Bloody Blog

Na tej stronie opublikowaliśmy całość powieści, w typowym układzie książkowym, tak abyście mogli ją przeczytać w sposób zgodny z rozwojem akcji. 

Początek

Najpierw pomyślał, że będą kłopoty. Duże kłopoty. Głos młodego policjanta, który wzywał go na miejsce zabójstwa nie wróżył nic dobrego. Potem, już w Parku Skaryszewskim, poczuł krople potu na plecach, chociaż o piątej rano było jeszcze zimno. Nawet po dziesięciu latach pracy w wydziale zabójstw nadinspektor Szulc reagował na widok ofiary tak samo jak w pierwszym dniu pracy.

Po godzinie wiedział już, że się pomylił. Kłopoty będą o wiele większe niż przypuszczał. Ekipa śledcza pracowała w skupieniu, ale Szulc wiedział, że nic tu nie znajdą. Tak jak nie znaleźli dwa tygodnie temu, gdy w innym parku odcinano z drzewa powieszonego mężczyznę. I tak jak tu jedynym śladem pozostawionym przez mordercę była kartka przyczepiona do zwłok. „Obcym wstęp wzbroniony”. Napisana standardową komputerową czcionką.

Szulc miał więc dwa trupy w ciągu dwóch tygodni.

Był czwartek 15 czerwca 2006 roku. Boże Ciało. Cała Polska uciekała na kolejny w tym sezonie wydłużony weekend. 

1.
Rodziny pakujące walizki do aut typu kombi, robiły to tak pośpiesznie jakby uciekały przed zbliżającą się procesją. Szulc nigdy nie lubił procesji, wzbudzały w nim agresje. Zawsze gdy oglądał grupę ludzi idących w jednym kierunku, szukał drugiej idącej w przeciwnym, z jajkami, kamieniami lub policyjnymi pałkami. Manifestacja, demonstracja, procesja, wszystko jedno.

– No to co? Kawka? Pierwsza? Poranna? – aspirant chyba nie potrafił inaczej mówić. Znał tylko zdania pytające. Nawet jak wypisywał mandat to zadawał pytania w stylu: – Nie będziemy więcej pić w parku? To co? Wyrzucimy tę puszeczkę? – i tak bez przerwy.

– Chętnie – odparł Szulc, myśląc również o pączku, który z kawą o tej porze smakuje wyśmienicie.- Słuchajcie Hal, czy przypadkiem nie mielibyście ochoty trochę tu później powęszyć, popytać. Może ktoś coś widział.

– A nie może tego zrobić dzielnicowy?

– A gdzie on? – niedokończył, bo nagle zdał sobie sprawę, że dzielnicowy jest zajęty czymś zupełnie innym.

2.
– Sierżancie, przecież dzielnicowy cały dzień walczy z młokosami, którzy z procesji robią sobie kolejną ?kolorową manifę? – powiedział Hal, ze zdumieniem w głosie.

– No to ty się tym zajmij – odburknął Szulc i skierował się w miejsce gdzie wcześniej wisiał denat.

Na miejscu zbrodni tępym wzrokiem Szulc przyglądał się drzewu, na którym wcześniej wisiał trup i zastanawiał się, dlaczego policjanci tak bardzo lubią kawę i pączki. Przysiadł na pobliskiej ławce i jego oczom ukazało się drzewo, którego widok od razu postawił go na nogi. To było drzewo, na którym wisiał trup. Nie było to zwykłe drzewo, a jedyna w okolicy płacząca wierzba. Konar, na którym wisiał trup miał kształt położonej litery S.

Szulc nie wiedział dlaczego, ale zapisał to w swoim kajecie i ruszył w stronę parkingu, gdyż uznał, że nic więcej tutaj nie znajdzie. Nie mógł jednak zapomnieć o literze S, gdyż ciągle odwarcał się w stronę drzewa.

3.
Na parkingu czekała już na niego prokurator Skalska, najbardziej dociekliwa i nieugięta kobieta, jaką w życiu poznał. Już z daleka widział jej ironiczny uśmieszek i błyszczące, jasnoniebieskie oczy, które – gdyby mogły – zabiłyby go na miejscu. Szulc nie miał dobrych wspomnień z współpracy ze Skalską. Zawsze było jej pełno, zadawała tysiące pytań, żądała wyjaśnień i raportów, wszystko na piśnie, zgodnie z regulaminem, niepoprawna formalistka. Swoim zachowaniem drażniła wszystko i wszystkich, ale w karierze nie przegrała jeszcze nigdy i chyba dlatego przydzielano ją do najtrudniejszych spraw, wydawałoby się nie do udowodnienia, nie do wygrania. A jednak po każdej rozprawie to ona triumfowała.

– Dzień dobry nadinspektorze Szulc – uśmiechnęła się Skalska.

– Jak dla kogo – odburknął chłodno.

Kobieta popatrzyła wymownie na kartki, które trzymał w ręku. Nadinspetor zauważył to i szybko wrzucił je do samochodu, odwrócił się w jej stronę.

– To moje przemyślenia, pani wybaczy – zmarszczył brwi – śpieszę się.

– Domyślam się – odparła Skalska – śpieszymy się oboje.

Szulc zerknął na nią podejrzliwie, nie lubił jej, ale między nimi była jakaś niewidzialna nić porozumienia. Potrafił odgadnąć jej myśli, przewidzieć jaki będzie jej następny ruch, ale ta magia działała w obie strony, bo i ona nigdy nie myliła się co do jego zamysłów.

– Dobra, masz coś dla mnie? – zapytał.

Skalska skierowała się w kierunku drzwi od strony pasażera, chwyciła za klamkę i zapytała niecierpliwie:

– To jak chcesz porozmawiać z tym włóczęgą?

Mamy świadka, ucieszył się Szulc, jego samopoczucie w sekundzie się poprawiło. Z zapałem wskoczył do samochodu, uruchomił silnik i ruszyli ul. W. Wierzynka. W tym czasie pani prokurator przeglądała jego notatki.

– Obcym wstęp wzbroniony – mruknęła pod nosem i spojrzała w okno. – Wolę napis „wstęp wzbroniony”, niż „wejścia nie ma”.

4.
– Słucham? – burknął Szulc.

– Tak właśnie powiedział włóczęga, który czeka na nas na komendzie. Prowadziliśmy go korytarzem i kiedy mijał archiwum, powiedział: Wolę napis „wstęp wzbroniony” niż „wejścia nie ma”. Na drzwiach do archiwum jest kartka z napisem „wejścia nie ma”. Kojarzysz?

– Myślisz, że to może mieć jakieś znaczenie? A jeśli to czysty przypadek?

– No cóż? Dobry policjat łapie każdy trop. Nigdy nie wiadomo jaki szczegół okaże się istotny. Nie możemy niczego pominąć, niczego przeoczyć. A poza tym dobry policjant… 

„No i zaczęło sie!” – pomyślał Szulc. Już na pamięć znał te dywagacje, te błyskotliwe uwagi, te zawsze trafne… Niby zupełnie niewinne, całkiem ogólne komentarze, ale Szulc wiedział, że celem tych krytyk był nie kto inny jak on sam. „Do cholery! Czy ona nie mogłaby się czepiać kogo innego?!” Miał tylko jedno wyjście. Po prostu się „wyłączył”. Przestał słuchać teraz już monolgu pani prokurator. Zawsze wolał działać niż teoretyzować. Może czasem zbyt pochopnie, zbyt spontanicznie, ale liczą się przecież efekty. A tych niejeden Szulcowi zazdrościł. Przecież nie tylko przez łysinę nazywali go „Kodżakiem z nad Wisły”.

– Do dzieła! – przerwał prokurator parkując z piskiem opon samochód przed komendą. – Najlepiej jak go sami o to zapytamy.

5.
– Zwykle nie śpię na ławce, ale wie pan? – mężczyzna nieznacznie podniósł się z krzesła i nachyliwszy nad biurkiem, spojrzał na Szulca zakłopotanym wzrokiem. – Jest lato, niby czemu miałbym siedzieć w tych przytuliskach. Tacy tam wszyscy mili, a jak przyjdzie co do czego to wżenią człowiekowi kosałkę pod żebro. No i nie pozwoliliby trzymać mi Szarego.

Popielata mysz wędrowała zwinnie wśród fałd zjadanego przez mole płaszcza, wiszącego na kościstej sylwetce bezdomnego, który wyglądał przez to jak nędzna karykatura stracha na wróble.

– Tak, tak, to już ustaliliśmy – rzekł Szulc z beznadzieją w głosie. Próbował wyciągnąć coś od tego mężczyzny od dobrych czterdziestu minut, lecz ten, w mniej lub bardziej świadomy sposób, unikał odpowiedzi na pytania Szulca. Kiedy człowiek nie ma pracy, nie musi płacić podatków i wychowywać dzieci – wypada z objęć realnej rzeczywistości, odnajdując sobie nową i pogrążając się w niej bez pamięci. – Więc było tak: wstał pan rano z ławki, zobaczył trupa wiszącego na drzewie, a na nim jakąś kartkę.

Mężczyzna spojrzał na niego ze zdziwieniem, malującym się na twarzy.

– Panie, coś pan, zwariował? Nie było żadnej kartki. Ja nic o kartce nie mówiłem.

Szulc poczuł jak maleńkie włoski na jego karku poczynają unosić się do góry jakby pod działaniem elektryczności statycznej.

– Wstałem, sprawdziłem na mojej cebuli, która godzina, była piąta. Przeciągnąłem się, a tam, patrzę, na mojej wierzbie ktoś wisi. – mówił, wymachując rękoma jak dyrygent w najbardziej emocjonującej części symfonii. – No to podbiegam, łapię za nogi, podnoszę go do góry, bo myślałem, że żyje jeszcze, ale już nie, już kropnął. Przyjrzałem mu się, bo może go znam. Przysięgam na krzyż, że żadnej kartki nie było.

Szulc począł błądzić palcami wśród kosmyków włosów, które ostatnimi siłami okalały jego włosy od skroni po potylicy, zapominając już o czubku głowy.

