Gdańsk 21/06/2006 / 11:45

2007/02/1, czwartek

Spotkanie miało wyglądać na przypadkowe. Umówili się w centrum rozrywki dość wcześnie. Nie była to jeszcze pora zakochanych umawiających się tu na randki ani godzina eleganckich dwudziesto- trzydziestolatek na szpilkach i w pełnym makijażu, traktujących centrum jako wybieg dla modelek. Pater w sumie żałował, że doktor Kwieciński chciał się spotkać tak wcześnie.

Z Pawłem Kwiecińskim poznali się sześć lat temu. Pater do dziś pamiętał tę sprawę. Gwałt i morderstwo na szesnastolatce. Jak się później okazało, ofiara była sąsiadką doktora. Pater pamiętał stalowy uścisk Kwiecińskiego na swoim nadgarstku i zapamiętał słowa anatomopatomorfologa: „Czasem pożegnanie z bliskimi wypada na tym stole. Niech pan, komisarzu, złapie tego skurwysyna. Obieca mi to pan?”

Pater wówczas niczego nie obiecał. Rozwiązał sprawę. Od tamtego czasu z Kwiecińskim spotykał się nie tylko zawodowo. Okazało się, że doktor jest fanatykiem rocka i jazzu. Nie jakiejś tam udziwnionej alternatywy, ale starego dobrego Milesa i Coltrane’a. Od czasu znajomości z doktorem jazzowa dyskografia Patera znacznie się rozrosła.

-Nie mam dla ciebie kolejnego bootlegu wielkiego Trane’a – powiedział Kwieciński wczoraj, kiedy punktualnie zatelefonował o siódmej. – ale mam coś, co cię chyba bardziej zaciekawi.

Teraz siedzieli obaj przy kawie z mlekiem. Ekspres do kawy co chwila zagłuszał dźwięki z telewizora, gdzie eksperci analizowali po raz kolejny mecze Polaków na mundialu.

-Jarek, nie muszę ci mówić, że tej rozmowy nie było. Wiesz, co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że przekazałem ci te informacje?

Pater podniósł filiżankę do ust i niemal niezauważalnie skinął głową. Oczywiście, że zdawał sobie z tego sprawę.

-Zatem słuchaj. Pamiętasz, jakie obuwie miał na sobie Maziarski, gdy znaleźliśmy go w „Edenie”?

-Jakieś sportowe. Też zwróciłem na to uwagę, ale…

-Tak, wiem, co chcesz powiedzieć – przerwał niecierpliwie Kwieciński, a Pater zrozumiał, że za chwilę dowie się czegoś, co po raz kolejny przekona go, że doktor jest jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. -To były nowe buty, protektory bez śladu zużycia. Słowem: po prostu wygodne buty, w sam raz dla inwalidy. Ale jeśli tak, to może wyjaśnisz mi, dlaczego Maziarski miał odciski na palcach i szorstkie pięty?

Pater milczał.

– Stopy u osoby, która nie chodzi, są zwykle delikatne, wyszczuplone – kontynuował doktor. – Te takie nie były. No ale ostatecznie mogły to być odciski powstałe wtedy, gdy ofiara jeszcze miała sprawne nogi. Jedźmy dalej. Pamiętasz, w jakim stanie były jego spodnie.

-Tak, myślałem wtedy…

-Chodzi mi o dół – Kwieciński podniósł rękę i powtórzył zamówienie. – Podwinięte nogawki. Czasem śladem jest nie to, co widzimy, ale to, czego nie ma.

-Nie bardzo rozumiem – powiedział Pater.

-Ten facet nie miał zaników mięśniowych w kończynach dolnych. A powinien mieć. I jeszcze jedno. Nie zauważyłem też śladów zanieczyszczania się.

Pater spojrzał pytająco.

-Osoby o porażonych kończynach mają też z reguły porażone zwieracze. Nie kontrolują oddawania kału i moczu. Zwykle pozostawia to ślady na ubraniu, zwłaszcza bieliźnie.

-A w tym przypadku nic… – dopowiedział Pater.

