Paragraf 7

– Nic, nadinspektorze. – głos Skalskiej w słuchawce telefonu już przed kilkoma dniami stracił protekcjonalny i pewny siebie ton. Przy całym poczuciu beznadziei i frustracji wynikłej z niemożności pchnięcia śledztwa naprzód, Szulc czerpał jednak odrobinę satysfakcji z tego, że przynajmniej pani prokurator również nie może pochwalić się żadnymi osiągnięciami.
– My też nic nie mamy – przyznał. – Tak, będziemy szukać dalej. Do widzenia.

Zmęczony panującym od kilku dni marazmem, oparł głowę na dłoni i zaczął kolejny raz machinalnie przeglądać akta sprawy. Wszelkie tropy urwały się, lub raczej zatarły w gąszczu niewiadomych. Włóczęga nie powiedział o niczym więcej poza brakiem kartki przy trupie o piątej rano. Sekcja nie wykazała nic ponad typową śmierć przez powieszenie. Chociaż… Może to było dziwne, że trup nie nosił żadnych śladów wcześniejszych obrażeń, zatrucia, uśpienia itp. Zupełnie jakby dobrowolnie i świadomie dał się powiesić.

Do tej pory nie udało się ustalić tożsamości żadnego z zabitych mężczyzn. Szulc przymknął oczy i w rezygnacji pozwolił sobie odpłynąć ku zarzuconym dawno przyjemnym rozważaniom o kawie i pączkach. Wtem dzwonek telefonu przywołał go brutalnie do rzeczywistości.

– Halo, nadinspektorze! – Boguś Sztyc po raz pierwszy od kilku dni mówił żwawo i z pewnym podnieceniem w głosie – Chyba mamy tożsamość pierwszej ofiary. Jakaś starsza kobieta w Łodzi zgłosiła wczoraj zaginięcie syna. Jeśli zaufać zdjęciu, to to ten sam gość, którego trzy tygodnie temu nasi odcinali z drzewa. Facet co miesiąc przyjeżdżał do niej w odwiedziny. Tym razem się nie zjawił, więc zadzwoniła na policję.
– Bardzo dobrze, Boguś – Szulc uśmiechnął się do siebie, smakując już w myślach moment, w którym podzieli się nowym tropem z prokurator Skalską.
– Jest coś jeszcze – podjął Profesor. – Ta kobieta mówiła, że jej syn należał do jakiegoś klubu, czy kółka, w które był bardzo zaangażowany. Moim zdaniem śmierdzi to jakąś sektą. Ale tylko tyle się dowiedziałem z tego telefonu na łódzką komendę. Myślę, że powinieneś tam pojechać i osobiście z tą kobietą porozmawiać.

  
Od Redaktora:

Bardzo się cieszę, że chwalicie nie tylko swoje wpisy! Ten wpis też posuwa sprawę do przodu, motywy podjęte przez Iwonę są także do wykorzystania. W ogóle – kilka fajnych pomysłów pojawiło się. Rzecz warta przemyślenia.

Następny kontakt w czwartek, a potem – w zalezności od rozwoju wydarzeń w piątek lub poniedziałek.

Pozdrówka

  
Autorem wybranego przez nas fragmentu jest Czytelnik o nicku Szkarłatne_Bibu.

Wpis “Paragraf 7” skomentowano 4 razy

  1. mat_klik pisze:

    Paragraf 8.
    19 lipca 2006, środa

    Szulc nie pojechał do Łodzi, ponieważ Skalska uparła się, że kobieta musi osobiście zobaczyć denata i stwierdzić czy to jej syn. Przywieziono więc biedną staruszkę, która była już prawie w stanie przedzawałowym. Rozpoznała swojego syna, po czym zemdlała. Kiedy już udało się przywrócić jej świadomość, Szulc i Skalska nie usłyszeli zbyt wielu informacji. Andrzej Mirski, bo tak nazywał się zmarły, nie opowiadał matce o swoim życiu w Warszawie. Skończył ekonomię, ale długo nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie. Imał się różnych zajęć, aż pół roku temu zatrudnił się w firmie finansowo-doradczej. Matka nie znała nazwy ani adresu. Koledzy z pracy namówili go do zaangażowania się w klubie dyskusyjnym ?Nasza przyszłość?, w którym organizowano spotkania z ludźmi biznesu i polityki.
    – Niewiele ? stwierdziła niezadowolona Skalska.
    – Przynajmniej wiemy jak się nazywał ? Szulc próbował znaleźć pozytywną stronę medalu.
    – Trzeba sprawdzić wszystkie ślady, począwszy od uczelni ? zarządziła.
    Szulc wziął się do roboty i jeszcze tego samego dnia udało mu się ustalić, że Mirski nie skończył ekonomii, wyleciał po drugim roku studiów, kiedy oblał trzy egzaminy. Intuicja kazała mu skontaktować się z urzędem pracy i nie pomylił się. Mirski nigdy nie pracował w żadnej firmie finansowej. Ostatnim miejscem pracy była hurtownia artykułów gospodarstwa domowego. Został zatrudniony na czas określony i nie przedłużono z nim umowy. Przez cztery miesiące pobierał zasiłek. Około 15 maja wyprowadził się z wynajmowanego mieszkania i tu ślad urwał się.