Musiał natychmiast skontaktować się ze Skalską i powiedzieć jej o wszystkim; może zasadnicza pani prokurator przegryzie swoimi ostrymi ząbkami ten przeklęty węzeł Gordyjski, może, może? Sprawa zaczęła się gmatwać, a on tego nie lubił, on tego nienawidził.

6.
I dlatego nie awansował tak szybko, jak na to zasługiwał – uświadomił sobie po chwili. Koledzy ze zbliżonym stażem od dawna mieli ciepłe, spokojne, biurowe posadki. Kilmatyzacja albo chociaż wiatrak w standardzie, idealna rzecz na taki upał. Żadnych kontaktów z mętami wątpliwego autoramentu, którzy obejrzeli o jedną ekranizację Kinga za dużo i snują się z tresowaną myszą, bo chcą być jazzy, czy jak to tam dziś młodzież mówi.

Dość jałowych dywagacji! Czas na działanie! Na początek zwoła zebranie zespołu i opracuje jakiś plan. Tak jest. Najlepiej tak zakrojony, żeby inni robili za niego. On sobie tylko wyciągnie błyskotliwe wnioski. Aż Skalskiej oko zbieleje. Koniec z chwytaniem się jej spódnicy.

Gdy kwadrans później zlustrował krytycznym spojrzeniem swój tak zwany zespół, jakby zwątpił. Zespół składał się z dwóch osób (młodzi, nie wiedzieć czemu, nie garnęli się tłumnie w szeregi stróżów prawa, czy też, by być precyzyjnym, garnęli się, ale oblewali testy sprawnościowe, opracowane zapewne przez jakiegoś urzędniczynę, który nie był w stanie zrobić pompki). Klepka, zwany powszechnie i trafnie Mułem, był jednym z nielicznych, którzy zdali wspomniane testy sprawnościowe, ale – poza kondycją, młodością i zapałem – nie miał wielu atutów. Miał za to wspaniałe pomysły, rodem z filmów klasy C, które pasjami oglądał, co nazywał „dokształcaniem”.

– A może to ten włóczęga jest mordercą i specjalnie miesza? – podzielił się jednym z nich, z błyskiem nadzei w niewinnym, błękitnym oku – Sam powiesił i denata, i tę kartkę, a teraz struga wariata, żeby utrudnić pracę organom ścigania!
– Twoja hipoteza nie znajduje pokrycia w rzeczywistości – wyjaśnił mu dobrotliwie Boguś Sztyc, pseudo Profesor, współpracownik Szulca, starszy niż nowoczesne egzaminy sprawnościowe i bogatszy od młodszego kolegi w doświadczenie oraz szare komórki.
– A sprawdziliście tę kartkę daktyloskopowo? – Klepka nie rezygnowal łatwo – I pobraliście jego odciski? Może mamy rozwiązanie w zasięgu ręki!
– Kartka jest czysta. Trup też. Facet to zawodowiec. Posprzątał dokładnie. – ostudził zapał Muła Sztyc.
– A może ktoś zrobił po prostu głupi kawał?

Szulca i Profesora zamurowało. Klepka mylnie wziął to za podziw dla swojej koncepcji i podjął: Może ktoś wyczytał w „Fakcie” o poprzednim trupie, szedł sobie, patrzy, a tu trup wisi. To pomyślał, że się podszyje i przywiesi kartkę. Taką samą. Że niby seria. Jak w „Siedem”, czy coś…

– A może byś się kopnął do Zakładu Medycyny Sądowej po wyniki sekcji? – zaproponował Szulc tonem nieznoszącym sprzeciwu. Po chwili Muła już nie było. Przed nikim by się do tego nie przyznał, ale bał się zwierzchnika, choć mógłby (czysto teoretycznie) podnieść Szulca do góry jedną ręką. Nadinspektor popatrzył za nim i rzucił w przestrzeń:
– Kartka to zimny trop. Żadnych śladów. Czcionka i papier standardowe. Potrzebny nam inny punkt zaczepienia.
– Byle nie za wysoko – mruknął Sztyc – Może sam napis? Pogrzebię w aktach, poszukam podobnych spraw, może kiedyś już coś takiego było.
– Dobra. Ty rób kwarendę w poszukiwaniu naszego Grafomana, a ja jeszcze raz przejrzę raport z oględzin. Kto wie, może coś przegapiliśmy? – Szulc sam za bardzo nie wierzył we własne słowa, ale wolał standardowe procedury od bezczynności.

7.
– Nic, nadinspektorze. – głos Skalskiej w słuchawce telefonu już przed kilkoma dniami stracił protekcjonalny i pewny siebie ton. Przy całym poczuciu beznadziei i frustracji wynikłej z niemożności pchnięcia śledztwa naprzód, Szulc czerpał jednak odrobinę satysfakcji z tego, że przynajmniej pani prokurator również nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami.
– My też nic nie mamy – przyznał. – Tak, będziemy szukać dalej. Do widzenia.

Zmęczony panującym od kilku dni marazmem, oparł głowę na dłoni i zaczął kolejny raz machinalnie przeglądać akta sprawy. Wszelkie tropy urwały się, lub raczej zatarły w gąszczu niewiadomych. Włóczęga nie powiedział o niczym więcej poza brakiem kartki przy trupie o piątej rano. Sekcja nie wykazała nic ponad typową śmierć przez powieszenie. Chociaż? Może to było dziwne, że trup nie nosił żadnych śladów wcześniejszych obrażeń, zatrucia, uśpienia itp. Zupełnie jakby dobrowolnie i świadomie dał się powiesić.

Do tej pory nie udało się ustalić tożsamości żadnego z zabitych mężczyzn. Szulc przymknął oczy i w rezygnacji pozwolił sobie odpłynąć ku zarzuconym dawno przyjemnym rozważaniom o kawie i pączkach. Wtem dzwonek telefonu przywołał go brutalnie do rzeczywistości.

– Halo, nadinspektorze! – Boguś Sztyc po raz pierwszy od kilku dni mówił żwawo i z pewnym podnieceniem w głosie – Chyba mamy tożsamość pierwszej ofiary. Jakaś starsza kobieta w Łodzi zgłosiła wczoraj zaginięcie syna. Jeśli zaufać zdjęciu, to to ten sam gość, którego trzy tygodnie temu nasi odcinali z drzewa. Facet co miesiąc przyjeżdżał do niej w odwiedziny. Tym razem się nie zjawił, więc zadzwoniła na policję.
– Bardzo dobrze, Boguś – Szulc uśmiechnął się do siebie, smakując już w myślach moment, w którym podzieli się nowym tropem z prokurator Skalską.
– Jest coś jeszcze – podjął Profesor. – Ta kobieta mówiła, że jej syn należał do jakiegoś klubu, czy kółka, w które był bardzo zaangażowany. Moim zdaniem śmierdzi to jakąś sektą. Ale tylko tyle się dowiedziałem z tego telefonu na łódzką komendę. Myślę, że powinieneś tam pojechać i osobiście z tą kobietą porozmawiać.

8.
Trafili od razu. Długo stali na klatce, oparci o drzwi z domofonem, zastanawiając się, jak zacząć, by nie wrócić z niczym prócz jęku zrozpaczonej matki. Szulc zdecydował, że to on będzie mówił.
Matka ofiary, Mariusza Ungiera, mieszkała na trzecim piętrze. Weszli po schodach. Muł zadzwonił.

Otworzyła kobieta po pięćdziesiątce, z rzadkimi włosami oblepionymi wokół okrągłej twarzy. Podbródek przypominał pudding.

– Panowie to kto?

Czarna chusta, jakby utkana z pajęczej nici, zafalowała na ramionach kobiety.

– Policja- oświadczył Klepka z dumą dziesięciolatka, który dobrze odpowiedział na pytanie nauczycielki.

Szulc wyciągnął legitymację.

– Wiecie już coś na temat Mariuszka?- ożywiła się wyraźnie. W źrenicach zamigotały iskierki nadziei. Przytknęła dłoń do pulchnego wzgórza policzka i pokręciła głową.
– Spodziewamy się, gdzie może być pani syn, ale…- zaczął Szulc. W takich momentach słowa uciekały mu z głowy jak szczury z tonącego statku.- Ale chcielibyśmy zadać pani parę pytań. Moglibyśmy wejść do środka?

Kobieta spojrzała na Klepkę nieufnym wzrokiem.

– Tak, tak oczywiście – odpowiedziała i, odwróciwszy się plecami do Szulca i Muła, ruszyła długim przedpokojem, prowadzącym zapewne do pokoju dziennego. – Samotny człowiek zupełnie dziczeje.

Znaleźli się w pokoju dziennym. Drobinki kurzu tańczyły w powietrzu, skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

– Syn studiował w Warszawie? – zapytał Szulc. Zganił się w myślach za to, że mówi o Ungierze w czasie przeszłym.
– Tak, na Akademii Sztuk Pięknych – odrzekła z dumą. – Wszyscy koledzy się z niego śmiali, że on tak cały czas maluje i… no sami wiecie, panowie. Zapisał się na to karate, żeby im udowodnić, że nie jest taki jak o nim myślą.

Muł poruszył się nieznacznie.

– Nie było go w mieszkaniu, w Warszawie. Sąsiedzi mówią, że nie widzieli go już bardzo długo.- skrzyżował ręce na potężnej klatce piersiowej. – Podobno chodził do jakiegoś klubu? To o to karate pani chodziło?

Szulc spojrzał na niego poirytowany; zadawanie pytań nie było najlepszą stroną Klepki.

– Nie, nie. On sam założył klub razem z innymi studentami. Malują razem. Mariuszek powiedział mi, że znalazł odpowiednich ludzi, takich, którym na czymś zależy.

Szulc pokiwał głową. Muł z trudem powstrzymywał śmiech.

– Moglibyśmy zobaczyć jego pokój?
– Proszę bardzo.

