić rodzinie życie na odpowiednim poziomie. I którego nikt nie rozumie. Ci, którzy w konkursie radiowym postawili na to, że pogoda dziś się nie zmieni, mogli czuć się zwycięzcami. Może miało być chłodniej o dwa stopnie, ale przy wielodniowych upałach żadna to różnica.

Rozmowę zagłuszył kolejny dźwięk. Pater usłyszał ciche skrzypienie, po czym otworzyło się dwoje skrzydeł drzwi. Nadkomisarz najpierw ujrzał jej plecy. Kobieta odwróciła się i wtedy stało się jasne, dlaczego wchodziła w nietypowy sposób. Na wózku inwalidzkim, który prowadziła przed sobą, spała maleńka postać, sucha jak śliwka. Na pierwszy rzut oka nie sposób powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna. Spod koca w kratkę wystawały nogi w kapciach. Pielęgniarka – pomyślał Pater. Ta sama, którą widział pierwszego dnia. Ta ze snu. Kobieta popatrzyła na Patera bez zbytniej ciekawości i popchnęła wózek w stronę patio. Po chwili wróciła i zamówiła kawę w chwili, gdy nadkomisarz do niej podszedł.

-Nazywam się Pater. Jarosław Pater. Jestem z policji, z komendy wojewódzkiej – z bliska pielęgniarka wyglądała młodziej niż zdawało się Paterowi w pierwszej chwili. Mimo młodego wieku stojąca przed nadkomisarzem brunetka z trudem tuszowała sine kręgi pod oczami.
-Tak. Pamiętam pana – nie przedstawiła się. Uznała pewnie, ze nie musi. Plakietka na niebieskiej bluzce mówiła o niej wszystko. „Joanna Radziewicz. Asystentka”.
-Pozwoli pani, że zadam kilka pytań. Długo pani tu pracuje?

-Za długo – kręgi pod oczami zrobiły się wyraźniejsze. Ale jeszcze trzy miesiące – popatrzyła w stronę patio. – W sumie jestem już tylko ze względu na niego. Jego stan ostatnio bardzo  się pogorszył. Lekarz mówi… Tak czy inaczej sądzę, że za trzy miesiące mnie tu nie będzie.
-A gdzie pani będzie?
-Lech Waleza Airport i dom starości w Kornwalii. Starsze dystyngowane Angielki i dżentelmeni rozmawiający o krykiecie – próbowała się uśmiechnąć. I wielokrotnie wyższe zarobki. Dlaczego się pan uśmiecha?

Paterowi przypomniał się dowcip opowiadany przez Kuleszę. Przychodzi baba do lekarza. A lekarz w Irlandii. Lekarze. Pracownicy służby zdrowia. Albo wyjechali, albo, jak „łowcy skór” w Łodzi, pomagali uśmiercać pacjentów i dostarczać ciała zakładom pogrzebowym, a przy okazji zrobili  niewyobrażalną reklamę lekarstwu o nazwie pavulon. W „Edenie” też ktoś zabawił się w łowcę skóry i oskalpował Maziarkiego. A światowej sławy chirurg zniknął bez śladu.

-Czy pan mnie słyszy? – pielęgniarka zapytała głośniej.
-Przepraszam. Trzy miesiące… Zaskoczyła mnie pani szczerość – oboje milczeli przez chwilę.  -Chiałbym panią zapytać o profesora Czekańskiego. Co pani o nim myśli? I gdzie on teraz może być?
-Profesor wyjechał na krótko, prawda pani Joanno? – jak spod ziemi wyrósł dyrektor Libling. Mimo swojego wieku wciąż jest aktywny zawodowo, tylko podziwiać! Dwie kawy poproszę do mojego gabinetu – odwrócił się w stronę barku. -Tam dokończymy rozmowę.
– Niczego nie będziemy kończyć – pomyślał Pater. Rozmowa dopiero się zaczęła.
 