-A w tym przypadku nic – Kwieciński powtórzył niczym refren. – Oczywiście z żywym byłoby łatwiej. Stuknąłbym go młoteczkiem w kolano. Poważnie – dodał pewniejszym głosem, gdy dostrzegł zdziwienie na twarzy Patera. – Stara, niezniszczalna metoda. Taki – wykonał od niechcenia ruch nadgarstkiem. – Evergreen w naszym zawodzie. Odruchów nie skontrolujesz, bo są niezależne od naszej woli. I jeszcze jedno. Maziarski farbował włosy. Dodawał sobie siwizny. Na ogół większość stara się ją tuszować.

Pater spojrzał na trzydziestolatkę, która przeszła koło nich. Ta z pewnością nie musiała niczego tuszować.

-Chcesz powiedzieć, że Maziarski celowo dodawał sobie lat? I co? – zawiesił głos. – Normalnie chodził?

Kwieciński popatrzył w telewizor.

– Może nie biegał tak jak ten – wskazał głowę na napastnika Ekwadoru biegnącego z piłką wzdłuż linii. -Ale wszystko wskazuje na to, że był sprawnym, dość wysportowanym facetem.

Pater poczuł ucisk na pęcherz. Gdy wstawał do toalety wydawało mu się, że napotkał twarz funkcjonariusza ABW spotkanego w „Edenie”. Pokręcił głową i po chwili zobaczył na ekranie obrońcę Jopa nieudolnie wybijającego piłkę w pole. Chyba nerwy odmawiają mi posłuszeństwa – pomyślał.

Gdy wrócił Kwiecińskiego, nie było. Pater uśmiechnął się. Doktor nie lubił podziękowań. Na stole leżał opłacony rachunek i dopiskiem anatomopatomorfologa: „Wisisz mi ten koncert Davisa z Japonii. Wiesz który”.

Jakaś kobieta spojrzała na Patera, ale on nie odwzajemnił uśmiechu.

Gdańsk 20 / 06 / 2006 / 13:10

2007/01/25, czwartek

Jarosław Pater dopijał właśnie drugą kawę i kończył czytać protokół z przesłuchania. Musiał przyznać, że Kulesza nie miał wiele do zrobienia. Sprawa zamurowanych w mieszkaniu zwłok była dość banalną kombinacją chciwości i ludzkiej wyobraźni, co dość często – jak uczyło Patera doświadczenie – szło w parze. Może do powiedzenia miałby jeszcze coś w tej sprawie psychoanalityk – pomyślał Pater w momencie, gdy otworzyły się drzwi. W progu stał niski blondyn z wyraźną nadwagą i rumieniem na obu policzkach.

– Ostatnie wyjaśnienia, panie nadkomisarzu. Może chciałby pan go dosłuchać czy co…

Kulesza często formułował zdania tak, że nie bardzo było wiadomo, czy zadaje pytanie czy coś po prostu oznajmia. Tym razem, jak wywnioskował Pater, była to forma zachęty. Nadkomisarz podniósł się. Nie ma co spieszyć się z tą sprawą. Zamknięcie jednej oznaczało powrót do rozgrzebanych śledztw albo nowe, bardziej skomplikowane. Tymczasem uwaga nadkomisarza skupiała się na trzech wierzchołkach trójkątów, którymi Pater pokrył leżącą na biurku kartkę. Dwa wierzchołki pozostały bez zmian, zaznaczone nazwiskami Maziarskiego i Czekańskiego. Trzeci szczyt niekiedy był opisany jako „skalp”, ale równie często pojawiał się przy nim skrót „ABW”. I wyraźny, pogrubiany za każdym razem znak zapytania. Nadkomisarz czekał. Dopóki nie dowiem się więcej, mam związane ręce. Błądzę jak we mgle, skazany na niedorzeczne domysły – myślał, podążając za Kuleszą.

Za stołem siedział mężczyzna w podkoszulku, z którego dawno już wyblakła naturalna zieleń. Był dziesięć lat starszy od Patera, ale sine wory pod oczami, zmarszczki i kilkudniowy zarost czyniły z niego zaawansowanego emeryta. Kolejny emeryt w ostatnich dniach – przemknęło Paterowi przez głowę.