Wskazała im jasne, klonowe drzwi, skrzące się łagodnymi refleksami. Szulc poczuł jak na czoło występują mu krople gęstego potu. Przełknął ślinę. Na drzwiach wisiała przymocowana pinezką biała tabliczka z napisem: „OBCYM WSTĘP WZBRONIONY”.

– Mariuszek śmieje się zawsze z tego napisu. Ale i nie lubi, gdy ktoś wchodzi do jego pokoju. Ja tam nie byłam już chyba od miesiąca. Nie ma w domu Mariuszka, to i nie ma pokoju. Proszę, niech panowie wejdą.

Szulc ruszył szybkim krokiem. Serce tłukło mu w klatce piersiowej jak tłok silnika pracującego na najwyższych obrotach. Chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Ostrożnie zajrzał do środka. Na jednej ze ścian widniała ogromna czerwona litera.

– Ładne… eee… rysunki.
– Tak, Mariuszek mówi, że lubi zrobić coś szalonego i robi. Ale to przecież chyba nic groźnego?
– Nie. Jeszcze się z panią skontaktujemy.

Wychodzili z bloku niezwykle powoli, jakby w obawie przed słońcem.

9.
– Ta policja nigdy nie będzie skuteczna – powiedział Szulc już w samochodzie, a widząc pytające spojrzenie Muła dodał:
– U nas pozabijają się o stołki i będą żyć, od poziomu Komendy Głównej po trzeciorzędny komisariat kto kogo. Ale żeby posłać kogoś rozgarniętego, by zrobił swoją robotę? Na to nie ma co liczyć. Tak czy inaczej mamy dzień w plecy.
– To nie ten?
– Pewnie, że nie. Widziałeś zdjęcia na regale i telewizorze?
– No… widziałem papieża.
– Ten, który informował nas o zaginięciu też chyba tylko papieża zobaczył – poirytowany Szulc bawił się zapalniczką. Byłem pewien, że porównali zdjęcia tego artysty i karateki z naszym pierwszym ciałem.

Szulc jednak się mylił. Dzień nie był całkiem w plecy. Po południu przyszły wyniki sekcji ze Skaryszewskiego. 
 
 
Raport z sekcji miał 5 stron. Szulc przejrzał je pobieżnie, starając się zrozumieć medyczny żargon. Nie wyszło. Nie o tej porze. Podniósł słuchawkę i wybrał numer policyjnej kostnicy. Po dwóch dzwonkach ktoś odebrał.

– Charonkiewicz, z Piekielnej Czeluści – głos był niski i chrapliwy. – Do usług.
– Heniu? Tu Szulc.
– Ah, pan nadinspektor. Spodziewałem się telefonu, nie ukrywam.

Nuta rozbawienia w głosie koronera podrażniła Szulca.

– Ja też nie. Nauczcie się pisać zwięźle i zrozumiale, to nie będzie sprawy. Jednym zdaniem najlepiej. Znalazłeś coś?

W słuchawce zaszeleściły przerzucane kartki.

– Facet jest czysty, żadnych śladów napaści, żadnych ran. Ale? – Szulc spodziewał się, że będzie jakieś „ale”. Miał nadzieję, ze będzie. – W jakie ustnej i we krwi znaleźliśmy ślady salmeterolu.
– Co to za świństwo? – spytał Szulc. – Trucizna?
– Nie. Lek. Rozszerza oskrzela i zapobiega obturacji.

Szulc wolną dłonią potarł czoło.

– Słuchaj, Heniu. Naprawdę mów do mnie po polsku.

W słuchawce dało się słyszeć parsknięcie.

– Wasz wisielec ze Skaryszewskiego był astmatykiem.

Dłoń pocierająca czoło zatrzymała się w pół ruchu.

– I to jest ważne? – zapytał w końcu.
– Jest. Zgon nastąpił o 2 nad ranem. A według badania krwi ostatnią dawkę leku denat przyjął około południa.
– No i? – Szulc uderzył się kilka razy w policzek otwartą dłonią. Pomogło. – Za długo?
– Niby nie. Ale jeśli w międzyczaseie uprawiał sport lub zmęczył się w inny sposób i nie ponowił dawki, mogło sie skończyć w ten właśnie sposób.
– Jaki? Że ktoś go powiesił na wierzbie?
– Nie. Że doszło do zwężenia oskrzeli i zmniejszenia przepływu powietrza. Według nas wasz wisielec sam się udusił, bo nie wziął leku.

Umysł Szulca wskoczył na najwyższe obroty.

– To jest możliwe?
– Zdarza się. Człowiek zapomina o najważniejszych rzeczach. A jeśli dorwał jeszcze jakąś panienkę, to na pewno czym innym się zajmował, nie myśleniem o lekarstwach.
– A dorwał? – Szulc spytał z nadzieją.
– Nic na to nie wskazuje. Ale mógł się umyć, przebrać i jeszcze przejechać całe miasto. Mówiłem, w grę wchodzi niemal pół dnia.
– Dzięki, Heniu.
– Do usług, inspektorze.

Szulc juz wkładał płaszcz, gdy do pokoju jak burza wpadł Klepka.

– Szefie! – Muł dłuższą chwilę łapał oddech. – Znaleźliśmy trzeciego?

10.
– Gdzie?

Klepka zawahał się.

– Wisi na Moście Augustowskim. Jak upiorne bungee.

Szulc zmełł w ustach przekleństwo.

– A gdzie Profesor?
– Właśnie tam jedzie.
– Zawróć go. Ma tu być za 5 minut. – Szulc już układał w głowie plan na następne godziny. – Cholera jasna! Powiedz Bogusiowi, że ma zebrać wszystko co wiemy o całej trójce. Wszystko! Pomożesz mu. Walnijcie to na ścianę w biurze. Po amerykańsku. Cokolwiek ich łączy, numer buta, pasta do zębów, cokolwiek, macie to znaleźć. Jak nie dacie sobie z czymś rady, to wiesz po kogo dzwonić.

Klepka, który już wybierał numer Profesora, podniósł niepewnie głowę.

– Jesteś pewien, Szefie?
– Tak, kurwa, jestem! Nikt się na tym nie zna tak jak ona. I nie obchodzi mnie, że jest na emeryturze. Nie pozwolę, żeby mi ktoś mordował ludzi w moim mieście.

Trzasnęły zamykane drzwi.

Most Augustowski był zabytkiem pierwszej klasy. Cudem architektury renesansowej. Cudem było, że wojnę przetrwał niemal nietknięty.

Dla Szulca było to miejsce szczególne. W młodości często tam chodził. Z Nią. „Gorszego miejsca nie mogłeś wybrać, kolego” – pomyślał, gdy zatrzymywał samochód na parkingu w pobliżu Mostu. Augustowski był otwarty tylko dla pieszych.

Szulc odebrał od jednego z policjantów wstępny raport. Wsadził go pod pachę i wszedł pod dach. Uczucie było niezwykłe, jakby nagle znalazł się w długiej na 200 metrów, wznoszącej się łagodnie nawie katedry. Nie należał do ludzi religijnych. W każdym razie już nie. Ale potrafił docenić piękno budowli. A zniszczone przez wiatr i czas rzeźby spoglądały na niego pustym wzrokiem, gdy wspinał się powoli po łuku.

Policjant stojący na szczycie przywitał go niedbałym salutem.

– Ciężki dzień, co, Inspektorze? – powiedział, wskazując na gruby sznur przywiązany do jednego z filarów.

Szulc podszedł do masywnej kamiennej poręczy i spojrzał w dół.

– Ja nie miewam lekkich dni, Czubała.

11.
– To samo co zwykle.

Kieliszek stuknął o marmurowy kontuar. Wściekły pies szczerzył do Szulca swe malinowe zęby i wybałuszał przezroczyste, nabiegłe krwią oczy. Nadinspektor objął kieliszek wargami i duszkiem połknął wrogą zawartość – tak jak to czynił z tymi, którzy próbowali z nim zadzierać: prosto i szybko, jednym gwałtownym ruchem.

Telefon komórkowy, spoczywający w kieszeni spodni, odezwał się krótkimi, rwanymi wibracjami.

Nie wygląda to na żarty,
Wnet pojawi się i czwarty.
A że z Szulca wielki głupek;
będzie piąty, szósty trupek.

Szulc uśmiechnął się niepewnie i pokręcił głową. Ona i te jej wierszyki!

Na początku nie wierzył, że coś z tego będzie; spodziewał się szklanej kuli, kart tarota i wróżenia z ręki. Okazało się, że wystarczy zwykły pokój, nawet z brudnymi oknami, biurkiem udekorowanym stertą papierów i wszechobecną wonią rozkładającego się potu. Pamiętał jak razem z Profesorem siedział z otwartymi ustami, wpatrując się w jej półprzymknięte oczy i wargi, poruszające się niczym u spragnionego człowieka. Czasem wystarczyło dziesięć minut i wskazywała następną ofiarę, a czasem mijały tygodnie, nie przynosząc żadnych wskazówek.

Telefon znów zawibrował. Szulc odebrał wiadomość.

Dzwoniła do mnie ta kupa mięśni.
Podobno Szulc dziś za mną tęskni.

Gdy przechodziła korytarzem, ludzie milkli i zatrzymywali się, jakby Bóg wcisnął pauzę na pilocie i świat znieruchomiał. Później pojawiły się rymowanki i wszyscy dostrzegli, że jest normalnym człowiekiem; oswoili się z jej odmiennością i traktowali jak patologa czy policjanta z drogówki. Ot, zwyczajna profesja.

To ostatnia sprawa przesądziła o tym, że odeszła na emeryturę. Wskazała nie to miejsce i oskarżała się potem, że to przez nią zginęła niewinna osoba. Od tej chwili śledztwa ciągnęły się jak brazylijskie seriale, a Szulc obwiniał o to jakąś wewnętrzną blokadę, która pojawiła się, gdy przestała z nimi współpracować.

Szulc spojrzał na zegarek. 18:40. Wyświetlacz rozjarzył się zielonkawym światłem i zabrzęczał jak komar.

Nie wiem, czy mam coś robić dalej.
Ty, w gardziołek znów sobie nalej.