  2. Iwona pisze:

    Odłożył słuchawkę. Sprzątnął bałagan z biurka, zapakował akta do teczki. Przeszukał pułki w poszukiwaniu telefonu komórkowego i kluczyków do samochodu. Już miał wychodzić, kiedy do biura wpadł Klepka.
    – Powinieneś to zobaczyć – wydyszał i przystawił Szulcowi plik kartek do twarzy.
    Nadinspetor chwycił dokumenty i zrobił krok w tył. Sięgnął po okulary i zaczął czytać poszczególne zwroty.
    ?zmarł w wyniku uduszenia?
    ?brak oznak walki, prób ucieczki?
    ?ślad po usunięciu tatuażu na prawej kostce?
    ?zabieg wykonany nieprawidłowo, na szybko?
    – Brak śladów walki – powtórzył na głos – dziwne, tak po prostu dać się powiesić?
    – Właśnie – przytaknął Klepka. – A ta rana?
    – Może sobie tam wytatuował imię dziewczyny – zażartował Szulc. – A potem uświadomił sobie swój błąd. Mam nadzieję, że dowiemy się tego od jego matki. A co z tym drugim?
    – Wyniki będą za tydzień.
    Przez chwile nadinspektor chciał zadzwonić do Skalskiej, ale szybko zmienił zdanie. Ona pewnie i tak dostanie wyniki sekcji. Poza tym nigdy mu się nie podobało, że Skalska tak wtrąca się do każdego śledztwa. Prokurator jest od sądu, a policjanci od szukania zabójców.
    – Ubieraj się – rzucił do Klepki – jedziemy do Łodzi.
    – Po co?
    – Wyjaśnię Ci po drodze.

  3. kpt. Gołaszewski pisze:

    Trafili od razu. Długo stali na klatce, oparci o drzwi z domofonem, zastanawiając się, jak zacząć, by nie wyjść wrócić z niczym prócz jęku zrozpaczonej matki. Szulc zdecydował, że to on będzie mówił.
    Matka ofiary, Mariusza Ungiera mieszkała na trzecim piętrze. Weszli po schodach. Muł zadzwonił. Otworzyła kobieta po pięćdziesiątce, z rzadkimi włosami oblepionymi wokół okrągłej twarzy. Podbródek przypominał pudding.
    – Panowie to kto?
    Czarna chusta, jakby utkana z pajęczej nici, zafalowała na ramionach kobiety.
    – Policja- oświadczył Klepka z dumą dziesięciolatka, który dobrze odpowiedział na pytanie nauczycielki.
    Szulc wyciągnął legitymację.
    – Wiecie już coś na temat Mariuszka?- ożywiła się wyraźnie. W źrenicach zamigotały iskierki nadziei. Przytknęła dłoń do pulchnego wzgórza policzka i pokręciła głową.
    – Spodziewamy się, gdzie może być pani syn, ale…- zaczął Szulc. W takich momentach słowa uciekały mu z głowy jak szczury z tonącego statku.- Ale chcielibyśmy zadać pani parę pytań. Moglibyśmy wejść do środka?
    Kobieta spojrzała na Klepkę nieufnym wzrokiem.
    – Tak, tak oczywiście- odpowiedziała i odwróciwszy się plecami do Szulca i Muła ruszyła długim przedpokojem, prowadzącym zapewne do pokoju dziennego- Samotny człowiek zupełnie dziczeje
    Znaleźli się w pokoju dziennym. Drobinki kurzu tańczyły w powietrzu, skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
    – Syn studiował w Warszawie?- zapytał Szulc. Zganił się w myślach za to, że mówi o Ungierze w czasie przeszłym.
    – Tak, na Akademii Sztuk Pięknych- odrzekła z dumą.- Wszyscy koledzy się z niego śmiali, że on tak cały czas maluje i…no sami wiecie panowie. Zapisał się na to karate, żeby im udowodnić, że nie jest taki jak o nim myślą.
    Muł poruszył się nieznacznie.
    – Nie było go w mieszkaniu, w Warszawie. Sąsiedzi mówią, że nie widzieli go już bardzo długo.- skrzyżował ręce na potężnej klatce piersiowej.- Podobno chodził do jakiegoś klubu? To o to karate pani chodziło?
    Szulc spojrzał na niego poirytowany; zadawanie pytań nie było najlepszą stroną Klepki.
    – Nie, nie. On sam założył klub razem z innymi studentami. Malują razem. Mariuszek powiedział mi, że znalazł odpowiednich ludzi, takich, którym na czymś zależy.
    Szulc pokiwał głową. Muł z trudem powstrzymywał śmiech.
    – Moglibyśmy zobaczyć jego pokój?
    – Proszę bardzo.
    Wskazała im jasne, klonowe drzwi, skrzące się łagodnymi refleksami. Szulc poczuł jak na czoło wystąpiły my krople gęstego potu. Przełknął ślinę. Na drzwiach wisiała, przymocowana pinezką, biała tabliczka z napisem: ?OBCYM WSTĘP WZBRONIONY?
    – Mariuszek śmieje się, że zawsze z tego napisu. Nie lubi, gdy ktoś wchodzi do jego pokoju. Ja tam nie byłam już chyba od miesiąca. Nie ma w domu Mariuszka, to nie ma i pokoju. Ale panowie niech wejdą.
    Szulc ruszył szybkim krokiem. Serce tłukło mu się w klatce piersiowej jak tłok silnika pracującego na najwyższych obrotach. Chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Ostrożnie zajrzał do środka. Na jednej ze ścian, ciągnąc się od sufitu aż po podłogę, widniała ogromna czerwona litera.
    – Ładne…eee…rysunki.
    – Tak, Mariuszek mówi, że lubi zrobić coś szalonego i robi. Ale to przecież chyba nic groźnego?
    – Nie. Jeszcze się z panią skontaktujemy.
    Wychodzili z bloku niezwykle powoli, jakby w obawie przed słońcem.

  4. fairplay pisze:

    Szulc odłożył słuchawkę i z pewną dozą podniecenia, nie zastanawiając się długo, szybkim ruchem ręki chwycił kluczyki do służbowego samochodu.

    Leżały jak zwykle na biurku wśród sterty papierów. „Kodżak” był bałaganierzem i nigdy nie potrafił utrzymać porządku w miejscu pracy, nie mówiąc już o sytuacji w prywatnym mieszakniu. Zawsze było coś ważniejszego od sprzątania i segregowania dokumentów. Choćby prowadzone śledztwo, które wreszcie posunęło się naprzód. Nowy trop mógł przyczynić się do podreperowania swojego wizerunku u Skalskiej, dlatego postanowił jednak, że do Łodzi pojedzie sam. Żar lał się z nieba, więc zbiegając po schodach, co było dla niego nie małym wysiłkiem – w tej temperaturze – był cały mokry. Lecz w głowie była tylko jedna myśl – jak najszybciej znaleźć się w Łodzi – dlatego nie przejmował się zbytnio wielką plamą na plecach.

    Droga przebiegła bez żadnych problemów przy dzwiękach jego ulubionej stacji radiowej z rockowymi utworami. Na miejscu natychmiast zameldował się na komendzie w celu uzyskania dokładniejszych informacji na temat staruszki. Znalezienie osoby znającej najwięcej szczegółów na temat tej sprawy zajęło zaledwie kilka minut. A gdy już to się udało Szulc od razu przystąpił do rzeczy wypytując o wszelkie istotnie dla niego fakty.

    – Czyli kobieta mieszka sama na ulicy Podgórnej? – zapytał Szulc w celu potwierdzenia właśnie usłyszanej informacji.
    – Zgadza się – odpowiedział funkcjonariusz.
    – Rozumiem, że to wszystkie szczegóły, które posiadacie? – znów zapytał Szulc.
    – Dokładnie, nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć. Chciałbym jeszcze tylko uprzedzić, że ona bardzo przeżywa zaginięcie syna, więc proszę rozmawiać z nią delikatnie – uprzedził policjant.
    – OK, to ja w takim razie jadę na miejsce.

    Kilkadziesiąt minut później samochód nadinspektora stał już pod mieszkaniem staruszki.

Dodaj komentarz