Dom seniora „Eden” 23 / 06 / 2006 / 11:35

2007/03/29, czwartek

Jarosław Pater zatrzymał swoją corollę na wysypanym czarnym żwirem poboczu. Wiał lekki wiatr i gałęzie sosen zmieniały nieustannie kształt plam słońca na dachu samochodu. Pater z taką zachłannością wdychał suchą żywiczną woń rozgrzanego lasu, że na moment stracił kontrolę nad swoim oddechem. Sosnowy zapach był dla niego antidotum na słodkie wyziewy zapchanych zsypów w bloku, na rozkład tanich dezodorantów pod pachami graczy w „Profesjonale”, na tłustą i lepką woń rozgrzanego asfaltu.

Otworzył kartonową teczkę leżącą na siedzeniu kierowcy. Były w niej kserokopie – akta i raporty, w których policjanci z toporną, lecz nienaganną precyzją rejestrowali prawdziwe i mrożące krew w żyłach historie, jakich było wiele w dużych i małych miastach. W teczce Patera opisane były dwa takie zdarzenia. Oto niejaki Marcin Ryba pobił swoją żonę za domniemaną zdradę, a po chwili usiłował uspokoić swojego dwuletniego wrzeszczącego syna, wkładając jego głowę do akwarium. Oto niejaka Adela Woźniak nie zablokowała odpowiednio wózka inwalidzkiego i spadała długo z kamiennych schodów, a miała tyle ran, że można było śmiało postawić hipotezę, że każdy twardy stopień zostawiał na jej starczym, miękkim jak gąbka ciele sine, nabiegłe krwią pamiątki, a każdy ostry kant gruchotał lekkie kości, podziurawione osteoporozą. Wiele było takich historii, lecz na ogół zdarzały się one w dużych i w małych miastach. Jednak te dwie, studiowane przez Patera, wiązały się z jednym miejscem, wcale nie zurbanizowanym, miejscem zachwalanym w internecie jako „prawdziwie rodzinny dom seniora”, jako „cicha świątynia świętego spokoju i zasłużonego odpoczynku po młodości, pełnej wybuchów szlachetnego entuzjazmu, i po wieku średnim, wypełnionym spokojną, upartą pracą”. W tej oazie w ciągu ostatniego roku znaleziono u dołu bocznych schodów staruszkę z wykręconą głową. To tutaj korytarzami przechadzał się pielęgniarz o imponującej posturze, której nie powstydziłby się judoka Paweł Nastula. Zmarła staruszka nazywała się Adela Woźniak, pielęgniarz – Marcin Ryba, a dom seniora – sądząc po jego nazwie „Eden” – był przedsionkiem raju.

Pater schował kserokopie raportów i akt z powrotem do teczki. Powachlował się nią, a potem kilkakrotnie wybił na kartonie rytm standartu Dave’a Brubecka „Take Five”. Następnie wyjął ze schowka jeszcze jedną teczkę – żółtą i plastikową.

– Jaka piękna pogoda! – usłyszał głos doktora Liblinga. – Dzień dobry, panie nadkomisarzu. Właśnie przechadzałem się po lesie przed spotkaniem z panem. Pan również rozkoszuje się tym cudownym powietrzem?

Dyrektor stał koło samochodu. Ubrany był w letni lniany garnitur, niebieską koszulę i granatowy krawat z wyciskanymi łezkami. Jego stopy spoczywały w jasnych skarpetach i w lśniących brązowych butach, które były wykwintnym mariażem sandałów i ostronosych trzewików. Pater wysiadł z auta.

– Po dobroci, czy z grubej rury?” – zadał samemu sobie pytanie i natychmiast się zganił za myślowy kolokwializm. Spojrzał Liblingowi głęboko w oczy. Były one zmrużone i spokojne, dwie szpary pomiędzy fałdą czoła a kwadratową szczęką pociągniętą ciemnym konturem zarostu. Oczy pełne spokojnej i niewzruszonej pogardy. Pater spojrzał na buty Liblinga i podjął decyzję.

– Rzeźnik z Milanówka – powiedział cicho. – „Always Beautiful. Klinika dla ludzi młodych w każdym wieku”. Wystarczy czy mam jeszcze coś dopowiedzieć?

