Paragraf 8

Trafili od razu. Długo stali na klatce, oparci o drzwi z domofonem, zastanawiając się, jak zacząć, by nie wrócić z niczym prócz jęku zrozpaczonej matki. Szulc zdecydował, że to on będzie mówił.
Matka ofiary, Mariusza Ungiera, mieszkała na trzecim piętrze. Weszli po schodach. Muł zadzwonił.

Otworzyła kobieta po pięćdziesiątce, z rzadkimi włosami oblepionymi wokół okrągłej twarzy. Podbródek przypominał pudding.

– Panowie to kto?

Czarna chusta, jakby utkana z pajęczej nici, zafalowała na ramionach kobiety.

– Policja- oświadczył Klepka z dumą dziesięciolatka, który dobrze odpowiedział na pytanie nauczycielki.

Szulc wyciągnął legitymację.

– Wiecie już coś na temat Mariuszka? – ożywiła się wyraźnie. W źrenicach zamigotały iskierki nadziei. Przytknęła dłoń do pulchnego wzgórza policzka i pokręciła głową.
– Spodziewamy się, gdzie może być pani syn, ale… – zaczął Szulc. W takich momentach słowa uciekały mu z głowy jak szczury z tonącego statku.- Ale chcielibyśmy zadać pani parę pytań. Moglibyśmy wejść do środka?

Kobieta spojrzała na Klepkę nieufnym wzrokiem.

– Tak, tak oczywiście – odpowiedziała i, odwróciwszy się plecami do Szulca i Muła, ruszyła długim przedpokojem, prowadzącym zapewne do pokoju dziennego. – Samotny człowiek zupełnie dziczeje.

Znaleźli się w pokoju dziennym. Drobinki kurzu tańczyły w powietrzu, skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

– Syn studiował w Warszawie? – zapytał Szulc. Zganił się w myślach za to, że mówi o Ungierze w czasie przeszłym.
– Tak, na Akademii Sztuk Pięknych – odrzekła z dumą.- Wszyscy koledzy się z niego śmiali, że on tak cały czas maluje i… no sami wiecie, panowie. Zapisał się na to karate, żeby im udowodnić, że nie jest taki jak o nim myślą.

Muł poruszył się nieznacznie.

– Nie było go w mieszkaniu, w Warszawie. Sąsiedzi mówią, że nie widzieli go już bardzo długo.- skrzyżował ręce na potężnej klatce piersiowej. – Podobno chodził do jakiegoś klubu? To o to karate pani chodziło?

Szulc spojrzał na niego poirytowany; zadawanie pytań nie było najlepszą stroną Klepki.

– Nie, nie. On sam założył klub razem z innymi studentami. Malują razem. Mariuszek powiedział mi, że znalazł odpowiednich ludzi, takich, którym na czymś zależy.

Szulc pokiwał głową. Muł z trudem powstrzymywał śmiech.

– Moglibyśmy zobaczyć jego pokój?
– Proszę bardzo.

Wskazała im jasne, klonowe drzwi, skrzące się łagodnymi refleksami. Szulc poczuł jak na czoło występują mu krople gęstego potu. Przełknął ślinę. Na drzwiach wisiała przymocowana pinezką biała tabliczka z napisem: „OBCYM WSTĘP WZBRONIONY”.

– Mariuszek śmieje się zawsze z tego napisu. Ale i nie lubi, gdy ktoś wchodzi do jego pokoju. Ja tam nie byłam już chyba od miesiąca. Nie ma w domu Mariuszka, to i nie ma pokoju. Proszę, niech panowie wejdą.

Szulc ruszył szybkim krokiem. Serce tłukło mu w klatce piersiowej jak tłok silnika pracującego na najwyższych obrotach. Chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Ostrożnie zajrzał do środka. Na jednej ze ścian widniała ogromna czerwona litera.

– Ładne… eee… rysunki.
– Tak, Mariuszek mówi, że lubi zrobić coś szalonego i robi. Ale to przecież chyba nic groźnego?
– Nie. Jeszcze się z panią skontaktujemy.

Wychodzili z bloku niezwykle powoli, jakby w obawie przed słońcem.

Autorem wybranego przez nas fragmentu jest (ponownie!;) Czytelnik o nicku kpt. Gołaszewski.
 