– Wymyślił pan bardzo nietypowy sposób pochówku, panie Tchórzewski – zaczął nadkomisarz.

Mężczyzna zamrugał oczami.

– No, wie pan, ma się ten fach w ręce – Pater usłyszał w jego głosie coś w rodzaju dumy. – Trzydzieści lat w murarce robię. Może i pana mieszkanie postawiłem.

– To akurat świadczyłoby o pańskich kwalifikacjach nie najlepiej – mruknął Pater. – Sam pan to wymyślił?

– Panu i księdzu to szczerą prawdę powiem – mężczyzna uderzył się w wyblakły podkoszulek. – No to jak teściowa umarła, szybką kalkulację żem zrobił. Jak na budowie. No i wyszło, że pogrzeb to będzie kilka kół, państwo potem coś odda, ale po co ma oddawać. Tylko kłopot niepotrzebny. No i popatrzyłem na kaloryfer, tam, wiecie, w większym pokoju. Teściowa nieduża kobita, wszystko oszacowałem, no i do roboty.

– A zimą?

– Co „zimą”? – Tchórzewski zamrugał oczami.

– Czy bez kaloryfera zimno nie było? Pater zobaczył, jak Kulesza odwraca się plecami i próbuje zdusić śmiech.

– Dało radę. Poza tym ściana pogrubiona. A resztę już mówiłem. Pieniądze z ZUS-u na nieboszczkę co miesiąc przychodziły. Listonosz zostawiał za pokwitowaniem, bo ciężko chora to podpisać sama nie mogła. Przez ponad dwa lata szło – wyblakły podkoszulek westchnął. – Ja bym nie chciał, by pan sobie pomyślał, że ja zły człowiek jestem. Że niby co? Na wódkę z kolegami wydałem? Córka w Anglii. Na naukę szło wszystko. No, prawie…

Pater zastanawiał się, czy nie warto doprecyzować, co to znaczy „prawie”, ale zrezygnował.

– A pańska żona? Przecież to była jej matka. Zgodziła się, by zamurować ją w domu?

– Początkowo nie. Ale od czego przekonywanie? – Tchórzewski uśmiechnął się. Pater zobaczył, że mężczyzna ma na kostkach prawej dłoni wytatuowane cztery litery układające się w słowo „LOVE”. Nie wiedzieć czemu przypomniała mu się piosenka T. Love „Pocisk miłości”. Sapiący mężczyzna w podkoszulku rzeczywiście miał w ręce pocisk miłości. I siłę argumentów. Przeszła mu ochota na dalszą pogawędkę.

Gdy wracali korytarzem, Kulesza nagle ożywił się.

– Ludzie to mają nasrane, panie nadkomisarzu – widząc spojrzenie Patera poprawił się. -No, nie mają równo pod sufitem. Wie pan, co, co on mi powiedział? Że jak było Święto Zmarłych to kupował kwiaty teściowej. I znicze. I wie pan, co? – Kulesza zrobił niewielki ruch głową. – Tam je kładł.

Pater pomyślał, że specjalista od murarki ze słowem „LOVE” nie był złym człowiekiem.

Gdańsk 20 / 06 / 2006 / 13:55

Kartka z trójkątami przykryta była aktówką. Na biurku leżały materiały z archiwum. Pater otworzył teczkę i w pierwszej chwili pomyślał, że zaszła pomyłka. Na wierzchu znalazł kilka kserokopii z „Faktu” i „Super Expressu”. Wszystkie artykuły ozdabiały fotografie znanej aktorki. Na nielicznych zdjęciach uśmiechała się, odbierając jakieś nagrody. Ale większość przedstawiały twarz zmienioną niemal nie do poznania. Gdyby nie podpisy, można by pomyśleć, że chodzi o inne osoby. Po chwili Pater zrozumiał, że to jednak nie pomyłka. Zaczął wertować artykuły.

– Nie sądziłem, że gustuje pan w takich tytułach – Kulesza patrzył nadkomisarzowi przez ramię.