– Wystarczy do czego? – z twarzy Liblinga nie schodził uśmiech. – Już wczoraj pokazywał mi pan te artykuły z brukowców. Nie zrobiły na mnie większego wrażenia.
– Cztery lata temu – kontynuował spokojnie Pater. – Znana aktorka serialowa Arletta Kosińska. Jej twarz jak nadmuchany pomidor, pełna guzów i wybrzuszeń. Jej zdjęcia w „Fakcie” i w „Super Expressie”. Obok zdjęcia pańskiej osoby. Aktorka mówi: ‚To rzeźnik!’. Pan na to: ‚Nie zastosowała się do moich wskazówek’. I kto tu ma rację?

– Przez trzy tygodnie powinna unikać intensywnego słońca – Libling powiedział to znacznie głośniej. – Wtedy było cholernie gorąco, tak jak teraz – Pater pomyślał, że sztuczna ogłada parowała z dyrektora szybciej niż pot. – No i ona na te trzy tygodnie położyła się przy swoim basenie! Z chlorowaną wodą! A przecież mówiłem, tyle razy powtarzałem tej idiotce, by chloru unikała i stosowała moje preparaty.
– Rzeźnik z Milanówka dyrektorem „Edenu”! Nie podobała się duszna atmosfera warszawki, co? – Pater rozciągał z przyjemnością sylaby. – Najpierw zniszczył pan twarz znanej aktorce, a teraz opiekuje się naszymi drogimi seniorami! Czy niekompetentny chirurg plastyczny może być kompetentnym opiekunem ludzi starszych? Tak, drogi panie Libling, jeden mój telefon sprawi, że takie tytuły pojawią się w gazetach. A w ślad za tymi artykułami rozdzwoni się na pańskim biurku telefon. Wystarczy?

– Wystarczy do czego? – ponowił pytanie Libling, a kontury jego szczęki stały się równie ostre jak kanty jego spodni. – Mam w dupie pańskie brukowce. Moi klienci i ich rodziny nie czytają takich gazet.
– No ładnie. Wzgardliwym milczeniem pominę wulgarne słownictwo. W pańskiej wypowiedzi zainteresowało mnie inne zjawisko językowe. Zjawisko natury semantycznej. Nie „pacjent”, nie „pensjonariusz”, ale „klient”. Pójdę za pańskim określeniem. Tutaj mam – Pater dotknął żółtej plastikowej teczki. – Spis wszystkich pańskich klientów. Mam go od przyjaciela z ABW. Wie pan, co zrobię z tą listą? Wyślę ją mojemu znajomemu, który w Oliwie otwiera podobny pensjonat do pańskiego. Nie nazwie go „Eden”. Ta nazwa jest zbyt okrutna. Nazwie go „Złoty liść”. Pewnego dnia – Pater napawał się lękiem Liblinga. – Szef „Złotego liścia” wyśle wszystkie dawne i przyszłe artykuły o Rzeźniku z Milanówka rodzinom pańskich klientów. Wystarczy? Pan lubi określenia z branży marketingu. To się nazywa czarny pijar. Wystarczy?

– To się nazywa szantaż. Ale wystarczy – mruknął Libling. Pod pachami jego lnianej marynarki widoczne były ciemne plamy. Mogły być już wcześniej, ale Pater wolał wierzyć, że pojawiły się dopiero teraz, gdy użył argumentu ze „Złotym liściem”.
– A teraz odpowiem panu na pańskie uporczywe pytanie – Pater uśmiechnął się szeroko. – To wystarczy, aby pan wyraził zgodę na wszelkie mojej poczynania w pańskim pensjonacie. Od jutra. Od samego rana. Wystarczy, aby pan nie pisnął ani słowa ABW. Mało tego – aby mnie pan krył przed ABW. Mam tam kolegów – znów zamachał żółtą teczką – ale z większością nie lubimy się za bardzo. Wystarczy, prawda?

– Już powiedziałem – wysyczał Libling – Nie słyszałeś, ty skurwysynu? – bezgłośnie zadrżały mu wargi, po czym Libling ruszył gwałtownie w stronę swojego sztucznego raju.

Pater wsiadł do samochodu z ledwie słyszalnym westchnieniem ulgi. Otworzył żółtą plastikową teczkę i przeczytał po raz drugi dzisiaj schowany tam dokument. Było to podanie o urlop, pozytywnie zaopiniowane przez komendanta Cichowskiego.