Od Redaktora:

A następny odcinek – po wpisie Kapitana – zaczynamy tak:
 
 
– Ta policja nigdy nie będzie skuteczna – powiedział Szulc już w samochodzie, a widząc pytające spojrzenie Muła dodał:
– U nas pozabijają się o stołki i będą żyć, od poziomu Komendy Głównej po trzeciorzędny komisariat kto kogo. Ale żeby posłać kogoś rozgarniętego, by zrobił swoją robotę? Na to nie ma co liczyć. Tak czy inaczej mamy dzień w plecy.
– To nie ten?
– Pewnie, że nie. Widziałeś zdjęcia na regale i telewizorze?
– No… widziałem papieża.
– Ten, który informował nas o zaginięciu też chyba tylko papieża zobaczył – poirytowany Szulc bawił się zapalniczką. Byłem pewien, że porównali zdjęcia tego artysty i karateki z naszym pierwszym ciałem.

Szulc jednak się mylił. Dzień nie był całkiem w plecy. Po południu przyszły wyniki sekcji ze Skaryszewskiego.
 
 
I teraz do tego proszę o ok. 1800 znaków:))

Pozdrówka – mc.

Kontakt w poniedziałek.

Wpis “Paragraf 8” skomentowano 4 razy

  1. Iwona pisze:

    O czym poinformowała go przez telefon niejaka Honorata Kosek, lekarz medycyny sądowej.
    – Pan, nadinspektor Cyprian Szulc? – zapytała uprzejmie.
    – Tak – odburknął Szulc, nie lubił swojego imienia i nie lubił, gdy ktoś się tak do niego zwracał. Pocieszył się myślą, że ona też nie jest posiadaczką najpiękniejszego imienia. – O co chodzi?
    – Mam raport z sekcji zwłok. Próbowałam skontaktować się z prokurator Skalską, ale nigdzie nie mogą jej znaleźć i podano mi pana numer.
    Nie mogą jej znaleźć, pomyślał Szulc. Niemożliwe. Skalska była zawsze tam, gdzie powinna być, nigdy nie wyłączała komórki, można było zadzwonić do nie w środku nocy i zawsze była gotowa do wyjścia. Nie wiedzieć czemu, zaniepokoiła go ta wiadomość. Mimo, to odtrącił od siebie czarne myśli i skupił się na rozmowie z Kosek.
    – Więc co pani dla mnie ma?
    – Niewiele. Chłopak został uduszony sznurem, zanim został powieszony na drzewie. Zmarł mniej więcej 4-5 godzin wcześniej. Poza tym liczne otarcia ciała, ślady walki i… – zawiesiła głos.
    – Tak?
    – Na prawej kostce są ślady cięcia żyletką. – Jej głos wyraźnie się ściszył, jakby bała się własnych myśli, przypuszczeń na temat tych ran.
    – Pewnie go torturowali – podsunął Szulc.
    – Tylko, że… te cięcia… one układają się w 4 litery.
    – Co? – ożywił się. Zaschło mu w gardle. – Jakie?
    – Z Z R P.

    Przez resztę drogi do Warszawy Szulc prawie się nie odzywał. Siedział zamyślony, patrzył przed siebie i odpalał jednego papierosa od drugiego. Klepka spoglądał na niego od czasu do czasu, a on nadmiaru dymu tytoniowego robiło mu się niedobrze.
    – Mógłbyś otworzyć okno? Przecież się tu udusimy! – Nie wytrzymał Klepka.
    Szulc nic nie odpowiedział tylko pokręcił rączką na drzwiach i do samochodu wleciał podmuch ciepłego powietrza.
    – Czemu nic nie mówisz? Myślisz? – Zapytał poważnie Szulca.
    – Ty mógłbyś czasami – odgryzł się nadinspektor.
    – Co?
    Szulc się uśmiechnął. Czego mógł się spodziewać? Że Klepka załapie jego aluzję? To byłoby dla niego zbyt trudne. Zgasił papierosa i sięgnął po telefon.
    – Tu Skalska, nie mogę teraz rozmawiać, zostaw wiadomość. – Usłyszał w słuchawce.
    – Tu Szulc, odezwij się, jak skończysz się ukrywać, mam dla Ciebie zagadkę. – Nagrał się i odłożył telefon. – Klepka mam dla Ciebie zadanie – zwrócił się do niego – pojedziesz na komendę i odbierzesz raport z sekcji, a potem przywieziesz go do mnie. Jasne?
    – Tak, nie jestem głupi – zasępił się Klepka.

