Paragraf 13

– No, to mamy przesrane – wydyszał Profesor, w ostatniej chwili unikając czołowego zderzenia ze zmierzającym w jego kierunku Szulcem. Odpowiedzią było pytające spojrzenie.
– Gówno wypłynęło – Sztyc pozostawał w obrębie określonego pola semantycznego.

Podał Szulcowi plik kartek, którego dotykał, jakby to była brudna bomba. A był to najnowszy „Bulwar” (TYLKO 89 groszy!), dziennik, który w ostatnich miesiącach szturmem wziął polski rynek prasowy. A to dlatego, że dawał ludziom to, czego chcieli. Pot, krew i łzy. Tym razem to drugie, w ogromnych ilościach. Pierwszą stronę zdobił ociekający posoką tytuł „Kto zaciska pętle w stolicy?”. Dopisek, nieco mniejszą czcionką, zawierał nie mniej dramatyczne pytanie: „Czy reszta kraju jest bezpieczna?”

– Skąd, do ciężkiej cholery, ten chwast ma nasze zdjęcia? – zapytał Szulc. Miał na myśli autora artykułu, Ryszarda Szczypiorka, jednego z najlepszych dziennikarzy śledczych w kraju. Szczypiorek zdawał się przeczyć starej prawdzie, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Szulc go nie lubił. Irytował go jego idiotyczny image (kozia bródka, przywodząca na myśl natkę i, o zgrozo, zielone włosy), zmanierowany styl pisania i dociekliwość, wszechobecność, bezwzględność.
– Komendant mnie powiesi za jaja – skonstatował ponuro.
– Co za zbieg okoliczności, że akurat o nim pomyślałeś – parsknął Boguś. – Chce cię widzieć. Natychmiast.

***

Komendant milczał, jednak pulsująca żyła na jego skroni była wymowniejsza od słów.

– Pan mnie wzywał? – spytał Szulc z głupia frant.
– Ojczyzna pana wzywa, nadinspektorze. A pan szabli nie chwytasz, na koń nie siadasz? LARUM GRAJĄ! – wydarł się z nagła, ciskając w Szulca szpaltą gazety.

Ten nawet jej nie podniósł.

– Widziałem. Tani chwyt.

Komendant aż się zatchnął. Po jakiejś minucie dopiero opanował się na tyle, by się odezwać:

– Tanie? Wiesz, co ja tu mam od rana? Urwanie głowy, pretensje, wyrzuty. Dzwoniło MSW, premier ma się tym osobiście zainteresować. Może raczysz mi wyjaśnić, jakim pierdolonym cudem mniemanym tajne operacyjne zdjęcia policji ogląda dziś cała Polska?
– Powiem, jak tylko się dowiem – Szulc nie tracił zimnej krwi.
– Swoje zagrywki zachowaj sobie dla prasy. Ja chcę konkretów i to natychmiast.

Szulc wziął to do siebie i skierował się do wyjścia.

– Albo dorwiesz tego amatora sznurków, albo powieszę cię za jaja! – pożegnał go krzyk komendanta. 
 
 
Autorką wybranego wpisu jest Czytelniczka o nicku Cintryjka.
 
 
Od Red..:
Pomysł Iwony z Perezem-Reverte i Wiktorem H. (czytaj: ‚igo’) fajny. Red. Czubaj dementuje, jakoby zakladał nową gazetę – lepiej, żeby red. Baczyński nic o tym nie wiedział:).
Co do wpisu wybranego: nie tylko premier się zainteresuje śledztwem, ale także sam min. Ziobro – w wolnych chwilach po ściganiu prezesa PZPN, Listkiewicza:).
Co do ekspresyjnych środków wyrazu: zwróćcie uwagę, że u Henninga Mankella na przykład nie klnie się w ogóle (wprawdzie to Szwecja…), a jaka atmosfera jest.
 