Gdańsk, 23/06 / 09:00

2007/02/28, środa

Egzamin z języka szwedzkiego Swedex na poziomie B2 odbywał się w sali wykładowej Katedry Skandynawistyki w kompleksie uniwersyteckim przy ul. Wita Stwosza. Uczestniczyło w nim kilkanaście studentek. Jedna z nich, Ewelina Kucaj, siedziała w pierwszej ławce, przed biurkiem doktora Przemysława Marcińca, i zupełnie nie mogła się skoncentrować. Winne było temu gadulstwo wykładowcy, a nie – jak sądził on sam – jego uroda i uwodzicielski zapach wody toaletowej „Gucci Rush”. Marciniec kilka miesięcy temu zmienił swój image i usiłował okularami o ciemnożółtych szkłach i krótko przyciętym gęstym zarostem upodobnić się do dojrzałego George’a Michaela. Efekt tych zabiegów fryzjerskich nie porażał podobieństwem i wywoływał szydercze komentarze wśród studentek. Zamiast pop-gwiazdora widziały one bowiem czterdziestolatka „o urodzie przepitego Cygana”. To ostatnie sformułowanie było autorstwa Eweliny Kucaj i zrobiło prawdziwą furorę wśród jej koleżanek. Jej wymiernym świadectwem było nadanie doktorowi Marcińcowi przydomka „Cygan”.

Dzisiejszego poranka Marciniec objawił bardzo dobry humor. Najpierw tryskał wątpliwymi dowcipami o egzaminach, wykładowcach i studentach, a potem – kiedy już rozdał arkusze egzaminacyjne i zaczął mierzyć czas – wdał się w cichą, przerywaną śmiechem rozmowę ze współegzaminatorem, doktorem Fredrikiem Fröglandem z Uppsali. Ponieważ ich rozmowa była prowadzona po szwedzku, Ewelina Kucaj zwątpiła w swoją znajomość tego języka i popadła w chwilową depresję. Rozumiała bowiem słowa, ale nie rozumiała, o czym obaj wykładowcy rozmawiają. Wśród szwedzkich wyrazów niezmiennie pojawiało się angielskie „bridge”.

Studentka demonstracyjnie wyjęła z torebki odtwarzacz mp3 i założyła słuchawki na uszy. Odetchnęła z ulgą. Zamiast jakiegoś tajemniczego żargonu usłyszała wariację DJ Tiesto na temat Vivaldiego. Marciniec i Frögland o tyle zwrócili uwagę na nieregulaminowe zachowanie studentki, że ściszyli głosy i zaczęli rysować na kartkach jakieś wykresy. Ewelina Kucaj całkowicie się poświęciła rozwiązywaniu testu.

Mijały minuty, kwadranse. O godzinie dziesiątej studentka skończyła liczyć wyrazy, których użyła w szwedzkim wypracowaniu na temat dyskryminacji kobiet w Polsce, zdjęła z uszu słuchawki i spojrzała na doktora Marcińca. Nie było już obok niego Szweda, nie było też kartek z dziwnymi napisami. Był natomiast jakiś szpakowaty facet w wygniecionej koszuli i w spranych dżinsach. „Cygan” rozmawiał z nim scenicznym szeptem.

– Wie pan, wyraz angielski scalp – wywodził wykładowca – który znaczy „skalp” lub „skalpować” jest spokrewniony ze szwedzkim skal, które znaczy „na zdrowie” i używane jest podczas spełniania toastów. Dziwi to pewnie pana. Co ma wspólnego skalpowanie z toastem? Otóż ma bardzo wiele. Wikingowie pili miód, wino lub piwo z czaszek pokonanych wrogów. Czaszki to były ich kielichy. O tym samym może świadczyć pokrewieństwo polskiego czaszka, czasza i podczaszy, który, jak pan wie, był służącym napełniającym kielichy.

– Czy profesor Czekański o tym wszystkim wiedział? – zapytał szpakowaty mężczyzna zmęczonym głosem.

Ewelina Kucaj poczuła na sobie jego wzrok. Doskonale wiedziała, że zatrzymał się on na jej wytatuowanej róży na ramieniu, a potem natychmiast przeskoczył na drugie ramię, na antykoncepcyjny plaster – jej dumne wyznanie niezależności, symbol wolności i nienawiści do patriarchalnej cywilizacji.