„Eden”, 24/06/2006 / 10:15

-Personel i nasi klienci zostali poinformowani o tym, że Czekański wyjechał. Jeśli chodzi o Maziarskiego… miał atak serca, a że to znana i ważna osoba, stąd tyle było zamieszania – Libling nie krył irytacji, że musi się tłumaczyć. -Uprzedzę pańskie pytanie. To nie by mój pomysł, nie ratuję w ten sposób swojej reputacji. To ci z ABW. Niech pan mnie nie pyta dlaczego, bo nie wiem…
-Byłbym jednak wdzięczny, gdyby nie wyręczał mnie pan w zadawaniu pytań – Pater ostentacyjnie odsunął od siebie kawę. A teraz po kolei. Potrzebuję nazwiska wszystkich, którzy byli w „Edenie” w ciągu ostatniego miesiąca. Nawet listonosza i hydraulika – przemknęła mu myśl o zatykającej się wannie. -Rozumiem, że prowadzicie tu taką książkę, więc to nie kłopot…
-Kłopot! – Libling wreszcie poczuł się pewniej. Taka książka jest, owszem, ale w posiadaniu ABW. Podobnie jak twardy dysk naszego komputera. Może – popatrzył złośliwie – znów pomogą panu koledzy? Poza tym, jak pan wie, jesteśmy nowoczesnym ośrodkiem. Mamy tu ekskluzywną bazę hotelową dla rodzin i znajomych. Nasi podopieczni, jeśli tylko pozwala na to stan zdrowia, mogą opuszczać też ośrodek. Wystarczy, że złożą oświadczenie, że wyjeżdżają na własną odpowiedzialność i podadzą miejsce pobytu.
-Czy to znaczy, że Czekański często korzystał z takiej możliwości? – Pater poczuł, że dopiero zaczynają się schody. Bardzo strome schody.
-Mniej więcej tydzień przed… przed wypadkiem z Maziarskim przyjechali do niego dwaj z zagranicy. To zabawne było, bo w pierwszej chwili miałem wrażenie, że ci faceci kłócą się. Potem zrozumiałem, że mówią takim jakimś dziwnym gardłowym językiem, może duńskim. Gdy pojawił się Czekański zaczęli rozmawiać po niemiecku. A potem wyjechali.
-Wyjechali?

No tak – Czekański napisał oświadczenie i wyjechali. Profesor wrócił po trzech dniach.
Pater pochylił się przez biurko dyrektora i powiedział bardzo cicho: -Panie Dyrektorze. Liczę, że jest pan człowiekiem obdarzonym znakomitą pamięcią. Na pewno pamięta pan – głos Patera był monotonny i nużący – jak przy pierwszym spotkaniu wręczyłem panu wizytówkę. Byłem dziwnie pewien, że jeszcze się spotkamy, a wie pan dlaczego? Bo dotrzymuję słowa. A teraz proszę, by przypomniał  pan sobie, kto tu był w ciągu ostatniego miesiąca. Wszystkie twarze. Proszę też odtworzyć, jakie miejsce pobytu wpisał Czekański, gdy wyjeżdżał po raz ostatni. Liczę – zawiesił głos – że jest pan także obdarzony pamięcią krótkotrwałą i pamięta pan przebieg naszej wczorajszej rozmowy. Ostatnie zdanie zabrzmiało jak groźba. -Potrzebuje także wszystko o Maziarskim. Kartę jego pobytu, badania lekarskie, wszystko. Ten przynajmniej nigdzie nie wyjeżdżał, prawda?

Pater po raz kolejny przekonał się, że groźba podziałała. Czoło Liblinga pokryły kropelki potu.

-Proszę mi wierzyć, z Maziarskim jest jeszcze gorzej. ABW zabrało wszystko. Dosłownie wszystko. Wyczyścili jego pokój ze wszystkiego. Karty pobytu zabrali, wszystko zabrali! – Libling nie krył już zdenerwowania.
-Idziemy – Pater wstał.
-Ale dokąd?
-Do pokoju Czekańskiego. A potem Maziarskiego.
-Oba są zaplombowane! Co ja powiem w razie czego tym z ABW? – ręce Liblinga drżały.
-Powie pan, że pański sanitariusz, Ryba, znów dostał ataku szału. Czy to nie ryzykowne zatrudniać takiego człowieka w pańskiej krainie łagodności?