Nadinspektor obrócił się na barowym krześle i spojrzał na ulicę. Poczuł się dziwnie nieswojo, zupełnie jakby ktoś go obserwował. Zapłacił barmanowi, wyszedł na zewnątrz i natychmiast pojechał na komendę.

Kiedy dotarł na miejsce, Muł stał już przed drzwiami, przestępując z nogi na nogę. Policzki krzyczały purpurą.

– Szefie, byłem u niej w domu, bo nie mogłem się dodzwonić – wydyszał. – Mieszkanie całe splądrowane. Na podłodze krew. Ekipa już tam jest.

Szulcowi przypomniały się esemesy i godzina, którą zobaczył na wyświetlaczu.

– O której tam pojechałeś?
– Gdzie?
– Cholera! Do mieszkania!
– Nie wiem. Była szósta. Może dziesięć po.

Szulc poczuł jak po plecach spływają mu strumyczki potu. Przecież ostatniego esemesa dostał za dwadzieścia siódma.

Telefon znów zawibrował. Szulc odebrał wiadomość i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w wyświetlacz, na którym czarne litery układały się w następujące słowa: „OBCYM WSTĘP WZBRONIONY”.

12.
Ciemność. Wszędzie dookoła.

Podniosła się na klęczki. Chyba, bo w atramentowej czerni nie wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół. Zmysł równowagi zawiódł i upadła na plecy. Uderzenie wybiło powietrze z płuc. Leżała tak, próbując zebrać siły. Dłonie przesuwające się po podłodze wyczuwały zarys olbrzymich kamiennych płyt. Obróciła się na brzuch i tym razem wstawała o wiele wolniej. Pomogło. Kręciło jej się w głowie, ale nie upadła. Odkaszlnęła i aksamitna ciemność natychmiast pochłonęła dźwięk Nie była przerażona. Dudnienie krwi w głowie tłumiło wszelkie uczucia. Trzeba iść.

Powoli, pełznąc na czworaka, ruszyła przed siebie. Nie uszła daleko, gdy dłonie natrafiły na ścianę. Podobne bloki jak podłoga – chropawe, wilgotne, zimne. Dłoń przesuwająca się po ścianie natrafiła na przeszkodę. Róg tego… czegoś. Pokoju? Teraz w przeciwną stronę. Na kolejny styk ścian natrafiła szybciej, niż chciała. Niecałe trzy kroki. Akurat tyle, żeby się wyciągnąć.

Coraz szybciej badała kamienną ścianę. Kolejny róg. Kolejne kamienie, układające się w labirynt szpar i szczelin… Zmiana faktury. Drewno. To musiały być drzwi, solidne, okute żelazem. Nie mogła znaleźć żadnej klamki, żadnej zasuwki…

Wąski strumień światła pojawił się przy podłodze nagle, rażąc oczy. Zgrzyt metalu przeciął martwą ciszę, niczym grzmot dzwonu. Drzwi zaczęły się uchylać. Chciała uciec, ale nie miała dokąd. Skuliła się w rogu pokoju, jak najdalej od światła i hałasu.

W wąskim prostokącie jasności pojawiła się postać. Oczy przyzwyczajone do czerni nie potrafiły rozróżnić szczegółów.

– Obudziłaś się. – To był szept. Zimny szept wśród zimnych kamieni, a mimo to otaczał ją ze wszystkich stron. – Nie wstawałaś tak długo. – Dziwnie przeciągał sylaby, jakby miał trudności z mówieniem. – Martwiłem się… – wyszeptane słowa napawały grozą.

Wspomnienia spadły nagle.

***

Szulc pokazał telefon Klepce.

– O żesz… Czyj to numer?
– Nie mam pojęcia – Szulc pokręcił głową. – Myślałem, że jej, ale ona przecież nigdy nie miała zaufania do wyższej techniki.

Szulc wybrał numer nadawcy wiadomości.

Wybrany numer jest poza zasięgiem sieci.

– No to Grafoman się nami bawi – mruknął Klepka. – Sprawdzimy czyj to numer, ale głowę daję, że jest na kartę.

Szulc potarł czoło w zamyśleniu.

– To nie może być Grafoman.
– Co?
– To nie on.
– Jak to nie on?
– Po prostu. To nie w jego… stylu. Krew, porwanie, kontakt z nami. Wcześniej nikogo nie zranił. Dusił, ale nie było ran. Nie zostawiał żadnych śladów, a tam gdzie leje się krew zawsze coś się znajdzie – odcisk palca, buta. Klepka, cholera, myśl logicznie.
– Staram się, szefie – Muł zrobił skruszoną minę.
– Grafoman chce, żeby go docenić. I po to się tak męczył ze Skaryszewskim i Augustowskim, żeby teraz to wszystko zniweczyć? I to kiedy? Po paru godzinach od trupa na moście?

Klepka nie był przekonany.

– No ale te wiadomości… Skąd by ktoś wiedział o „Obcym wstęp wzbroniony”?
– Ty wiesz, ja wiem, połowa komendy wie. Od pierwszego wisielca mija kilka tygodni. Wystarczająco dużo, żeby sporo ludzi coś tam usłyszało. I ktoś wykorzystał okazję, żeby załatwić swoje sprawy. Boże litościwy, Klepka. Nasza policja to nie amerykański film!
– Ale czemu Pytia?
– Ponad 30 lat pracy. Ilu ludzi w tym czasie posłała za kratki? Ilu z nich chciałoby się odegrać?

„Zbyt wielu”, pomyślał Szulc. Odetchnął głęboko. Dwa razy.

– Jedź do archiwum i przejrzyj wszystkie akta spraw z jej udziałem. Szczególnie z lat ’80. Skazani wtedy mogą już być na wolności. Sprawdź ilu jeszcze żyje, gdzie są i co robią. Wyślij patrole, żeby ich sprawdzili. Od teraz nadzorujesz sprawę Porywacza.

Klapka zapisał polecenia.

– A pan, szefie?

Szulc wskazał biegnącego korytarzem Profesora. Wymachiwał plikiem kartek.

– Wysłucham najnowszych wieści.

„A potem się w końcu prześpię.”

13.
– No, to mamy przesrane – wydyszał Profesor, w ostatniej chwili unikając czołowego zderzenia ze zmierzającym w jego kierunku Szulcem. Odpowiedzią było pytające spojrzenie.
– Gówno wypłynęło – Sztyc pozostawał w obrębie określonego pola semantycznego.

Podał Szulcowi plik kartek, którego dotykał, jakby to była brudna bomba. A był to najnowszy „Bulwar” (TYLKO 89 groszy!), dziennik, który w ostatnich miesiącach szturmem wziął polski rynek prasowy. A to dlatego, że dawał ludziom to, czego chcieli. Pot, krew i łzy. Tym razem to drugie, w ogromnych ilościach. Pierwszą stronę zdobił ociekający posoką tytuł „Kto zaciska pętle w stolicy?”. Dopisek, nieco mniejszą czcionką, zawierał nie mniej dramatyczne pytanie: „Czy reszta kraju jest bezpieczna?”

– Skąd, do ciężkiej cholery, ten chwast ma nasze zdjęcia? – zapytał Szulc. Miał na myśli autora artykułu, Ryszarda Szczypiorka, jednego z najlepszych dziennikarzy śledczych w kraju. Szczypiorek zdawał się przeczyć starej prawdzie, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Szulc go nie lubił. Irytował go jego idiotyczny image (kozia bródka, przywodząca na myśl natkę i, o zgrozo, zielone włosy), zmanierowany styl pisania i dociekliwość, wszechobecność, bezwzględność.
– Komendant mnie powiesi za jaja – skonstatował ponuro.
– Co za zbieg okoliczności, że akurat o nim pomyślałeś – parsknął Boguś. – Chce cię widzieć. Natychmiast.

***

Komendant milczał, jednak pulsująca żyła na jego skroni była wymowniejsza od słów.

– Pan mnie wzywał? – spytał Szulc z głupia frant.
– Ojczyzna pana wzywa, nadinspektorze. A pan szabli nie chwytasz, na koń nie siadasz? LARUM GRAJĄ! – wydarł się z nagła, ciskając w Szulca szpaltą gazety.

Ten nawet jej nie podniósł.

– Widziałem. Tani chwyt.

Komendant aż się zatchnął. Po jakiejś minucie dopiero opanował się na tyle, by się odezwać:

– Tanie? Wiesz, co ja tu mam od rana? Urwanie głowy, pretensje, wyrzuty. Dzwoniło MSW, premier ma się tym osobiście zainteresować. Może raczysz mi wyjaśnić, jakim pierdolonym cudem mniemanym tajne operacyjne zdjęcia policji ogląda dziś cała Polska?
– Powiem, jak tylko się dowiem – Szulc nie tracił zimnej krwi.
– Swoje zagrywki zachowaj sobie dla prasy. Ja chcę konkretów i to natychmiast.

Szulc wziął to do siebie i skierował się do wyjścia.

– Albo dorwiesz tego amatora sznurków, albo powieszę cię za jaja! – pożegnał go krzyk komendanta. 

14.
„To może od razu mnie powiesisz?”, pomyślał Szulc i zrezygnowany wyszedł z gabinetu szefa. Powłóczył nogami w stronę swojego ciasnego biura. Zabrał rzeczy i wyszedł z budynku. Postanowił się przespacerować, choć pogoda nie była zbyt sprzyjająca na piesze wędrówki.

Skręcił w ulice Cynamonową, nawiasem mówiąc – najbardziej nietypową ulice w całym mieście. Zawsze czysta i zadbana. Niezbyt długa, sprawiająca wrażenia bardzo kameralnej. Zupełnie odmienna od reszty miasta. Przez całą jej długość ciągnęły się niewielkie kawiarenki oraz sklepy z różnymi niezwykłościami, jak kadzidełka, świeczki, dalekowschodnie figurki, tkaniny, dywany itp. Wszędzie mnóstwo kwiatów, kolorowo i przyjemnie.