    Próg swojego domu przekroczył dokładnie o 22. Włączył telewizję i nalał sobie whisky. Opadł ciężko na fotel i wlepił wzrok w ścianę, na której wisiała reprodukcja „Człowieka witruwiańskiego” da Vinci. Próbował zebrać myśli. Dwa trupy, litera „S”, napis „obcym wstęp wzbroniony”, włóczęga, krwawe litery „Z Z R P”, czy z tego można coś ułożyć? Zastanawiał się nad tym teraz i przez całą drogę. Jego rozważania zakłócił jednak dźwięk dzwonka.
    – Proszę, raport – Klepka podał mu kopertę.
    – Dzięki, widzimy się jutro o 7. – Szulc jak najszybciej chciał zostać sam. Sam ze sobą, ze swoimi myślami.
    Wrócił na fotel. Spojrzał ponownie na obraz. Leonardo Da Vinci. Ostatnio nazwisko tego sławnego malarza kojarzyło mu się tylko z kontrowersyjną książką Browna, której nie czytał, bo nie miał na to czasu. Zaalarmowany jednak przez opinię publiczną o nieprzyzwoitości dzieła, postanowił choć film zobaczyć.
    Poszedł do kina, pierwszy raz od 5 lat, dostał najgorsze miejsce, bo nie pomyślał o wcześniejszym zamówieniu biletu. Mimo to, nie zrezygnował, a obraz okazał się intrygujący. Najbardziej podobała mu się oczywiście Sophie Neveu, a za najlepsza postać uznał arbitralnie Bezu Fache, policjanta. Nagle, jakby doznał olśnienia. Przed jego oczyma ukazał się napis obok zwłok filmowego Jacqua Sauniere „P.S. Znajdź Langdona.” i słowa Bezu: „Jeśli przed śmiercią możesz zostawić wiadomość to, co chciałbyś przekazać?” A potem wziął do ręki raport, odszukał fragment o napisie: „Z Z R P” i oglądnął dokładnie jego fotografię. Tak jest, uśmiechnął się w myślach. Zdjęcie nie pozostawiało wątpliwości, ułożenie liter wskazywało, że zrobił to sobie sam zabity. To jest wiadomość. To są inicjały mordercy!

  2. Cintryjka pisze:

    Na pierwszy rzut oka nie zawierały niczego niezwykłego. Jednak, po zestawieniu z wynikami badań pierwszej ofiary, coś zaczęło Szulca niepokoić.
    Ta, teraz będę się w to wpatrywał jak sroka w gnat, śnił o tym po nocach, czytał na okrętkę, aż do reszty rzuci mi się na mózg i wykrzyknę ?Eureka!?. A zanim to nastąpi, znajdziemy kolejnego trupa. Jeśli będziemy mieli szczęście, to tylko jednego ? zbeształ sam siebie. Wiedział, wszyscy wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na taką stratę czasu. Nadszedł czas na radykalne środki. Nadinspektor zgarnął papiery i udał się do najbliższego monopolowego. Zamierzał złożyć wizytę komuś, kto nie uznawał mleka i roztrzepańca. Sam nie lubił pić, jednak wiedział, że niektórym alkohol nadzwyczajnie wyostrza optykę. A on potrzebował teraz mikroskopowej dokładności.
    Na zapleczu zakładu pogrzebowego ?Rzuć obola? było przynajmniej chłodno, jako że znajdowały się tam, między innymi, chłodnie z czekającymi w kolejce klientami. W jednej z nich, tymczasowo, Szulc umieścił 0,75 Wyborowej. Przypuszczał, że nie postoi tam zbyt długo.
    – To mówisz, że co tam u ciebie? ? zagadnął pogodnie Gwidon, upewniwszy się, że wkład aportowy się chłodzi.
    – A , dwa trupy mam. Poza tym ? nuda. ? Szulc wiedział, że póki nie ma szkła na stole, to i nie ma sensu wykładać swojego interesu. Gwidon był kiedyś technikiem kryminalistyki, najlepszym w swoim fachu. Niestety, lubił wypić, co właściwie nie było niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, z jakimi okropieństwami stykał się na co dzień. Przełożeni rozumieli potrzebę posiadania amortyzatora. Niestety, Komendant Główny, który wpadł kiedyś z niezapowiedzianą wizytą i zastał Gwidona wycinającego po prosektorium hołubce z całkiem ładniutką denatką (kryminalistycznie została już całkowicie wykorzystana), okazał się wyjątkowo niewyrozumiały i zwolnił go dyscyplinarnie. W związku z czym obecnie zajmował się denatami od nieco innej strony. A że swego czasu skończył dwa lata ASP, realizował się artystycznie, przygotowując ich do ostatniej drogi. Efekt bywał surrealistyczny, jako że nie potrafił już zrezygnować ze wspomagania, ale, paradoksalnie, dzięki temu zakład cieszył się coraz lepszą renomą.
    – Pewnie samobójcy. W taki upał to nic, tylko w łeb sobie strzelić ? zażartował Gwidon ? A propos upału ? rzucił, rozstawiając kieliszki, które wydobył nie wiadomo skąd i kiedy…
    – To przecież jasne, jak słońce ? oznajmił pół godziny i trzy kolejki później. Szulc popatrzył na niego z uprzejmym niezrozumieniem.
    – Tatuaż. Mają identyczny. Jeden na lewej łopatce, a drugi, hm, w szeroko pojętej pachwinie. Profesjonalnie zrobiony. Żadna tam fuszerka.
    – No, to może się napijmy? ? zaproponował Szulc, nieco przybity faktem, że Gwidon, będąc praktycznie trzeźwy, wedle swoich standardów, już rozgryzł to, co jego gryzło tak długo. Oj, niedobrze z panem, nadinspektorze. Za dużo cholesterolu ? pomyślał, chwytając kieliszek.
    – Wolnego! A toast? ? zmitygował go kompan i zakrzyknął dziarsko ? Zdrowie nieboszczyków, niech się mnożą, żebym miał z czego żyć!
    Szulc wypił, acz bez przekonania. Jednak wędrówka po warszawskich salonach tatuażu na trzeźwo byłaby z pewnością ponad jego siły.