– On nie mógł tego nie wiedzieć! – sceniczny szept Marcińca zapałał oburzeniem na naiwność laika. – Profesor Jan Czekański był jednym z najwybitniejszych znawców współczesnych sekt neopogańskich i tajemnych rytuałów. Zajmował się antropologią kulturową. Znawca problematyki ran symbolicznych. Medyk i etnolog w jednej osobie. Biegły sądowy współpracujący z trzema europejskimi wymiarami sprawiedliwości. Visiting-professor na trzech europejskich uniwersytetach. On wiedział wszystko.

– Czy mógłby pan mi przybliżyć, o co chodzi z tymi ranami symbolicznymi – Pater znów kontemplował wytatuowaną różę.
– To nie moja specjalność – skandynawista milczał przez dłuższą chwilę. Paterowi wydało się nieprawdopodobne, że ten człowiek potrafi milczeć dłużej niż trzy sekundy.
Marciniec sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła.

– Dam panu namiar na kogoś, kto panu o tym powie. Może się pan nieco zdziwi… To nowy telefon – doktor podniósł głos do scenicznego szeptu i jednocześnie uniósł komórkę jak relikwię – nie nauczyłem się go jeszcze dobrze obsługiwać… O mam… On zresztą zna Czekańskiego.

Studentka z różą pomyślała kolejny raz tego dnia, że „przepity Cygan” to zbyt uprzejme określenie w stosunku do tego buraka, który w podniesionej ręce ostentacyjnie trzymał telefon komórkowy. Marciniec przypominał teraz karykaturę Statui Wolności w białym obcisłym T-shircie zdecydowanie zbyt opiętym na wykładowcy.

– A jaki on był jako człowiek? – zapytał rozmówca „Cygana”.

– Panie nadkomisarzu – słysząc zniecierpliwiony głos wykładowcy, Ewelina Kucaj nastawiła ciekawie uszu. – Mało to panu opowiedziałem o jego ekscesach, skargach składanych na niego przez studentów, o tych wszystkich zadymach?
– Co pan rozumie pod słowem „zadyma”? To bardzo nieprecyzyjne określenie. Wykładowca uniwersytecki powinien umieć precyzyjnie definiować znaczenie słów. Pan, jako filolog, na pewno bardzo dobrze to umie.

– Powiem panu krótko – Marciniec wskazał wzrokiem studentkę Kucaj. – Wiele osób wiele by dało, by matka Czekańskiego używała takiego plastra jak ta panna. Niestety…
– Niestety w latach trzydziestych, o ile wiem, najpopularniejszym środkiem antykoncepcyjnym była aborcja – wtrącił się nadkomisarz.

– Niewielu by miało coś przeciwko aborcji, gdyby usunięte płody wyrastały na ludzi podobnych do Czekańskiego – skandynawista powiedział to bardzo poważnie.

Ewelina Kucaj spojrzała na niego wściekłym wzrokiem. Bardzo się jej nie podobało, że głupim bajdurzeniem przeszkadzał studentom piszącym ważny egzamin. Jeszcze mniej podobał się jej kategoryczny ton, z jakim ten pewny siebie, wiecznie zalatujący alkoholem seksista miał czelność wypowiadać się o czysto kobiecym problemie aborcji. A najmniej – słowo „panna” pod swoim adresem.

Gdańsk 22/06/2006 / 14:00

2007/02/19, poniedziałek

Po dłuższym milczeniu w słuchawce usłyszał kobiecy głos. Sekretarka poinformowała go, że jej szef jest na międzynarodowej konferencji w hotelu „Grand” w Sopocie. Pater przypomniał sobie przedwczorajszą klęskę w pokera i drogę na Wejherowo.

-Proszę więc powtórzyć… – zawahał się. – Albo nie. Sam mu to powiem.

Dwie godziny później był w hotelu. Kartka formatu A4 z napisem „Marketing i nowoczesne świadczenia opieki społecznej” oraz z dorysowaną poniżej strzałką wskazywały, gdzie odbywa się konferencja. Jej uczestnicy właśnie jedli obiad. Chili con carne zamarło na widelcu jednego z uczestników w połowie drogi do ust.