Libling nie odpowiedział. Stali pod pokojem Czekańskiego. Pater wprawnym ruchem zerwał taśmę i plombę.
 

„Eden” 24/06/2006 / 11:05

Pater przeżył rozczarowanie. Stał w milczeniu i wpatrywał się w przestrzeń gabinetu, bezkresną w porównaniu do jego skromnych trzydziestu metrów kwadratowych. Wszystkie ściany były zastawione półkami. Na biurku stał monitor komputera. Przy fotelu obitym czerwoną skórą, na niewielkim stoliczku, leżała szachownica. Pater popatrzył na układ figur. Końcówka wieżowa. Białe mają piona przewagi. Secesyjna, bluszczowata lampa obok fotela sprawiła, że Pater poczuł ukłucie zazdrości. Ukłucie takie zdarzało się mu często, gdy przybywał na miejsce zbrodni albo do domu podejrzanego – w hebanach, kolonialnym albo wyrafinowanym minimalistycznym stylu, z wielkim telewizorem plazmowym i wieżą najnowszej generacji. Zazdrość mijała, gdy Pater zaczynał poznawać, jakie nieszczęście lub świństwo stało za tym luksusem i czyim kosztem zostało wzniesione.
Przeszedł do sypialni. Znów regał z książkami, tyle że znacznie mniejszy. Telewizor. Wiedział z doświadczenia, że telewizor jest ważny. Zwykle na telewizorach stawiano zdjęcia bliskich i często zdobyta w ten sposób wiedza pomagała w śledztwie. Wraz z plazmówkami obyczaj ten zanikał. Pater rozglądał się po pokoju. Najwyraźniej profesor Czekański nie należał do ludzi zbyt sentymentalnych. Ani w gabinecie, ani tu nie było śladu zdjęć.

-Wygląda pan na zawiedzionego – uśmiechnął się Libling. Pewnie myślał pan, że zastanie pan szkielet, preparaty w formalinie albo jakąś czaszkę wypreparowaną przez łowców głów? – uśmiech nie schodził mu już teraz z twarzy.
-To jest podwójne łóżko – Pater zignorował uwagę dyrektora. Czy to znaczy, że… że profesor przyjmował tu gości?
-Aż tak nowocześni to nie jesteśmy – Libling zaśmiał się. Trzymamy się zasady, że nasi klienci i goście śpią w osobnych pokojach. Proszę mi wierzyć, że to nie tylko słowa.
Pater popatrzył na książki. W oczy rzucał się chaos, widocznie tu stały tylko te, które Libling lubił podczytywać sobie przed snem. Ritual Surgery Revisited Jamesa Geertza, Mortal Lessons: Notes on the Art of Surgery Richarda Seltzera, Moi wielcy poprzednicy Garriego Kasparowa po rosyjsku i My 60 Memorable Games Bobby’ego Fischera. Obok Śmierć w Lizbonie Roberta Wilsona – z okładki Pater dowiedział się, że to powieść kryminalna. Chaos i porządek. Asceza i podwójne łóżko. Jakim człowiekiem był profesor? Co mówią o nim te ściany zawalone tysiącami książek?

Wrócili do gabinetu. Pater sięgnął pod biurko, chwilę szukał czegoś, w końcu pochylił się .

-Gdzie jest komputer?
-Zabrali ci z ABW. Papiery profesora z szuflad też. U Maziarskiego wszystko wymietli – powiedział Libling. W zasadzie pokój po oskalpowanym mężczyźnie czekał na nowego, jak się tu mówiło, klienta. Pusty regał skojarzył się Paterowi ze szkieletem.
                 