W powietrzu czuć było zapach kawy i cynamonu. Wchodząc na tę uliczkę, wchodziło się jakby do innego świata. Można było oderwać się od codzienności i zapomnieć o problemach.

Szulc często tu bywał, kiedy tylko miał chwilę wolnego czasu. Najpierw długo przyglądał się wystawom sklepowym, a potem wstępował do ?Café au lait? – niewielkiej kawiarenki, serwującej najlepszą kawę z mlekiem na świecie.

Właścicielką lokalu była 66-letnia Sophie Pavot-Strawska, Francuzka. Przyjechała do Polski wraz z mężem, zaraz po roku 1989. Przywieźli ze sobą spory majątek i założyli tę właśnie kawiarenkę. Sophie włożyła w inwestycję całe swoje serce i duszę, co sprawiło, że miejsce stało się magiczne i przyciągnęło licznych klientów. Każdy był tu traktowany, jak przyjaciel, nikt nie był anonimowy. Do Sophie przychodzili ludzie na kawę, zwierzyć się, wyżalić, wypłakać. Wszystkich traktowała czule, z szacunkiem. Dla każdego miała czas i dobre słowo. Ludzie odpoczywali psychicznie w tych czarodziejskich czterech ścianach, a przy okazji raczyli swoje podniebienia wyborną kawą.

Jedenaście lat temu spotkała ją straszna tragedia. Mąż, córka i zięć zginęli w wypadku samochodowym. Sophie bardzo cierpiała, ale musiała zająć się swoją wnuczką, 7-letnią Marcelinką, i tylko świadomość, że mała jej potrzebuję, pomogła przetrwać ciężkie chwile. Wtedy też poznała Szulca, który zajmował się sprawą nieszczęśliwego wypadku. Od razu połączyła ich bardzo specyficzna relacja. Szulcowi umarła w tym czasie matka, Sophie straciła córkę. Los złączył ich drogi i od tamtego czasu stali się taką quasi-rodziną.

– Witaj mój drogi – przywitał go miękki głos Sophie.

Szulc próbował się uśmiechnąć. Podszedł do stolika, przy którym siedziała, pocałował ją w policzek i usiadł obok.

– Widzę, że masz nie najlepszy humor – stwierdziła i dodała po chwili – plus que jamais.
– Ta? – wybełkotał – ale nie chcę o tym mówić.
– To nic – uśmiechnęła się. – Pomilczymy razem. Marcelina, przynieś nam kawy i dwie babeczki.

Po chwili piękna, szczuplutka brunetka o szmaragdowych oczach przyniosła im dwa kubki wybornej, cynamonowej, intensywnej i cudownie spienionej kawy z mlekiem.

15.
Młodszy aspirant Hubert Klepka był w bardzo złym nastroju. Nie tak miało być. Gdy kończył szkołę policyjną w Katowicach, widział siebie w roli polskiego Harry’ego Callahana. Ewentualnie Mariona „Cobry” Cobrettiego. Kupił nawet na bazarze wielkie czarne okulary, ale Szulc uznał, że wygląda jak mroczna wersja Pana Tik-Taka i dał Klepce wybór. Albo pozbędzie się okularów, albo nigdy nie skonsumuje swojego związku z Komendą Główną. Okulary zniknęły, Klepce pozostało tylko memłanie zapałek.

A teraz siedział w piwnicy Archiwum KG i przerzucał papierki. Filmowi bohaterowie tak nigdy nie robią. Oni podążają za Instynktem. Łamią reguły, ale zawsze w ostateczności osiągają cel. A Klepka przerzucał papierki.

Nie zdziwił się, gdy zobaczył górę dokumentów spraw, w których brała udział Pytia. Dr Jolanta Zielińska, poprawił się. Pytią nazywała ją cała branża, z racji niemal nadprzyrodzonych umiejętności analizy psychologicznej. Klepka nie spotkał jej osobiście, ale słyszał legendy. I teraz przeglądał akta tych legend dotyczące. Dzięki jej pomocy zamknięto w PRL-u kilku szajbusów, od których Hannibal Lecter mógłby pobierać nauki. Społeczeństwo o tym nie wiedziało, ale z drugiej strony w tamtym czasie nie wiedziało o wielu rzeczach.

Z akt wynikało niewiele. Dopóki była kara śmierci, skazani w większości lądowali na stryczku. Dwóch odsiadywało dożywocie w lochach pod Wronkami, o których mało kto jeszcze pamiętał. Podobnie jak o samych więźniach. Pięciu było na prochach w zakładach psychiatrycznych i pewnie już zapomnieli, skąd się tam wzięli. Kilku w ramach „braterskiego porozumienia” wywieziono na Wschód. I tyle. Albo już zgnili, albo jeszcze gniją. Żaden nie mógł jej porwać.

Ostatnie dokumenty miały datę 15 lipca 1991 roku. Sprzed równo piętnastu lat. Klepka otworzył teczkę.

– O żesz…

16.
Kawa była dobra, ale nie była magicznym napojem, zdolnym rozwiązać wszystkie kłopoty, co Szulc skonstatował z rozczarowaniem, gdy tylko ponownie zapuścił się w labirynt uliczek. Wiedział, podskórnie, intuicyjnie, choć twierdził, że nie wierzy w taką metafizykę, że to nie Grafoman porwał Jolkę. Szczerze mówiąc, gdyby wierzył jeszcze w jakiegoś boga po tylu latach pracy w wydziale zabójstw, pomodliłby się do niego w intencji prawdziwości tego przeczucia. Bo wiedział też, że jeśli się myli, ona jest już martwa, a ciało znajdzie się samo. Zostanie wyeksponowane. Wolał skupić się na tym, co nie pasowało. Nie został zachowany odstęp czasowy – dotąd ściśle przestrzegany. Ofiara została porwana bardzo nieestetycznie. Sprawca nabrudził. Grafoman nie miał takiego zwyczaju. Przewidywał i z góry eliminował wszelkie komplikacje. Komunikował się tylko za pomocą tych makabrycznych karteczek. Właściwie zgadzało się tylko to nieszczęsne „Obcym wstęp wzbroniony”, ale skoro zdjęcia „wyciekły” z Komendy, to czemu nie to?

Wystukał sms-a do Profesora – dwa słowa, pozornie niepowiązane. SMSy/szczypiorek. Wiedział, że zostanie zrozumiany.

***

Był wściekły na intruza. Było to pewne urozmaicenie. Dotychczas irytowała go wyłącznie opieszałość policjantów. Był przekonany, że po interwencji tego gryzipiórka coś się w końcu ruszy. I ruszyło się, nawet wcześniej, tyle że w niepożądanym kierunku. Ktoś chciał sobie przywłaszczyć jego Dzieło. Podszywał się. I bezcześcił je. Musiał ponieść karę. Konieczność zlokalizowania zuchwalca mogła zaburzyć czas realizacji Dzieła. Jednak po raz pierwszy od dawna nie to było najważniejsze. OBCYM WSTĘP WZBRONIONY – ta reguła była bezwyjątkowa.

***

Pod Komendą Klepka prawie staranował Szulca. W rozpaczliwej próbie hamowania rozsypał akta z trzymanej teczki.

– Znalazłem – wydyszał – To znaczy chyba… – uzupełnił, zauważając zwątpienie przełożonego i podając mu kluczową stronę. Szulc szybko przeleciał po niej wzrokiem.
– Więcej Ameryk nie odkryłeś? – zapytał sarkastycznie. – Przecież to była jej ostatnia sprawa. Nie mogła sobie darować, że nie uratowała tej dziewczyny. Ale uratowała następną. A facet nie wyjdzie z zakładu zamkniętego do końca swoich dni.
– No więc właśnie wyszedł. Jakieś trzy miesiące temu. Okresowe badania wykazały podobno bezcelowość dalszego stosowania środka zapobiegawczego. Zostawili mu tylko dozór. Podobno już nie jest niebezpieczny. Adwokaci załatwili to po cichu. 

Klepka powinien chyba tryumfować, ale jakoś wcale się nie cieszył.

17.
– Szukają cię.

Stał w drzwiach, tak jak wcześniej, pod światło. Szept odbijał się od kamiennych ścian. Skądś znała ten głos, taki cichy, przeciągany.

– Z pewnością już przejrzeli dawne akta. Łączą nitki.

Próbowała sobie przypomnieć ze wszystkich sił. To było coś ważnego. Wiedziała to. Ale nie potrafiła.

– I może cię znajdą. Może zdążą.

Przekrzywił głowę. Nie mogła widzieć oczu, ale była pewna, że na nią patrzy.

– Nie zmieniłaś się przez tyle lat.
– To komplement? – zamiast głosu z jej krtani dobył się tylko skrzek. Skrzywiła się.

Mężczyzną wstrząsnął zduszony kaszel. Dopiero po chwili zrozumiała, że on się śmieje. Cicho i chrapliwie.

– Ani trochę się nie zmieniłaś.

Odwrócił się.

– Zbieraj siły. Jeszcze nie skończyliśmy.

Drzwi zamknęły się ze zgrzytem, odcinając światło i nadzieję.

*

– To co jest z tym gościem od Zielińskiej? – spytał Szulc, gdy wrócili do biura.
– Niby nic. – Klepka opadł na fotel. – Dzielnicowy sprawdza go w każdy piątek. Podpisuje papiery i tyle. Mieszka w wynajętym lokalu na Zarzeczu.

Szulc uniósł brew.

– No to faktycznie niezły z niego szajbus.
– 15 lat na prochach, Szefie. Pewnie już mu wszystko jedno.
– Coście znaleźli? – spytał Profesor, stając w drzwiach.

Szulc rzucił w niego teczką znalezioną przez Klepkę.

– Młody ma podejrzanego. Wariata wsadzonego przez Pytię w ’91.

Profesor przerzucał papiery w milczeniu. Po chwili wyjął z nich dużą fotografię.

– To ten?

Klepka pokiwał głową z entuzjazmem.

– Tak jest, panie Bogusławie. Nawet wygląda na takiego, co zbrodnie ma we krwi.

Sztyc pokiwał powoli głową.