  3. Geralcik pisze:

    Raport z sekcji miał 5 stron. Szulc przejrzał je pobieżnie, starając się zrozumieć medyczny żargon. Nie wyszło. Nie o tej porze.
    Podniósł słuchawkę i wybrał numer policyjnej kostnicy. Po dwóch dzwonkach ktoś odebrał.
    – Charonkiewicz, z Piekielnej Czeluści – głos był niski i chrapliwy. – Do usług.
    – Heniu? Tu Szulc.
    – Ah, pan nadinspektor. Spodziewałem się telefonu, nie ukrywam. – Nuta rozbawienia w głosie koronera podrażniła Szulca.
    – Ja też nie. Nauczcie się pisać zwięźle i zrozumiale, to nie będzie sprawy. Jednym zdaniem najlepiej. Znalazłeś coś?
    W słuchawce zaszeleściły przerzucane kartki.
    – Facet jest czysty, żadnych śladów napaści, żadnych ran. Ale… – Szulc spodziewał się, że będzie „ale”. Miał nadzieję, ze będzie. – W jakie ustnej i we krwi znaleźliśmy ślady salmeterolu.
    – Co to za świństwo? – spytał Szulc. – Trucizna?
    – Nie. Lek. Rozszerza oskrzela i zapobiega obturacji.
    Szulc wolną dłonią potarł czoło.
    – Słuchaj, Heniu. Naprawdę mów do mnie po polsku.
    W słuchawce dało się słyszeć parsknięcie.
    – Wasz wisielec ze Skaryszewskiego był astmatykiem.
    Dłoń pocierająca czoło zatrzymała się w pół ruchu.
    – I to jest ważne? – zapytał w końcu.
    – Jest. Zgon nastąpił o 2 nad ranem. A według badania krwi ostatnią dawkę leku denat przyjął około południa.
    – No i? – Szulc uderzył się kilka razy w policzek otwartą dłonią. Pomogło. – Za długo?
    – Niby nie. Ale jeśli w międzyczaseie uprawiał sport lub zmęczył się w inny sposób i nie ponowił dawki, mogło sie skończyć w ten właśnie sposób.
    – Jaki? Że ktoś go powiesił na wierzbie?
    – Nie. Że doszło do zwężenia oskrzeli i zmniejszenia przepływu powietrza. Według nas wasz wisielec sam się udusił, bo nie wziął leku.
    Umysł Szulca wskoczył na najwyższe obroty.
    – To jest możliwe?
    – Zdarza się. Człowiek zapomina o najważniejszych rzeczach. A jeśli dorwał jeszcze jakąś panienkę, to na pewno czym innym się zajmował, nie myśleniem o lekarstwach.
    – A dorwał? – Szulc spytał z nadzieją.
    – Nic na to nie wskazuje. Ale mógł się umyć, przebrać i jeszcze przejechać całe miasto. Mówiłem, w grę wchodzi niemal pół dnia.
    – Dzięki, Heniu.
    – Do usług, inspektorze.
    Szulc juz wkładał płaszcz, gdy do pokoju jak burza wpadł Klepka.
    – Szefie! – Muł dłuższą chwilę łapał oddech. – Znaleźliśmy trzeciego…

  4. kpt. Gołaszewski pisze:

    Gęste, nabrzmiałe wilgocią powietrze ciężko snuło się po pokoju i sprawiało, że po czole Szulca spływały strumyczki gęstego potu, goniąc się między sobą w jakimś nieodgadnionym wyścigu, by w ostateczności zniknąć w plątaninie brwi.
    Profesor opierał się o okienny parapet i całkowicie pogrążył w wynikach sekcji.
    – Czy wy tu nigdy nie otwieracie okien?!- krzyknął Szulc.- Przecież tu można oszaleć. Saunę sobie robicie, czy co?
    Klepka, który wcześniej siedział wpatrzony w swe wielki dłonie i kciukami kręcił młynka, teraz spojrzał na Szulca ze zdziwieniem. Dolna warga opadła mu groteskowo na brodę.
    Szulc zatrzymał się przy biurku, wsparł na nim ręce i począł przyglądać się papierom, w zupełnym bezładzie pokrywającym obdrapany blat. Wśród niedokończonych raportów i okólników dostrzegł swoje skierowanie do gastrologa, którego ważność skończyła się już tydzień temu; praca policjanta nie wpływa zbyt kojąco na układ pokarmowy, a dziesięć lat praktyki sprawia, że czujesz jakbyś stale jeździł ogromną kolejką górską.
    Profesor spojrzał na Szulca znad okularów połówek, które zgrabnie zatrzymywały się na końcu jego nosa, swą budową przypominającego dorodnego ziemniaka.
    – Chcesz mi powiedzieć, żebym się nie denerwował, tak?- krzyknął Szulc, nim Profesor zdążył otworzyć usta.- Mam się nie denerwować?! Dobrze, będę spokojny jak baranek. Przyprawię sobie rogi, przykleję wełnę do pleców i będę hasał po zielonej łączce, jeśli udowodnisz mi, że ten facet nie jest kompletnym wariatem. Proszę, czytaj!
    – Daj spokój. Przesadzasz, nie jest jeszcze tak źle. Widziałem już gorsze przypadki. Nie ma co przeżywać.
    Szulc uniósł otwartą dłoń do góry.
    – Nie, Boguś. Chcę usłyszeć wszystko od początku!
    Profesor pokręcił głową, poprawił okulary i utkwił wzrok w kartce.
    -No co ci mam powiedzieć? Wszystko wiesz. Facet około pięćdziesiątki, ma grubszą skórę na opuszkach palców lewej ręki, może to jakiś instrument strunowy, skrzypce czy coś takiego. Poza tym żadnych znaków szczególnych, żadnych wad organizmu, nie licząc prawdopodobnej krótkowzroczności. Czekaj…- Profesor uniósł głowę i spojrzał na Szulca.- A gdzie okulary? Nie było ich, tam gdzie znaleziono ciało. Soczewek nie miał na pewno. Zresztą to na razie nie ważne. Może nie nosił. Sprawa do sprawdzenia.
    Profesor umilkł i począł mruczeć coś pod nosem.
    – Kontynuuj, Boguś, kontynuuj.
    – Uśpiony eterem, później powieszony. Co najlepsze- uniósł palec wskazujący do góry, jakby pokazywał grzesznikom, gdzie na pewno nie trafią po śmierci.- Facet nie umarł poprzez uduszenie, czy zerwanie kręgów szyjnych. To był zawał, zresztą już trzeci. Nasz Grafoman musiał napędzić mu solidnego pietra. Widziałeś już kartkę z żołądka i jak wyglądał jego brzuch. Gdyby pójść tym tropem, to powieszenie jest tu jakąś wskazówką, symbolem, ale na pewno nie powodem śmierci. Załączniki już widziałeś.
    – Daj, chce jeszcze zobaczyć.
    Na zdjęciu blade, nadmiernie otłuszczone ciało, rozlewało się po stole, bez walki poddając bezlitosnemu prawu grawitacji. Od klatki piersiowej do pępka ciągnęła się długa, zaczerwieniona linia, którą przed otwarciem ratowało solidne szycie wykonane białą nicią. Szulcowi wydawało się przez moment, że szrama zatacza serpentyny, układające się w rozchwianą literę ?S?. Natychmiast przegonił tę myśl; tego byłoby za dużo, tego byłoby zbyt wiele
    – No i kartka.
    Profesor ostrożnie wręczył Szulcowi foliową torbę, w środku której znajdowała się mniejsza z pogniecioną kartką w środku. Czarne litery, zapełniające powierzchnię kartki jak legion zdyscyplinowanych mrówek, układały się w następujące słowa: ?WZBRONIONY OBCYM WSTĘP. Szukaj PSA, co nie lubi innych kotów.?

Dodaj komentarz