-Będę tu pojutrze – powiedział nadkomisarz, gdy stali przy samochodzie. -Proszę pamiętać o mojej prośbie. Poza tym, nie odpowiedział mi pan jeszcze na jedno pytanie…
-Jakie pytanie, komisarzu? – zdziwił się Libling.
-Dlaczego zatrudnił pan tu Rybę. Nie każdy próbuje utopić własne dziecko w akwarium.
Libling zdjął okulary przeciwsłoneczne. -Trzeba ludziom pomagać, komisarzu. Ryba to świetny sanitariusz, znakomity fachowiec. Raz powinęła mu się noga. Ale to nie powód, by przekreślić go. Życie mu się nie ułożyło. Jest po prostu nieszczęśliwy…

Już drugi raz w ciągu doby, ktoś opowiada mi o ludzkim nieszczęściu. Najpierw ksiądz Plewniak o Czekańskim, teraz Libling o sanitariuszu, którego oficjalnie nazywają tu asystentem.

-Gdzie mogę go znaleźć?
-Od wczoraj jest na urlopie. Przez tydzień. Ale dam panu komórkę i na wszelki wypadek adres. To przynajmniej wiem, więc mogę spełnić pańską prośbę od razu – dyrektor nie krył ironii.

Libling patrzył za odjeżdżającą toyotą. Z trudem łapał powietrze. Słońce robiło swoje. Libling pomyślał, że sam czuje się jak ryba. Ryba wyjęta z wody i bez litości rzucona na stół na chwilę przed śmiertelnym uderzeniem.
 

Gdańsk 25/06/2006 / 18:20

-Wie pan co, nadkomisarzu? Czuję się, jakbym nagle znalazł w środku filmu. Tego, co to Kościół go na Wielkanoc skrytykował. Dowartościowanie tego, co żeńskie… Jak to było? „Kod da Vinci”, tak? – Wieloch wyciągnął z kieszeni chustkę niepierwszej świeżości, strzepnął z niej jakieś pyłki i wytarł twarz. Pater opowiedział aspirantowi o wizycie w „Edenie”, pustym pokoju Maziarskiego, po którym nie został już żaden ślad, komputerze Czekańskiego i domniemanych Duńczykach. A także o ranach symbolicznych i Wyspie Menstruujących Mężczyzn.

Byli na Zaspie. Pater czuł tu się dobrze. Cały czas był u siebie. Blokowiska Przymorza, ze słynnym falowcem, w którym mieszkał, szare bryły na Zaspie i Żabiance niespodziewanie po latach składały się w architektoniczną całość. Gdy jechali ulicą Śląską i mijali czteropiętrowe budynki, które wyglądały pośród monumentalnej płyty jak Dawid przy Goliacie, nadkomisarzowi przypomniało się hasło „Zbudujemy gdański Żoliborz”. Lata cale już temu Muniek śpiewał o tym, jak to zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz rozkwita na drzewach na krzewach. Na Małym Przymorzu nic nie rozkwitło, jak zwykle skończyło się na hasłach, planach i marzeniach. Teraz, podczas upałów, blokowiska parowały wszystkimi porami betonu oddając miastu miazmaty w niewyobrażalnych ilościach. Pater skręcił z Jana Pawła II w jedną z bocznych uliczek. Byli na miejscu.

Poprzedniego popołudnie spędził na odrabianiu zaległości. Pater godzinami surfował po portalach polskich i anglojęzycznych poświeconych piłce nożnej i czytał  komentarze do rozegranych na mundialu meczów. Dużo dobrego pisano o Ghanie, która, w przeciwieństwie do Wybrzeża Kości Słoniowej, drużyny z gwiazdą światowego formatu, Didierem Drogbą, szła przez turniej jak burza. Jednak coś podpowiadało Paterowi, że Ghany nie powinien obstawiać. Grający w zakładach często dają ponieść się emocjom, porywom serca i zwykłej sympatii. Wtedy na ogół przegrywają. W przeciwieństwie do nich Pater kalkulował. Jego kalkulacje były tak zimne, jak ciało Walta Disneya w stanie hibernacji. Ci, którzy ładnie grają, nigdy nie zwyciężą. Pater zastanawiał się, czy w przypadku „Edenu” nie zachował się właśnie jak miękki gracz. Skupił uwagę na profesorze, a tym czasem coś dziwnego działo się wokół oskalpowanego inwalidy, który, ostatecznie, w ogóle nie był inwalidą. Czego szukało ABW? A że czegoś szukało, tego Pater był pewien.