Tak czy inaczej – może IV władza przyda się o tyle, że może teraz zgłoszą się tacy, którzy zidentyfikują zwłoki i śledczy ruszą naprzód. Co z smsami do Szulca? A czy w ogóle ten Szulc ma jakieś życie prywatne?

strzała – mc
 
Następny kontakt w poniedziałek – jadę do Breslau spotkac się z alter ego Eberharda Mocka:).

Wpis “Paragraf 13” skomentowano 7 razy

  1. Lis pisze:

    Siedział w ciemnym pokoju na jakimś kulawym krześle. Na stole z ułamaną nogą leżało dzisiejsze wydanie ?Bulwaru?, a z pierwszej strony zionęło zdjęcie Wisielców Warszawskich (nazwa wymyślona przez redaktora Szczypiorka). ?Więc nareszcie mnie zauważyli? ? pomyślał ? ?Trzeba by sobie było wymyślić jakiś pseudonim. Może Pętlarz ze Stolicy, albo Dusiciel znad Wisły. To musi być coś mocnego. I trzeba wysłać list do prasy. Tylko co oni napisali w tym brukowcu? Porwanie jakiejś kobiety? Wielki Pętlarz miałby porywać jakąś babę? Trzeba to zdementować! W liście!?
    ***
    – Panie nadinspektorze! ? Muł krzyczał z końca korytarza, kiedy Szulc wychodził z gabinetu Komendanta ? Mamy tego pierwszego.
    – Co takiego ? w pierwszej chwili Szulc nie rozumiał o co chodzi.
    – Jakiś człowiek znalazł dowód osobisty. Nasi już porównali wszystko z niego i prawdopodobnie to on.
    – Jakieś dane osobowe jego masz?
    – Marian Karciński lat 39, ma żonę.
    – Nie zgłosiła zaginięcia?
    – Zgłosiła, tylko on nie jest z miasta.
    – A skąd?
    -Z jakiejś wiosko paręnaście kilometrów od Warszawy.
    – Masz dokładny adres?
    – Jest.
    – To trzeba tam pojechać.

  2. Flores pisze:

    „Mam dosyć. Serdecznie, a raczej cholernie – dosyć. Wszystkiego. Niedokończonych spraw, które bledną w ciągu dnia tylko po to, aby nocami wyłonić się z zakamarków umysłu i zabrać sen. Psycholi, dla których zbrodnia staje się, jak to określił jeden z nich, metodą samorealizacji(!). „Kumpli” z pracy i ich szczenięcego entuzjazmu; szczekają wesoło gdy tylko uda im się „rozwiązać jakąś sprawę” , tak jakby to mogło zniwelować wszystkie nasze błędy i dawało mandat do cieszenia się z życia… Ci ludzie nie widzą, że w tej nierównej walce o prawo i sprawiedliwość, ład i porządek, spokój i harmonię – jak zwał, tak zwał, w tej nierównej walce karty zostały przetasowane pod stołem, sędzia jest przekupiony a nasz sufler podpowiada źle…” Szulc przełknął ślinę, która nie wiedzieć czemu wydała mu się gorzka i z powrotem oddal się rozmyślaniom. „Przynajmniej niektórzy będą mieli swoje pięć minut. Wierzba i włóczęga, już za chwilę słynny duet otoczony taśmą, nie policyjną, tylko dziennikarską, zdjęcia, wywiady, UWAGA!, to właśnie tu, właśnie w tym parku, na tym drzewie i na tej właśnie gałęzi zawisł tajemniczy nieznajomy, a ten oto człowiek jako pierwszy widział a nawet DOTYKAŁ zwłok! Panie Bezdomny, jakie to uczucie?”…
    Tego też miał dosyć. Nienawidził dziennikarzy, a tym razem zapowiadało się na to, że szybko spokoju mu nie dadzą. Nie przejął się jednak tym zbytnio. Zanurzony w odmętach pesymizmu, szukał dalszych rzeczy które odbierają radość życia. I jak zawsze osiągnął dno, zadając sobie pytanie: ?Dlaczego, do cholery, nikt nie mówi do mnie po imieniu?!?