-Nie mogę teraz rozmawiać. Zresztą z tego, co wiem, nie prowadzi pan ten sprawy.

-Mam tu dla pana, doktorze, coś szczególnie smakowitego – Pater zgiął się nad uchem rozmówcy niczym kelner i – niczym kartę dań – wręczył mu aktówkę z kserokopiami. Elegancko ubrany mężczyzna otworzył aktówkę i niemal natychmiast ją zamknął. Wiedział, że ten obiad już się dla niego skończył.

-Myślę, że dobrze byłoby porozmawiać, dlaczego wybrał pan Wybrzeże zamiast – Pater położył palce na skroni jakby próbował sobie coś przypomnieć. – Jak to pan określił? Zamiast „dusznej atmosfery >>warszawki<<". -Proszę być jutro u mnie o dwunastej - szepnął Libling. -Życzę udanej konferencji - Pater popatrzył w oczy dyrektora "Edenu". - Salute! - powiedział do brodatego mężczyzny z konferencyjną plakietką przypiętą do garnituru. -Grazie - odpowiedział doktor Paolo Scaramelli. Patera odprowadziło do drzwi kilka par oczu. O wiele za dużo, niżby życzył sobie Libling. Gdańsk, 23/06 / 08:30

Przez otwarte drzwi łazienki dobiegały dekadenckie pasaże saksofonu i kontrabasu z płyty Charliego Hadena „Always Say Goodbye”. Płynął pejzaż kalifornijskich knajp, a w każdym dźwięku można było usłyszeć dedykację dla Raymonda Chandlera. Jarosław Pater wyszedł z wanny i klasnął bosymi stopami po wykładzinie, która pokryta była liniami udającymi fugi pomiędzy kafelkami. Człowiek kontemplujący podłogę łazienki Patera musiałby mieć za sobą sporo czterdziestoprocentowych kolejek, żeby uznać, iż stąpa po jasnozielonych płytkach ceramicznych przedzielonych ciemniejszymi fugami. Zresztą choćby iluzja wizualna była nawet najdoskonalsza, to odgłos, jaki dobywał się spod stóp, burzył ją momentalnie. Pod wykładziną chrzęściły bowiem ziarna piasku i drobinki gruzu – smutny dowód, iż pracownicy branży budowlanej we wczesnych latach siedemdziesiątych na wylanie podłogi zużywali znacznie mniej cementu niż nawet przewidywały to bardzo restrykcyjne socjalistyczne normy.

Zwykle, kiedy stopy Patera już wydobyły chrzęst gruzu, kiedy już spojrzał w lustro okolone czerwoną plastikową ramą, by ujrzeć tam ciemną szczecinę zarostu i czerwone bezsenne wylewy w gałkach ocznych, zwykle wtedy nachodziły go dwie sprzeczne myśli. Pierwsza – aby wyrzucić na śmietnik tę wykładzinę, wygarnąć wszystkie grudki betonu zmieszane z rozgniecionymi prusakami i wylać nową podłogę, druga – aby zachować status quo. Po co to robić? Po trzech latach życia w celibacie, po trzech latach stopniowego zapominania o swojej małżeńskiej katastrofie, nie odstępowała Patera smutna pewność, że jego skromnego mieszkania w gdańskim falowcu, nie odwiedzi żadna kobieta i nie będzie się musiał wstydzić ani lustra zachlapanego pastą do zębów, ani poobijanej wanny, znad której odpadł w zeszłym tygodniu spory kawałek tynku, ani szczerbatego grzebienia, na którym wiły się od trzech lat smutne pamiątki – nitki rudych długich włosów.

Pater pamiętał ten moment sprzed trzech lat tak dobrze, jakby zdarzył się przed chwilą. Rudowłosa piękność stoi w drzwiach i mówi tylko trzy słowa: – Syf. Wszystko syf. Te słowa i trzaśnięcie drzwiami na odchodnym, były kodą ich małżeństwa, nad wyraz zwięzłym podsumowaniem kilkunastu lat, prawdą o ich związku, mieszkaniu, a może przede wszystkim marzeniach, które niemal od początku ich znajomości wydawały się niedorzeczne. Pater nie poszedł w biznes na początku lat dziewięćdziesiątych, jak jego koledzy po studiach, nie zrobił kariery w dyplomacji, chociaż znajomi na stanowiskach roztaczali przed nim świetlane perspektywy. Ostatecznie wszystko zawaliło się w dniu, gdy Jarosław Pater postanowił podjąć pracę w komendzie wojewódzkiej. Coraz rzadziej wspominał go ktoś w rozmowach, jako młodego i zdolnego. W końcu przestał być młody. I z każdym dniem rozumiał coraz lepiej, że ludzie są rzeczywiście zdolni. Zdolni do wszystkiego.