Dziś rano zadzwonił do Wielocha. Czuł, że ten mężczyzna, który niejednego zwiódł  swoją powierzchownością rumianego cherubina, może dziś się przydać. Potem poszedł, jak sam mawiał, wyspowiadać się w „Profesjonale”. Kasjerki z niebieskimi tipsami dziś nie było. Kupony przyjmował szef lokalu.

-Dobrze  pana widzieć – sapał, licząc pieniądze. -Wie pan, my też przywiązujemy się do stałych klientów. To tak jak z nałogiem, rozumie pan? Pater nie rozumiał i nie chciał rozumieć. -Tak jak z papierosami. Jak nie ma was, zaczynam kręcić się tu niespokojnie – raz jeszcze odliczył pieniądze. Więc cieszę się. A Ghana? Nie zapomniał pan o Ghanie? I co się z panem działo?
-Mam spiętrzenie w firmie. Ghany nie obstawiam.

Windy nie działały. Pater i Wieloch wspięli się na trzecie piętro, oglądając po drodze napisy, wypalone papierosami na ścianach i sufitach. Nadkomisarz całe przedpołudnie próbował dodzwonić się do Ryby. Telefon  asystenta z „Edenu” cały czas milczał. Zdał się na przypadek. Może go zastaną w domu. Pater zadzwonił. Drzwi otworzył szczupły, niewysoki mężczyzna z włosami związanymi w kucyk.

-Czy zastaliśmy Marcina Rybę – nadkomisarz i aspirant wyćwiczonym ruchem wyjęli legitymację.
-On tu nie mieszka – mężczyzna czujnie wpatrywał się w dokumenty Patera.
-A pan? Pan tu mieszka? – Wieloch na wszelki wypadek przyblokował stopą drzwi.
-Mieszkam. To znaczy… nie mieszkam. Na dziewiątym mieszkam tak naprawdę – mężczyzna był coraz bardziej zdenerwowany.
-Tego kutafona nie ma – w drzwiach stanęła kobieta z rękami umazanymi we krwi. W jednej dłoni trzymała nóż. Dopiero po chwili Pater zrozumiał, że na jej rękach zastygły skrawki wątróbki i ślady przygotowywanej kolacji. -I mam, nadzieję, że więcej go nie zobaczę. Krzyk dziecka dobiegł gdzieś z pokoju. -Cicho tam masz być! – krzyknęła. A jeśli go szukacie, idźcie do „Alladyna”. Ma tam platynową kartę stałego klienta – zarechotała. -Dziś będzie po raz dwa tysiące dwudziesty czwarty. Nazywają go „Metyl”. Jak ten z „Pittbulla”. – teraz już śmiech przeszedł w rzężenie.

– Aktor w alkoholowej telenoweli – powiedział Pater, kiedy już zamknęły się drzwi.
-Niezły odjazd, co? – Wieloch kończył loda z pistacjowymi gałkami.
-Ludziom się wszystko miesza – mruknął Pater.
-Wyjaśnię to panu – chrzęst wafla w wielkich szczękach Wielocha był dobrze słyszalny. – To teraz w blokowiskach norma. Ten podstarzały hipis z kucykiem mieszka z Rybą. To znaczy, z kobietą. Jestem pewien, że swoje mieszkanie na dziewiątym piętrze wynajmuje jakimś studentom i z tego oboje żyją. Sam mam takie dwie parki u siebie w bloku. Zresztą – ciągnął aspirant – gdybym był sam, poszukałbym sobie babki po sąsiedztwie. Szczęście jest i kasa jest. 
Pater popatrzył przeciągle na podwładnego. Byli przed osiedlowym barem „Alladyn”. „Alladyn” i „Mandaryn” – skojarzyły się Paterowi orientalne nazwy. Miejsca te miały jednak tyle z sobą wspólnego, co Charlie Haden z piosenkami Shakiry. Czyli nic.
 