– No to, panowie śledczy, chyba mamy poważny problem – stwierdził w końcu.

Szulc i Klepka popatrzyli po sobie, zdziwieni.

– Bo widzicie… – Profesor podszedł do ściany ze schematem i przyłożył fotografię do jednego z przyklejonych tam zdjęć. – Przed kilkoma godzinami wasz podejrzany zawisnął na pewnym starym Moście.

18.
Uważają mnie za hienę, istotę żerującą na najniższych instynktach, kogoś kto gotów jest sprzedać własną matkę, zdradzić przyjaciół, kłamać i posunąć się do najgorszych czynów. Nie obchodzi mnie to. Mogą sobie mówić i myśleć co chcą. Dla mnie liczy się tylko to by dobrze wykonywać swoją pracę. Jestem dziennikarzem. Informuję ludzi i robię to dobrze. Nie lubią mojego stylu ale muszą przyznać, że jestem skuteczny. Nie utrudniam pracy policji, tak naprawdę poza odszukiwaniem kolejnych trupów nie zrobili nic. Nie znają nawet tożsamości ofiar. A ja jestem co najmniej dwa kroki przed nimi. Minął tydzień od publikacji pierwszego artykułu nim Szulcowi przyszło do głowy by do mnie zadzwonić.
– Szczypiorek, wiesz że mogę cię aresztować za utrudnianie śledztwa? ? nie zaczął zbyt przyjaźnie.
– Utrudnianie? Zdaje się że policja powinna chronić obywateli. Zginęło trzech mieszkańców i czy zrobiliście cokolwiek by chronić miasto? Ja poinformowałem obywateli o niebezpieczeństwie. A tak poza tym nazywam się Mauer.
– Nie denerwuj mnie Szczypiorek! Skąd miałeś zdjęcia?
– Panie komisarzu, proszę przyjąć do wiadomości że nie jestem waszym wrogiem. Proszę zacząć zadawać właściwe pytania, bo za chwilę skończę tę rozmowę i wkrótce może się okazać, że to prasa a nie policja znalazła mordercę. ? Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
– Dobra, co wiesz?
– Panie komisarzu, wiem że dowiedzieliście się kim był trup na moście. Dam wam spokojnie pracować i nie opublikuję tego. Proszę przyjąć to jako gest dobrej woli z mojej strony.
– Szczypiorek! Nie potrzebuję żadnych gestów dobrej woli z twojej strony jasne? Muszę wiedzieć co wiesz.
– Jak powiedziałem nie opublikuję nazwiska ofiary z Augustowskiego – ciągnąłem spokojnie. Zawiesiłem dramatycznie głos by przygotować go na to co mam mu do powiedzenia: – W piątek natomiast opublikuję nazwisko drugiej ofiary Grafomana. Jeżeli jest pan gotów na współpracę ze mną pozna je pan już dziś. Idzie pan na to?
– Wal się Szczypiorek! – krzyknął i się rozłączył.

***

Szulc spojrzał w okno, zbierało się na burzę. Wszystko wydawało się takie chaotyczne. Trupy, zaginiona Pytia, samobójca. ?Nic nie trzymało się kupy, syneczku?, jakby powiedział jego ojciec. Oni też nie trzymają się niczego, zero śladów, zero pomysłów, zero podejrzanych, od kilku tygodni kręcą się w kółko. Żeby chociaż wiedział, kim byli zabici?
– Nie może tam pan wejść – cała trójka odwróciła się w kierunku drzwi, za którymi dało się słyszeć piskliwy głosik Solskiej, młodej policjantki, która obecnie robiła raczej za sekretarkę Szulca. – Nadinspektor jest zajęty, proszę przyjść później.
– Wie pani, kim jestem? – Głos nieznajomego robił się agresywny. Ten głos wydał się Szulcowi bardzo znajomy. Wstał, podszedł do drzwi, już miał chwycić za klamkę, kiedy nagle drzwi otworzyły się, uderzając go prosto w twarz.
– Szulc, wybacz stary, nie wiedziałem, że tu stoisz.
– Nic się nie stało – odsunął rękę od twarzy i z przykrością zaobserwował, że cieknie mu krew z nosa. – Co się gapisz Klepka? Podaj mi chusteczkę.
– Co Ty tu? – zwrócił się do przybysza.
– Nie czas na powitania, zbieraj się Szulcu, jedziemy do Katowic. – Postawny mężczyzna, mnie więcej w wieku Szulca chwycił go za ramię i nie zwracając na pozostałą dwójkę uwagi, wyprowadził go z biura.
– Ale, po co Broszek? – spytał, wciąż oszołomiony.
– Chyba chcesz porozmawiać z żoną jednej twoich ofiar, nie? – Puścił go i otworzył drzwi do samochodu. Widząc, że kolega wciąż patrzy na niego podejrzliwie, odetchnął spokojnie, oparł się łokciami o dach Forda i spojrzał mu prosto w oczy. – Czytałem gazete, potem zmusiłem Walika, żeby pokazał mi zdjęcia denatów. Od razu jeden wydawał mi się znajomy. Ta myśl chodziła za mną przez kilka dni i nagle mnie olśniło. To jest wędkarz, łowił na tym samym jeziorze, co ja. – Usiadł na miejscu kierowcy i trzasnął drzwiami. – Wsiadał do cholery.
Cztery godziny później parkowali już na Korfantego, gdzie mieli spotkać się z wdową, po pierwszym trupie.

19.
– Mówiłem ci już, że nic się nie zmieniłaś?- Zacieniona, męska sylwetka stała w rogu piwnicy, wciśnięta między szafkę z ogórkami kiszonymi a półkę zastawioną pękatymi słojami pełnymi śliwek w occie.

Żarówka, uwięziona w metalowym kagańcu, przegoniła gęstą czerń, przepełniając pomieszczenie mdłym światłem.

– Pij, bo ci wystygnie – powiedział mężczyzna. – Nie mogłem wyjść wcześniej i kupić. Mogli mnie znaleźć. Ale pamiętałem, że to twój przysmak.

Drżąca dłoń ostrożnie zbliżyła się w stronę kubka; para unosiła się w ciężkim powietrzu, tworząc plątaninę esowatych wzorów. Kobieta chwyciła za ucho i zbliżyła rozgrzaną porcelanę do ust. Napiła się. Ciepła ciecz wypełniła skurczony żołądek.

– Pochłaniałaś to litrami jak szukaliśmy mojej dziewczynki. – Głos zaszeleścił niczym suche liście. Mężczyzna zaśmiał jak śmiałyby się szczury, gdyby tylko potrafiły to robić. – Udałem, że to niby on. Lina i ta kartka. Wszystko jak trzeba. Zrobiłem to, bo oni nie chcieli tego zrobić. Grafoman i Grafoman, Grafoman i Grafoman, i nic więcej, więcej nic, nic, nic.
– Martwiłem się też o ciebie. Przecież mógłby ci coś zrobić. A oni o tym nie pomyśleli. A oni o tym nie pomyśleli. Oni tym pomyśleli nie o a. A oni o tym nie pomyśleli!

Kobieta podkuliła nogi i cofnęła się, opierając plecy o zimną, oślizgłą ścianę.

– Nie bój się, nic nie zrobię. Będę cię tutaj przed nim chronić. Będzie ci dobrze. Będzie dobrze. O, tak!

Mężczyzna sięgnął w stronę szafki i dłonią wielką jak świeżo wypieczony bochen chleba, pochwycił słoik z ogórkami. Rzucił go przed siebie. Szkło rozsypało się na podłodze, tworząc wraz z ogórkami groteskową mozaikę.

– Miała to szkło na twarzy. Bolało ją to, wiesz? – rzekł mężczyzna. – Ale musisz go znaleźć. Tego Managrafo, znaleźć musisz, musisz. A co będzie jak zrobi mojemu synowi coś, co będzie? Pomyślałaś o tym! Nie, nie pomyślałaś, pomyślałaś nie! Ale dasz radę, prawda? Dasz radę?

Ruszył w stronę drzwi. Zgasił światło. Pokój znów wypełniła ciemność gęsta jak smoła. Mężczyzna wychodząc z piwnicy nucił słowa jakiejś, nieznanej kobiecie, melodii:

Droga Jolu, gdybyś chciała,
gdybyś bardziej się starała;
skojarzyła fakty, daty,
nie zraniła serca taty.

***

– Ona wie, że przyjedziemy? – zapytał Szulc.
– Jasne, dzwoniłem do Walika, żeby ją uprzedził – odrzekł.
– A ty? Co robiłeś w Warszawie? Chyba nie przyjechałeś specjalnie po mnie?
– Eee… nie – odparł niepewnie. – Byłem u syna mojej klientki.

Wysiedli z auta. Szulc rozejrzał się dookoła. Jak długo nie był już w Katowicach? Dwa, trzy lata? „Okropne miasto”, pomyślał. Jednak, mimo wszystkich mankamentów tego miejsca,  czuł do niego jednak pewnego rodzaju przywiązanie. W Katowicach spędził najlepsze lata swojego życia. Poznał tu swoją żonę. Zawsze zastanawiał się, czy gdyby stąd nie wyjechali, to ona jeszcze by żyła.

– A jak tam twoja firma? – zagadnął Szulc.
– A dobrze. Dziękuję.

Aleksander Broszkiewicz był dobrym przyjacielem Szulca. Poznali się w Warszawie, razem pracowali. Dziesięć lat temu, podczas akcji, Broszek został postrzelony i trafił na kilka miesięcy do szpitala, potem długo się leczył. Jego żona kategorycznie zażądała, aby zmienił pracę. Nie odszedł, w każdym razie jeszcze nie wtedy. Przełożony posadził go za biurkiem i to przesądziło, że Broszkiewicz postanowił zrezygnować z dalszej pracy. Założył własną, prywatną firmę detektywistyczną i od tamtego czasu Szulc widywał się z nim rzadko. Broszek zjawiał się, jak potrzebował pomocy, informacji, albo żeby pochwalić się sukcesami. Choć detektyw dobrze się maskował, to nadinspektor i tak dobrze wiedział, że jego kolega wciąż tęskni za pracą w policji.