  3. Iwona pisze:

    Wpadł do gabinetu. Zatrzasnął za sobą drzwi. Oparł się o ścianę i zapalił. Zaciągną się i wstrzymał oddech, potem powolutku, delektując się ciszą wypuścił z ust dymek tytoniowy.
    I po co mi to było, pomyślał. Sprawa się bardzo komplikuje. Od początku był pewien, że to się źle skończy, a w obecnym kształcie, wygląda bardzo… bardzo niedobrze. Trzy trupy, wszyscy powieszeni. Po co? Żeby chociaż wiedział kim byli. Może, to że informacja rozeszła się po mediach, nie będzie takie złe? Teraz wielu ludzi przyjdzie zgłosić zaginięcie znajomej osoby i szybciej zidentyfikują zwłoki. Z drugie strony, to dziwne, że po czterech tygodniach śledztwa, nie wiedzą jeszcze, czyje zwłoki leżą w kostnicy. A jeśli nie mieli rodziny? Nie mieli nikogo, kto mógł zaniepokoić się ich zniknięciem? Może to obcokrajowcy?
    No i zaginięcie Pytii. Gdzie może być? Możliwości jest aż nazbyt wiele. Trzeba zacząć działać i to natychmiast, nie wiadomo jak wiele czasu jej jeszcze zostało, o ile jeszcze żyje.
    Wyszedł na korytarz.
    – O Profesor, znajdź mi zaraz Muła i Bocheńską. Przyjdźcie do mojego gabinetu. – Polecił.
    – Jasne, szefie – odparł Sztyc i ruszył korytarzem w prawo.
    Po 10 minutach cała czwórka siedział już u Szulca.
    – Słuchajcie, sytuacja jest bardzo nieciekawa i musimy działać – zaczął. Zacząć działać, pomyślał i uśmiechnął się ironicznie w duchu. Od tygodni powtarza to samo, ale efektów brak. – Sztyc, co z tymi sprawami?
    – Nic. – Odparł. – W ostatnich 15 latach nie było nic podobnego. Morderstwa przez powieszenie tak, ale szereg zabójstw, jeszcze z adnotacją w postaci karteczek, nie. Teraz sprawdzam kolejne 15 lat.
    Szulc zmarszczył brwi.
    – Trudno, nasz Grafoman to debiutant.
    – Dlaczego zakładamy, że jedna osoba? – zapytała, dotąd milcząca Adrianna Bocheńska, młodziutka policjantka, która została im wczoraj przydzielona do pomocy.
    – Tak tylko – bez namysłu wyrwał się Muł.
    – Właśnie. – Wstała z miejsca. – Nie chcę być niegrzeczna, ale mam wrażenie, że wszystko do tej pory robiliście, jak to ująłeś „tak tylko”! – Utkwiła wzrok w Szulcu.
    Co ona sobie wyobraża, gówniara? Będzie nas pouczać. Smarkula! Druga Skalska się znalazła. Odetchnął głęboko, żeby się trochę uspokoić. Chce się doigrać, to proszę bardzo.
    – Muł i Bocheńska. Bierzcie zdjęcia trupków i jazda do schronisk dla bezdomnych, szpitali i rozesłać te zdjęcia do innych jednostek, bo coś mi się wydaje, że do tej pory nikt jeszcze tego nie zrobił. Trzeba też rozważyć taki wariant, że to obywatele innych państw. Zajmijcie się tym. – Nabrał powietrza. – Profesor sprawdzi gdzie są i co robią osoby, które Pytia posłał za kratki. Koncentruj się na wyrokach dożywotnich i 25-latkach odsiadki. A ja…
    W tym momencie zadzwonił telefon.
    – Słucham?
    – Tu Skalska. – Usłyszał. – Możesz do mnie przyjechać? Jest tu ktoś, kto bardzo chciałby cię widzieć.