Gdańsk, bar „Alladyn”, 25/06/2006 / 19:00

Mimo że drzwi i okna były pootwierane, w środku unosiły się opary alkoholu, frytek na zjełczałym oleju i potu. Paterowi przypomniał się smażony kot w pięciu smakach i nadkomisarz poczuł nagły ucisk w żołądku. Dwóch chłopaków stało pod oknem, obejmując się. Jeden trzymał flaszkę wódki, drugi – dwa piwa. Trzeci robił im zdjęcie telefonem komórkowym. Ten z piwami, w czerwonych spodniach od dresu, wciąż trzymając butelki, wyciągnął palce wskazujące w kierunku obiektywu jak na hip-hopowym teledysku. -Jebać! Jebać szkołę, jebać – zaśpiewał, zagłuszając Natalię Kukulską i rapera Tede w szafie grającej. Trzy lata temu – skojarzyło się Paterowi – trzy lata temu to nagrali. W tym roku gdy rozpadło się jego małżeństwo. -Jebać szkołę jebać – zawtórował drugi  chłopak. Skończył się rok szkolny i małolaty dawały upust swojej nienawiści i wolności w  osiedlowych barach.

Marcina Rybę poznali od razu. Siedział w rogu z dwoma kolegami, wykonując coś, co w języku bokserów nazywa się head movement. Głowa sanitariusza odchylała się raz na lewo, by za chwile niespodziewanie wykonać unik w prawą stronę przed niewidzialnym ciosem.

-Mam nadzieję, że przyjmiecie to z pełnym zrozumieniem, jeśli dosiądziemy się na chwilę. Mamy – Wieloch wyjął legitymację – kilka pytań do Marcina.

Jego kompani przyjęli to z pełnym zrozumieniem. Popatrzyli na siebie i po chwili skład osobowy przy stole zmienił się.

-Nazywam się Pater – nadkomisarz potrząsnął ramieniem Ryby. -Prowadzę dochodzenie w związku z tym, co wydarzyło się w „Edenie”. Pańska żona powiedziała, że tu pana znajdę.
Ryba ocknął się. -Suka. Zwyczajna dziwka – mówił tak, jakby miał szczękościsk.
-Pańska przeszłość mnie nie interesuje – ciągnął Pater. Wiem o żonie. I… o akwarium. Ale powiem panu, że zdarzają się gorsze historie – ciągnął. Gość pracuje na budowie. Libia czy coś takiego. I kontrakt kończy mu się tydzień wcześniej. Postanowił zrobić niespodziankę żonie, wraca, a tu ona robi mu niespodziankę, rozumie pan, co mam na myśli – Ryba drgnął niczym ukłuty igłą.
-No ciekawe – Wieloch nie mógł się powstrzymać. -Nie znam tego.
-No i mąż, jak gdyby nigdy nic, mówi do kochanka: skoro już tak się zdarzyło, trudno, napijmy się wódki, tak na zgodę. Dam ci kasę, to było jeszcze w setkach tysięcy starych złotych, idź na piąte i kup flaszkę. Powiedz tylko, to takie hasło na mecie, „nie widziały gały co brały”. Facet poszedł i kupił. Wypił i stracił wzrok.
-Alkohol metylowy, tak? – Wieloch pokręcił z podziwem głową. -Nie widziały gały, co brały…
-I nic już więcej nie zobaczyły. Prokurator chciał potem dowieść, że faceta oślepiono z premedytacją, ale wszystko wskazywało na to, że trafił na felerną butelkę – nadkomisarz zobaczył napis nad barem. „Ten kapuje, kto nie pije”. To  nie koniec – Pater patrzył na napuchniętą twarz Ryby. -Ten gość, mąż, przybił do ościeżnicy banknot o takim nominale, jaki dał gachowi na wódkę. I gdy przychodzili znajomi mówił: „Moja żona za taką sumę się puszcza. Chcesz ją?”. Mówił tak każdemu. A kobieta skończyła w psychiatryku. A tak przy okazji – potrząsnął Rybą – jak ty możesz pracować w „Edenie” i tak chlać?
-Piję, gdy nie pracuję. Poza tym jestem profesjonalistą – Ryba znów wykonał head movement.
-No to powiedz mi coś o Czekańskim – Pater ściszył głos i usłyszał stukot monet z automatu King House of Poker. Mszyna wypłaciła komuś premię.
-Czekański to skurwiel – sanitariusz chwiał się jak bokser na linach w piętnastej rundzie. – Potrafił powiedzieć, że jedzenie mu nie smakuje, strącić talerz na podłogę i kazać sprzątać po sobie. I tak trzy razy z rzędu. Ale profesor Libling to akceptował, bo to dziany gość – aby wypowiedzieć tych kilka zdań Ryba potrzebował dobrze ponad minutę, co chwila walcząc ze szczękościskiem. W castingu na prezentera MTV miałby raczej marne szanse – pomyślał o sanitariuszu Pater.
-A Maziarski? Dlaczego zaprzyjaźnił się z Maziarskim?
-Zaprzyjaźnił to złe słowo. Profesor miał go za idiotę. Ciągle wygrywał z nim w szachy. Aż nagle powiedział, że Czekański to ciekawy przeciwnik. Tak powiedział. Zaczął z nim spędzać całe wieczory. Ostatni raz, gdy się widzieliśmy, powiedział coś w stylu: „Każdy gra swoją grę. Ciekawe, który wygra”.
-Kiedy to było?