Woda powoli odpływała z wanny, lada dzień trzeba będzie wezwać hydraulika. Pater mył zęby, wypluł pastę zmieszaną z krwią z podrażnionych dziąseł i znów pomyślał o wykrwawiającym się latami małżeństwie. To, że Iza wytrwała z nim kilkanaście lat miało wszelkie znamiona cudu. Przynajmniej takiego zdania była rodzina żony, jego matka oraz przyjaciele, z których jeden okazał się ostatecznie nad wyraz pomocny w leczeniu małżeńskich stresów i ocieraniu kobiecych łez. Tamtego listopadowego dnia nadkomisarz obiecał sobie dwie rzeczy. Że wraz z żoną i ostatnim trzaśnięciem drzwi zniknie z jego słownika wyraz „syf” i wiele podobnych, kojarzących się z ostatnimi latami bezlitosnych małżeńskich zapasów pozbawionych wszelkich reguł. I że nigdy już nie zwiąże się z nikim na stałe. Nawet, gdyby błagała go o to Angelina Jolie.

Pater był w nastroju, który doktor Kwieciński nazywał syndromem karawaniarza. Liryczna drapieżność muzyki zrobiła jednak swoje. Zadziałała. Pozbył się myśli, że kłopoty to jego specjalność i że ma na nie wyłączność. Pater miał tylko starą wykładzinę, inni mieli także starzejące się żony i wieczne problemy. Nagle zaczął myśleć o czymś innym. Zwłaszcza dwie myśli – wzajemnie się wykluczające – przepływały mu szybko przez głowę i zawracały całym pędem. Golił się powoli, aby nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, które uruchomiłyby całe fale potu. Charlie Haden swym dyskretnym kontrabasem podkreślał parny bezruch rozpoczynającego się dnia. Profesor Jan Czekański. Dwie myśli: zabił – nie zabił. Zniknął po śmierci Maziarskiego. Był ostatnim człowiekiem, który widział Maziarskiego żywym. Znawca ran symbolicznych i pseudoinwalida na wózku z farbowanymi na siwo włosami i z doskonale rozwiniętymi mięśniami nóg. Anonimowe sms-y do Czekańskiego. Nieumiejętnie udawany młodzieżowy slang. Anonimowy szantażysta. Może to on? Może on jest podwójnym mordercą. Zabił – nie zabił.

W senne kalifornijskie bulwary jazzowego kwartetu wdarł się łkający wysoki dźwięk. Powtarzał się on regularnie i był coraz silniejszy. Pater zdecydowanie pociągnął maszynką od grdyki ku podbródkowi. Otarł twarz z mydła i ruszył do pokoju. Na małym ekranie telefonu migotał nie znany Paterowi numer. Policjant wyłączył Hadena, podniósł słuchawkę i rzucił krótko, upodabniając swój głos do gwałtownego warknięcia:

 -Pater.
 
 -Dzień dobry – usłyszał znany mu głos. – Mówi Wasylewski. Nie obudziłem pana?
 
 -Nie – odparł Pater, próbując skojarzyć pierwszy raz w życiu słyszane nazwisko. Nie udało się. Ślepe asocjacje. – Nie – powtórzył niepotrzebnie i bezradnie.

 -Właśnie skończyliśmy nieoczekiwaną nocną partyjkę w brydża – kontynuował nieznany rozmówca o znanym głosie – wie pan, jak to jest. Najczęściej gracze niewiele wiedzą o sobie. Tylko o mnie każda kelnerka, nawet dopiero co przyjęta do pracy w „Mandarynie”, wie wszystko. A to dlatego, że mam charakterystyczną aparycję…
 
 -No tak… – Pater przerwał rozmówcy. Przeżył olśnienie, gdy głos z nazwiskiem w końcu połączyły mu się w całość. To świetnie ze sobą koresponduje. Niezwykły człowiek o niezwykłym nazwisku. Jezus z Oliwy nazywał się „Wasylewski”. Profesor Wasylewski. Przez „y”, nie banalne i powszechne „i”. Jak jakiś ukraiński watażka, wolny jak wiatr w stepie, nie jak androgyniczna Wanda, sowiecki pionek ze Związku Patriotów Polskich. Za dużo profesorów. Jeden jest hazardzistą, drugi – podejrzanym.