– Ja też nie – odpowiedział.

Wreszcie zaczęło coś się dziać. Nadkomisarz czekał jeszcze na jedną wiadomość.

Telefon zadzwonił o siódmej.

Sopot 19/06/2006 / 22:15

2007/01/18, czwartek

Boczna salka w „Mandarynie” przypominała gotycką komnatę. Nie dobiegały tu odgłosy z pobliskiego „monciaka” wypełnionego o tej godzinie śmiechem nastolatków koczujących pod letnimi ogródkami. Klimatyzowana salka przeznaczona była dla ludzi, którzy cenili sobie ciszę i spokój. Średniowieczny charakter pomieszczenia potęgowała dodatkowa kolumna wytworzona z dymu papierosów i wznosząca się znad stołu do lampy.

Pater wpatrywał się dłuższy czas w swoje dwa odbicia. Twarz, jaka ukazywała się w szkłach okularów jego przeciwnika zdawała się nie zdradzać żadnych emocji. O Paterze mówiło się, że naprawdę ma pokerowe oblicze. Zostało ich tylko dwóch. Naprzeciw siedział „Jezus z Oliwy”. Mężczyzna z siwiejącą brodą był profesorem matematyki na Uniwersytecie Gdańskim. Uczył się na pamięć prawdopodobieństwa rozkładów kart, ale ciągle jakiś pokerzysta stawał mu na drodze. Wreszcie uznał, że to wszystko przez oczy. Przez nie przegrywa. To jego spojrzenie zdradzało siłę lub słabość układu kart. Profesor natrafił kiedyś na artykuł o amerykańskim informatyku, mistrzu pokera, którego nazywano „Jezusem”. Pokerzysta zza oceanu zawsze grał w lustrzanych okularach. Profesor zaczął go naśladować, zapuścił brodę. Wtedy zaczęli nazywać go „Jezusem z Oliwy”. Także i dlatego, że wreszcie przy stole cudownie pomnażał uniwersytecką pensję.

Nadkomisarz zaczął grać trzy lata temu. Zaczęło się od Internetu. Wkrótce wirtualne rozgrywki wyłoniły graczy, którzy postanowili zmierzyć się w „realu”. W odmianę pokera nazywaną Texas Hold’em coraz rzadziej grywali mafiosi i rozmaici „wielcy Szu” kursujący po Wybrzeżu w poszukiwaniu „leszczy” do ogrania.
Coraz rzadziej nad stołem krążyły gorące pieniądze, które miały to do siebie, że zostawiały nad nim swąd spalenizny i nielegalnych spraw. Texas Hold’em stawał się rozrywką jajogłowych: informatyków, matematyków, ekonomistów, prawników. Niekiedy także policjantów. „Ustawki” organizowano raz w tygodniu, najczęściej w piątki. Dzisiejsza należała do zorganizowanych spontanicznie. Widocznie ktoś uznał, że warto dobrze rozpocząć tydzień.

Gdy zostało ich dwóch, postanowili zagrać zgodnie z zasadą „no limit”. Oznaczało to, że można wyłożyć wszystkie swoje pieniądze i podbijać podczas jednej rundy licytacji dowolną ilość razy. Pater raz jeszcze podwinął koniuszki kart i popatrzył na piątkę kier i siódemkę pik. Na stole leżał już flop. Ósemka kier, as pik i król karo. I stały słupki żetonów niczym warta przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Król karo. Pater pomyślał o Maziarskim. Co takiego zrobił, że spotkała go ta straszna śmierć? Mordercy nie wystarczyło to, że zmiażdżył emerytowi tył czaszki. Posunął się do tego, by oskalpować ofiarę. Oskalpował zwłoki czy żyjącego jeszcze człowieka? Mimo klimatyzacji Pater poczuł, że ma lepkie palce. Właśnie: palce. Sklejone palce Maziarskiego. Klej. O co w tym wszystkim chodzi?

Na stole pojawiła się czwarta karta. Walet trefl. „Jezus z Oliwy” postawił kolejny słupek żetonów i rozsiadł się wygodniej.