W tym momencie głowa Ryby znów opadła, a Pater poczuł czyjąś obecność. Nad nim stała młoda dziewczyna.

-Co pan robi w taki miejscu? – zapytała, a Pater przypomniał sobie wytatuowaną różę i plaster antykoncepcyjny na opalonym ramieniu.
-Mógłbym o to samo panią zapytać? – uniósł głowę. -Widziałbym panią raczej w jednym z modnych klubów Trójmiasta.
-Lubię bezpretensjonalne miejsca, takie jak to – Ewelina Kucaj omiotła spojrzeniem stoliki i pomachała chłopakowi w czerwonych spodniach. -Ciekawe czy nadal rozmawia pan o aborcji? – zapytała z nieskrywaną złośliwością.

Ostanie słowo sprawiło, że głowa Ryby odskoczyła, jakby nagle cios podbródkowy od nieznanego przeciwnika dosięgnął celu. Wyprostował się  i popatrzył  na studentkę doktora Marcińca nieprzytomnym spojrzeniem.

-Kurwa, suka…

Gdyby Ryba wypił mniej zapewne dostrzegłby ruch głową wykonany przez nadkomisarza Patera i znaczące spojrzenie posłane Wielochowi. Zamiast tego sanitariusz zobaczył swój palec wskazujący w czyjejś wielkiej dłoni. Zmieniał on powoli kąt w stosunku do pozostałych palców. Kąt rozwarcia przekroczył dziewięćdziesiąt stopni, a Wieloch nie zwalniał uchwytu. Ryba jęknął i zaczął zsuwać się z ławy, na której siedział.

-Co on mu robi? – pistacjowe oczy studentki były wielkie jak kulki lodu, które niedawno zjadł Wieloch. -Niech on przestanie! Nie chcę takiego obrońcy! Sama potrafię sobie dać radę z takim osiedlowym macho! – wrzasnęła.
-Ma pani swoje bezpretensjonalne miejsca – powiedział Pater i spojrzał jej w oczy. Może gdybym był młodszy o piętnaście lat i o piętnaście lat głupszy… – pomyślał.

Kąt rozwarcia powiększył się i Ryba teraz klęczał.

-Tu nie chodzi o panią – powiedział Pater. – To za akwarium. To za akwarium, słyszysz – szepnął Rybie.

Pater wiedział, że nie jest to cała prawda. Ewelina Kucaj patrzyła pistacjowymi oczami i nic nie rozumiała.