– Pukaj – uśmiechnął się Broszek. – Ty będziesz rozmawiać.

Szulc przełknął ślinę i zastukał cicho.

– Proszę wejść – usłyszeli.

W środku czekał na nich komisarz Walik i mniej więcej czterdziestoletnia brunetka. Ładna, dobrze ubrana, z wyniosłym spojrzeniem, w ogóle nie pasowała do tej okolicy, a do tego mieszkania w szczególności.

– Dzień dobry pani – grzecznie przywitał się nadinspektor. – Pani tu mieszka?
– Nie – odparła chłodno. – Milena Rozwadowska – przedstawiła się i podała mu rękę. – To mieszkanie mojej siostry. Prosiła, abym znalazła na nie kupca. Dziś mamy podpisać umowę, dlatego tu panów zaprosiłam. Mam nadzieję, że będą się panowie streszczać.

Dwie rzeczy rzuciły się Szulcowi w oczy. Pewność siebie pani Rozwadowskiej i brak smutku z powodu straty męża.

– Kiedy ostatni raz widziała pani małżonka?
– Hm… – zastanowiła się. – Pierwszego czerwca. To był Dzień Dziecka, był u mnie odwiedzić naszego syna. Potem go już nie wiedziałam.
– O której wyszedł?
– Zdaje się, że po siedemnastej… Tak, na pewno po siedemnastej. Mówił, że jest z kimś umówiony na osiemnastą i musi iść.
– Z kim był umówiony?
– Nie mam pojęcia. – podeszła do okna i zapaliła papierosa. – Wie pan, my… jesteśmy, to znaczy byliśmy małżeństwem, ale od trzech lat żyliśmy osobno. Jedyne co nas łączyło, to umowa cywilnoprawna i syn.
– Dobrze, a co pani maż mógł robić w Warszawie?
– Mój mąż był pisarzem…
– Pisarzem? – Szulc zbliżył się do kobiety. – Co pisał?
– Kryminały. – padła odpowiedź.
– Może chciał spotkać się z wydawcą? – Szulc poczuł, że znalazł się na dobrym tropie.
– Możliwe – zamyśliła się. – Nawet bardzo. Kiedy u mnie był, mówił coś o jakiejś nowej książce. Jaki ona miała tytuł? Hm… – zaciągnęła się i zmrużyła oczy. – Zabroniony, wstęp wzbroniony, „Obcym wstęp wzbroniony”. Jakoś tak to było.

20.
Szul stał przed kamienicą w centrum Katowic. Bezmyślnie obracał w palcach wizytówkę wydawnictwa, którą dała mu Rozwadowska. Silent Kill Publishing. Z Warszawy. „Cholera, wszystko teraz z angielska nazywają, jakby to im podnosiło reputację.”

– Co o tym myślisz?

Broszek spojrzał na Szulca zaskoczony. Kucał, opierając się o ceglaną ścianę. Palił papierosa.

– Ja? A co mam myśleć? Sporo miałem takich spraw. Facet się psychicznie wykończył. Rozwód, kłopoty, a z pisania tanich kryminałów wyżyć się nie da, więc miał dość i…
Szulc machnął ręką.

– Nie znasz całej sprawy.
– Też prawda. Opowiedz, a może błysnę swoją przenikliwością i geniuszem. – Broszek uśmiechnął się krzywo. Wstał. – Jak za starych dobrych lat, co? Szulcu?

Nadinspektor kiwnął głową.

– Pierwsza ofiara. Pisarz, Maciej Rozwadowski. Powieszony z kartką „obcym wstęp wzbroniony”. Taki sam tytuł ma jego ostatnia książka. Przypadkiem?
– Możliwe…
– Możliwe – przytaknął Szulc. – Drugi wisielec. Bezimienny astmatyk, powieszony już po śmierci, z kartką tej samej treści.

Broszek kiwnął głową.

– Trzeci. Chory psychicznie przestępca, skazany przed 15 laty. I najlepsze: powieszeni to sprawa Grafomana. Ale do tego mamy jeszcze porwanie emerytowanej policyjnej psycholog, która trzeciego wisielca posłała za kratki. Kto ją ma? Powiedz, Broszek, gdzie to się wszystko łączy?

Tamten przydeptał butem niedopałek i rozłożył bezradnie ręce.

– Może się nie łączy? Nie mam pojęcia, Szulcu. Może ten wydawca próbuje szatańskiej promocji książki? Wyobraź sobie te reklamy: „Powieść pisana zza grobu – rękopis wisielca”. Wydanie rozejdzie się na pniu.
– To chore.
– A kto zdrowy na umyśle wiesza ludzi z okolicznościową karteczką?

Nadinspektor pokiwał głową. Ale nie był przekonany.

– Na twoim miejscu, Szulcu, zrobiłbym wszystko, żeby dowiedzieć się, co jest w tej tajemniczej książce.
– Masz dziwne pomysły, Broszek.

Tamten roześmiał się głośno.

– Póki co, nie dysponujesz nawet śladem innych.

Szulc schował wizytówkę i wbił ręce w kieszenie płaszcza. Nie miał już na to siły.

– Niestety, Broszek. Niestety.

21.
– Cześć – Szulc znużonym głosem przywitał Skalską.
– Słucham cię. – Była w wyraźnie dobrym nastroju.
– Wiemy, kim była pierwsza ofiara. Pisarz, Maciej Rozwadowski. Mieszkał w Katowicach.
– To widzę, że śledztwo idzie w dobrym kierunku.
– A wiesz, jaka była jego ostatnia książka, tzn. – jaki miała tytuł?
– „Obcym wstęp wzbroniony”?
– Skąd wiedziałaś? – zdziwił się.

Skalska nie odpowiadała.

– Jesteś tam?
– Tak… – powiedziała w końcu. – Nie wiedziałam, zgadywałam. To ciekawe.
– Potrzebuje nakazu przeszukania.
– Jasne, zadzwonię do prokuratury w Katowicach, żeby ktoś to za mnie zrobił. Podaj mi adres.
– Gliwicka 15/3.
– Dobra.
– Aha, jeszcze jedno – zawahał się.
– Tak?
– Szczypiorek…
– A… Pan Mauer?
– Tak – popatrzył na zegarek, który wskazywał już czwartą po południu. – Wiec, czy mogłabyś się nim zająć, może nam narobić problemów.
– Zobaczę co da się zrobić. Nie martw się.

Odłożyła słuchawkę. Szulc odwrócił się w stronę Broszka.

– Dziękuje za pomoc, możesz już zając się swoimi sprawami.
– Wolałbym jeszcze ci trochę pozawracać głowę, ale nie chcę utrudniać śledztwa. – uśmiechnął się blado. – Jeźdźcie, tylko nie zapomnij zadzwonić do mnie jak dorwiecie drania.
– Na pewno o tym usłyszysz. – uścisnął dłoń kolegi i klepnął go w ramię.

Broszek ze spuszczoną głowa wsiadł do samochodu i odjechał. Szulc tymczasem chciał rozejrzeć się po mieście, zanim pojadą do mieszkania.

Minęły 3 lata od śmierci Sylwii, jego żony. W okolicy te same budynki, te same ulice, ten sam beznadziejny klimat. „Może już najwyższy czas się spotkać, może teraz będzie mógł wybaczyć?”, zadawał sobie pytania, a w radiu grali właśnie utwór Depeche Mode:

Oh the tears that you weep
For the poor tortured souls
Who fall at your feet
With all their love begging bowls

***

Przez chwilę, między snem a jawą, wydawało się jej, że leży we własnym łóżku. Twardym, ale własnym. Dopiero po chwili dotarł do niej chłód otaczających kamieni i mdły blask żarówki.

Musiał wejść kiedy spała, bo teraz stał przed nią, swoim zwyczajem opierając się o futrynę. Czekał.

– Nie potrafię – wyszeptała z trudem. – Nie oczekuj ode mnie niemożliwego.

Milczał.

– Nie potrafię… – Tym razem to było już łkanie.

W końcu się odezwał:

– Nie powinnaś była zasnąć. Nie. – Nigdy nie podnosił głosu, zawsze szeptał. I to było jeszcze bardziej przerażające, niż gdyby krzyczał. Ale głos drżał nieznacznie. – Nie powinnaś była…
– Nie mam siły! – Załamała ręce, łzy strumieniem pociekły po policzkach. – Nie rozumiesz??? NIE MAM SIŁY! Czego chcesz ode mnie?! Nie mam żadnych śladów, ani akt. Jak mam ci pomóc?!

Wyciągnął w jej stronę drżącą rękę. Cały już drżał.

– Wtedy miałaś wszelkie ślady. Mnóstwo dokumentów. I nic. I nic. Zostawiliście ją tam. Z nim. Zostawiliście. Na śmierć. A teraz robisz to samo.

Klęczała na zimnej posadzce. Zgarbiona, zmęczona. Bezsilna.

– Nic nie robię.
– Właśnie. – Cofnął wycelowany w nią palec. Z kieszeni wyjął plastikowy pojemniczek. Zagrzechotało. Coś połknął. Kiedy odezwał się po chwili, ręka już nie drżała.

– Dostałaś szansę, żeby naprawić swój błąd. To przywilej. – Nie plątał się. Nie drżał. – Wykorzystaj go dobrze.
– Nie potrafię…

Leżała i łkała, jak małe dziecko, piąstkami próbując rozbić kamienie.

– Pomogę ci…

Szept tuż przy jej uchu zmroził jej krew w żyłach. Nigdy nie podchodził tak blisko. Poczuła ukłucie w szyję i nagle wszystko straciło znaczenie. Gdzieś odpłynął ból i strach. Zniknęło uczucie zimna i wilgoci. Pustka. Nie było światła ani ciemności. Tylko przestrzeń, w której unosiła się bezwładnie. Przestrzeń bezpieczna, łagodna. Otulająca. A potem pierwsza wizja rozbiła pustkę w drobny mak…

22.
– Skręć w prawo – poprosił Szulc.
– Ale Gliwicka to jeszcze dalej…
– Proszę.