 -Mało o sobie wiemy – powiedział Pater – ma pan rację. A pan wie, jaki jest mój zawód?

– O tym też wie każda kelnerka w „Mandarynie” – roześmiał się Jezus z Oliwy. – A zwłaszcza każdy taksówkarz spod „Mandaryna”. Niejeden odwoził pana do pracy po nocnym „holdemku”. Proszę posłuchać. W brydża grałem z Dzięciołem przeciwko pewnemu Szwedowi i tłumaczowi Szweda. Nie lubię brydża. Dużo kombinowania, małe stawki… Tym razem stawki były bardzo wysokie. Pięć stów za jednego impa, wie pan z pewnością, co to jest. Tych dwóch widziałem po raz pierwszy w życiu. Widać, że grali ze sobą od dawna. Ten tłumacz – w odróżnieniu od nas, starych wyjadaczy – nie krył się specjalnie ze swoją tożsamością. Przedstawił się jako skandynawista z uniwersytetu. Doktor Przemysław Marciniec. Pamiętając o pana prośbie, zapytałem, czy zna profesora Czekańskiego. Otóż zna go, nawet bardzo dobrze. Wie o nim sporo i nie przepada za nim. Zapytałem, czy mogę pana z nim skontaktować. Zgodził się chętnie. Dziś od rana egzaminuje studentów, a w południe wyjeżdża na stypendium do Uppsali. Powiedział, że może pan do niego przyjść na egzamin. I rozstaliśmy się koło siódmej.
 
 -Dziękuję panu bardzo – powiedział Pater i nie odkładał słuchawki.

Niechcąco uruchomił pilotem wieżę. Włączył się pierwszy utwór z płyty Hadena. Rozległa się muzyka z czołówki firmy „Warner Bros”. Był to fragment filmu „Wielki sen” Hawksa z 1946 roku z Bogartem z roli głównej. Pater nacisnął klawisz „pauza”. Przez chwilę milczał.

– Do widzenia – odezwał się w końcu Jezus z Oliwy.

– Proszę poczekać – powiedział cicho Pater – mam jeszcze do pana jedno pytanie. O siódmej skończył pan całonocnego brydża. A dzwoni pan do mnie półtorej godziny później. Dlaczego nie zadzwonił pan od razu? Mógł pan przecież zadzwonić o siódmej, pójść do swojego niedalekiego apartamentu z widokiem na morze i od godziny odsypiać swoje zwycięstwo przy okrzykach mew. A pan godzinę czuwał i zadzwonił do mnie dopiero teraz. Dlaczego?

– Czy ja wiem? – po tym retorycznym pytaniu zapadła cisza, przerywana wrzaskiem mew. – Może nie chciałem pana zrywać tak wcześnie?

– Odczuł pan litość do pokonanego przeciwnika, co? Chciał mi pan jakoś zrekompensować moją przegraną w poniedziałek? Nie chciał pan mnie zrywać tak wcześnie… Tak czy inaczej – bardzo panu dziękuję.

– Nie sądzę, żebym był zdolny do takiej rekompensaty – odparł chłodno matematyk – nie jest pan wcale taki przenikliwy. Po grze wcale nie udałem się do mojego mieszkania. A te mewy nie krzyczą nad moim tarasem. Teraz spaceruję. Chciałem z kimś porozmawiać. Z kimkolwiek. I nadarzyła się okazja, by po brydżu z Marcińcem zadzwonić do pana.
 
– Gdzie pan jest? – Pater poczuł dziwny niepokój.

– W drodze na Wejherowo – odparł Wasylewski – nie lubię grać w brydża. Zwłaszcza przeciwko zawodnikowi z rezerwowej reprezentacji Szwecji.

Po tych słowach Jezus z Oliwy rozłączył się. Pater zwolnił klawisz „pauza”.

– My name is Marlow – powiedział Humphrey Bogart.