-Pamięta pan, graliśmy trzy tygodnie temu niedaleko hotelu „Grand”. Potem usłyszałem od kolegi prawnika, że to miejsce z tradycjami. Przed wojną te secesyjne piękne wnętrza były jaskinią hazardu. Ale najciekawsze jest to, że obok „Grandu”, tak w kierunku na Wejherowo, ciągnęła się aleja samobójców. Wieszali się niemieccy rybacy, polscy inżynierowie, żydowscy sklepikarze i rosyjscy arystokraci, którzy przegrywali tu swoje majątki. Podobno nad ranem właściciel hotelu miał taki zwyczaj, że przychodził do kasyna, wskazywał głową w stronę alei i pytał: „ilu”? „Dwóch” – odpowiadał krupier. Wspaniała historia, nieprawdaż?

-Sądzi pan, profesorze, że dzisiaj powinienem udać się w kierunku Wejherowa? – zapytał Pater.

Profesor wybuchnął śmiechem. – Och, nic takiego nie chciałem powiedzieć! Strumień papierosowego dymu wzbił się w stronę lampy, a Pater podbił stawkę.

Walet trefl. Czekański. Co chce od niego ABW? Może to też kret? Pieprzony kret – Pater przypomniał sobie poranną rozmowę i bruzdy na twarzy Chrzana. Ale po co agencji człowiek w domu starców? I co się właściwie stało ze znawcą ran symbolicznych? Kto wysyłał mu sms-y? Pater znów zobaczył dwa swoje odbicia w okularach profesora matematyki. Profesor z Uniwersytetu Gdańskiego. Tak jak Czekański.

-Profesorze, to żadna pokerowa sztuczka, naprawdę mnie to interesuje. Czy mówi coś panu nazwisko Czekański? Profesor Uniwersytetu Gdańskiego…

-Nie, pierwsze słyszę – obłok dymu znów pofrunął do góry. – A czym on się zajmuje?

-Lekarz, ale także specjalista od antropologii…

-O, to nam nie po drodze. Ale jeśli tak pana to interesuje, dowiem się czegoś. Ktoś na pewno będzie go znał – „Jezus” dołożył swoje żetony.

Na stole pojawiła się ostatnia karta. Piątka pik. Pater raz jeszcze popatrzył w zakryte dwie karty, popatrzył na „Jezusa” i nie odrywając wzroku od swoich dwóch odbić dołożył kolejny słupek. Poczuł, że wokół stołu robi się nagle tłoczno. To trzej gracze, którzy wcześniej odpadli, patrzyli na decydującą rozgrywkę. Pater już dawno powinien spasować. A już na pewno powinien to zrobić, gdy profesor opowiedział o alei samobójców w kierunku na Wejherowo. Historyjka ta była pokazem siły. Ale nadkomisarz wiedział też, że jeśli zagrać z profesorem ostro, puszczają mu nerwy i zaczyna się gubić. Para piątek to niewiele, ale powinno się udać. Profesor podbił. W szklance jednego z kibiców zachrzęścił lód. Pater bez zastanowienia przesunął na środek ostatni stos żetonów. Po chwili „Jezus” odkrył pierwszą ze swoich kart. Trójkę karo. Dmuchnął dymem tym razem w bok i odsłonił króla trefl. Leżał on obok wcześniej odkrytego pikowego. Dwa czarne króle. Trefl to krzyż. Krzyż nad grobami samobójców i nad grobem Maziarskiego.

-Wejherowo – mruknął Pater i odłożył swoje karty do talii. Potem patrzył jeszcze, jak profesor wymienia żetony na żywe pieniądze.

-No to tym razem mi się udało – w niebieskich oczach profesora dostrzegł wesoły błysk. – A z tym Czekańskim rozejrzę się.

Popełniłem błąd. Gdzieś popełniłem błąd. Gdzie? Pater nie myślał o pokerze. Znów myślał o niedzielnym południu w „Edenie”. Była dwudziesta trzecia. Upał zelżał i zrobiło się nawet przyjemnie. W klubach na „monciaku” didżeje rozkręcali swoje imprezy.