Walik zwolnił, zjechał na zewnętrzny pas ruchu i skręcił. Wjechali w brudną, ciemną uliczkę. Na podwórku bawiły się dzieci. Na przyjazd wozu policyjnego nie zareagowały, tak jakby taki widok był dla nich na porządku dziennym.

– Szulc, nie wiem co chcesz tu robić, ale to nie jest dla nas przyjazna dzielnica.
– Zaczekaj tu, zaraz wracam.

Wyszedł z samochodu i rozejrzał się. Próbował sobie przypomnieć klatkę, ale pamięć coraz częściej go zawodziła. Jego żona zawsze mówiła „alkohol zabija szare komórki”, a on śmiał się i odpowiadał „ale tylko te słabe”. Teraz okazuje się, że to ona miała rację. W końcu przywołał do siebie jedno z dzieci.

– Możesz mi powiedzieć, czy mieszka tu gdzieś Zygmunt Nowicki? – zapytał.
– Po co pan go szuka? – mały chłopczyk wlepił w niego swoje jasnoniebieskie oczy, jakby chciał go sprowokować.
– Musze z nim porozmawiać. – Szulc wiedział, że jak da się zdenerwować, to niczego się nie dowie.
– Już pan z nim nie pogada – odburknął mały i odwrócił się tyłem do swojego rozmówcy.
– Dlaczego? Coś się stało?
– Wyjechał. – Usłyszał za sobą cichy, nieco chrapliwy głos.
– Wyjechał? – Tuż przed nim stał stary, zgarbiony mężczyzna. – Szuka córki?
– Przecież jego córka nie żyje… – serce waliło mu, jakby miało wyskoczyć z klatki piersiowej.
– Po wypadku facet całkiem zamknął się w sobie, nie wychodził z domu, nie mówił, aż do 1 czerwca. – Stary wskazał palcem ławkę. – To Dzień Dziecka, wie Pan? – Szulc przytaknął. – Nowicki oszalał, biegał po podwórku, krzyczał i miotał się. Wieczorem spakował się i wyjechał.
– Mówił coś?
– Powiedział, że wie gdzie szukać i że ona mu pomoże. – Spuścił głowę. – Żal mi go, to biedny człowiek, stracił wszystko?
– Jasna cholera – Szulc zerwał się na równe nogi.
Podbiegł do samochodu, wsiadł i trzasnął drzwiami. Wyciągnął telefon.
– Sztyc?
– Tak, słucham Cię.
– Pamiętasz tego Nowickiego, ojca tej dziewczynki zamordowanej?
– Tego, co? – Profesor zawiesił głos. – Tego, co prowadził samochód i spowodował wypadek?
– Tak? – potwierdził Szulc. – Wypadek, w którym zginęła Sylwia.

Zapadła cisza.

– Sztyc, on może mieć Pytię. Musimy go znaleźć!
 

23.
„Czemu ja na to wcześniej nie wpadłem”, pochylony nad gazetą zastanawiał się Szulc. To było takie proste. Trzeci trup słynny na całą Polskę morderca, zabity. Wszyscy nim pogardzali, nienawidzili, ale tylko jedna osoba była gotowa na taki krok, tylko on. Szulc starał się przypomnieć tę sprawę. Kiedy 15 lat temu zapadł wyrok – zakład psychiatryczny, dla Nowickiego to był cios. Nie potrafił tego zrozumieć, dlaczego zakład? Dlaczego nie więzienie, dożywocie?
Szulc poznał Nowickiego 5 lat po śmierci jego córki, 11-letniej Ani. Mężczyzna był w bardzo złym stanie psychicznym. 1 czerwca 1991 wieczorem, kiedy znaleźli zwłoki jego jedynego dziecka, zawalił mu się cały świat, tego wieczoru stracił wszystko. Sylwia Szulc, psycholog, ulubiona studentka Zielińskiej, postanowiła pomóc zagubionemu ojcu dziewczynki powrócić na łono społeczeństwa. Odstąpiła mu mieszkanie w Katowicach, a sama wraz z mężem przeprowadziła się do Warszawy. Nowickiego odwiedzała regularnie co dwa tygodnie. Szulc często z nią jeździł, powoli przyzwyczajał się do obecności Zygmunta w ich życiu. Traktował go jak przyjaciela, jak brata.
3 lata temu, Sylwia wreszcie zaszła w ciążę, po długich staraniach o dziecko. Nowicki przyjechał do Warszawy odwiedzić ją. Wbrew obawom Sylwii Zygmunt ucieszył się, gratulował jej. Tego zimowego dnia wracali samochodem z gabinetu pani Szulc, Nowicki na zakręcie nie opanował pojazdu i ich Volkswagen Passat władował wprost na drzewie. Sylwia zginęła na miejscu, Zygmunt na długie tygodnie trafił do szpitala.
Szulc nie wiedział o dziecku, Sophie ubłagała lekarza, żeby mu nic nie mówił i tak wystarczająco cierpiał.
– Jedna śmierć to tragedia, milion – to statystyka, moje dziecko. – Powiedziała Sophie.
– Dlaczego ludzie umierają tak nagle, tak beznadziejnie, babciu? – spytała Marcelina.
– By inni zaczęli doceniać, to że jeszcze żyją? – popatrzyła na wnuczkę i pocałowała ją w policzek.

***

Musiała się stąd wydostać.
Ile już dni minęło, odkąd znalazła się w tej piwnicy, nie potrafiła zliczyć. A teraz jeszcze to, co z nią zrobił? Nie lubiła swojego daru, ale nauczyła się z nim żyć. Wiedziała też, że to co zobaczyła, nie musi okazać się prawdą. Nie musi. Ale jeśli nic nie zrobi, to może.
Podniosła się, opierając się o śliską ścianę. Zostawił ją w ciemności, odurzoną. Nie miała pojęcia kiedy wróci, by dalej prowadzić to? przesłuchanie. Żeby dowiedzieć się co zobaczyła. Może nie mieć za dużo czasu.
Klitka, jej więzienia, była pusta. Żadnych mebli, nawet śmiecia, tylko stare kamienie i pokruszone cegły. Mimo to zaczęła szukać czegoś co by jej pomogło. Czegokolwiek, żeby się stąd wydostać.
Ręce przesuwały się po ścianach szukając ratunku. W głowie dudnił ból. Nie pomagał, ale ponaglał.
W pierwszej chwili nie wiedziała na co trafiła. W szczelinie między cegłami wyczuła coś twardego. Żelazo. Obskubała grube kawałki zaprawy i chwyciła mocniej. Nie rura, raczej pręt. Ktoś musiał go tu zamurować dla wzmocnienia ściany. Na jej szczęście zrobił to niechlujnie. Spróbowała go wyszarpnąć. Poruszył się, ale nie puścił. Powiększyła dziurę, palcami łamiąc stare cegły. Nie zwracała uwagi na ból i przeciętą skórę. Strach dodawał jej sił. W każdej chwili mogły się otworzyć drzwi i jej wysiłek pójdzie na marne. Zaparła się nogą o mur i pociągnęła jeszcze raz.
Pręt wyrwał się ze ściany, a ona poleciała do tyłu, upadając ciężko na plecy.
Szpara pod drzwiami rozbłysła żółtym światłem, zagrzechotał zamek w drzwiach. Hałas musiał zwrócić jego uwagę. Nadchodził…

24.
– Nie mam pojęcia, kiedy… Dziś chyba nie bardzo… Słuchaj, wiedziałaś dobrze, że… Wiem. I powiedziałem już. Ale nic nie mogę z tym zrobić. Nie dziś… Tak… Tak… Pa.

Klepka odłożył słuchawkę, ale jeszcze przez długą chwilę wpatrywał się w nią, jakby miała na niego skoczyć.

– Przypuszczam, że to nie był telefon od Szulca? – spytał Profesor zaglądając przez na wpół otwarte drzwi.

Klepka założył dłonie za głową.

– Nie przypominam sobie, żebym brał z Szulcem ślub, panie Bogusławie.
– A kto cię wie? Różne rzeczy wyprawiałeś po pijaku. Widziałem. – Profesor uśmiechnął się szeroko i usiadł naprzeciwko Klepki.
– Takiej głupoty bym nie popełnił.
– Słuszna uwaga. Jakieś problemy w domu?

Klepka machnął ręką.

– Problemy, nie problemy. Zwykłe sprawy. Za długo tu. Za mało tam.

Sztyc nachylił się nad biurkiem.

– Chcesz usłyszeć radę starego człowieka, który niejedno już w życiu widział? – spytał konspiracyjnym szeptem.

Klepka popatrzył zdumiony na Profesora.

– Przecież pan nawet nigdy nie był żonaty. A z tego, co ludzie tu mówią, to nawet pan nigdy… no wie pan – skończył speszony.
– A ty tak wierzysz we wszystko co ludzie mówią, młody? Ludzie kłamią, każdy kłamie. Zapamiętaj to sobie. – Sztyc nie chciał, żeby to zabrzmiało tak ostro. – Jak byłem młody, to nie chciałem, żeby ktoś musiał po mnie płakać. A potem, no cóż, potem już byłem za stary na to, żeby coś zmieniać. Starego kawalera, na dodatek gliniarza, nie da się zmienić, młody.
– Rozbija pan moje małżeństwo, panie Bogusławie.
– Narzekanie starego tetryka nie ma takiej mocy. Ale stary tetryk coś ci jeszcze powie. Dbaj o to co masz, bo dopiero jak to stracisz, docenisz ile było warte. Obyś nie musiał.

Klepka popatrzył na Sztyca spod przymkniętych powiek.

– Po co mi to pan mówi?

Profesor nagle się rozpromienił.

– Szulc właśnie dzwonił. Trafił w Katowicach na mocny ślad prowadzący do Stolicy. I zgadnij, kto ma go sprawdzić?
– Przypuszczam, że nie stary tetryk?

Sztyc podał mu kartkę z notatkami od Szulca.

– Świetna dedukcja, młody Watsonie.