  4. Cintryjka pisze:

    Szulc wiedział, że jeśli się nie prześpi, to i tak do niczego się nie przyda. A teraz musiał myśleć jasno, bo czekała go ważna rozmowa. Ponieważ jednak nie zasnąłby bez przeczytania choćby kilku stron ( lepsza książka niż kieliszek), sięgnął po lekturę porzuconą na nocnym stoliku. Po chwili skonstatował, że musi się cofnąć o co najmniej jeden rozdział, bo nie pamięta nic z tego, co przeczytał poprzedniego wieczora. A dlaczego? Bo w kółko myślał o sprawie! Życie prywatne nie było luksusem, na który mógł sobie teraz pozwolić. Nawet spokojna lektura była dla niego dobrem deficytowym. I czemu się tak poświęcał, angażował? Nie miał złudzeń, nie uważał się za powołanego do wybawiania ludzkości z opresji. Za te marne grosze? Nawet książki kupował głównie po antykwariatach Czerpał jednak coś w rodzaju perwersyjnej przyjemności z czytania, oglądania i generalnie podziwiania galerii rozmaitych wersji archetypu ?szlachetnego gliniarza z obowiązkowymi problemami osobistymi ” w akcji: Marlowe, Calahan, Vimes ? wszystko, czym sam nie był. Egzemplarz, o którym teraz czytał, był mu nieco bliższy. Tak, Ebi Mock nie udawał, że ma jakiekolwiek powołanie poza chlaniem. Niewątpliwie nie był też szlachetny ? kawał sukinsyna. Gdybyż jeszcze miał dobrze w głowie ? byłby idealny. Niestety, Mock był nieźle nawiedzony. O, na przykład teraz, w trzeciej części, wydawało mu się, że ma w domu ducha. Zapamiętać ? jak zacznę widzieć duchy, czas na emeryturę. W jakieś spokojne miejsce z miękkimi ścianami. Jasna cholera! Wiedziałem, że skądś to znam! Morderca z kalendarza ze Śmierci w Breslau też zostawiał kartki. Ale przynajmniej sensowne ? z datami. Dobrze, że Grafoman nie pisze do mnie ad personam, jak ten od ?sprawy czterech marynarzy? do Mocka…niebezpieczna ta literatura, inspiruje różnych wariatów ? pomyślał Szulc, zapadając w objęcia Morfeusza. Zaraz! Jak to nie pisze? A smsy ? ? i Szulc już wiedział, że ze snu, jego jedynej w miarę prywatnej przestrzeni, nici. Fakt, literatura inspirowała.

  5. Iwona pisze:

    ALBO:

    To może od razu mnie powiesisz, pomyślał Szulc i zrezygnowany wyszedł z gabinetu szefa. Powłóczył nogami w stronę swojego ciasnego biura. Zabrał rzeczy i wyszedł z budynku. Postanowił się przespacerować, choć pogoda nie była zbyt sprzyjająca na piesze wędrówki.
    Skręcił na ulice Cynamonową, nawiasem mówiąc najbardziej nietypową ulice w całym mieście. Zawsze czysta i zadbana. Niezbyt długa, sprawiająca wrażenia bardzo kameralnej. Zupełnie odmienna od reszty miasta.
    Przez całą jej długość ciągnęły się niewielkie kawiarenki oraz sklepy z różnymi niezwykłościami, jak kadzidełka, świeczki, dalekowschodnie figurki, tkaniny, dywany itp. Wszędzie mnóstwo kwiatów, kolorowo i przyjemnie. W powietrzu czuć było zapach kawy i cynamonu. Wchodząc na tę uliczkę, wchodziło się jakby do innego świata. Można było oderwać się od codzienności i zapomnieć o problemach.
    Szulc często tu bywał, kiedy tylko miał chwilę wolnego czasu. Najpierw długo przyglądał się wystawom sklepowym, a potem wstępował do „Café au lait” – niewielkiej kawiarenki, serwującej najlepszą kawę z mlekiem na świecie.
    Właścicielką lokalu była 66-letnia Sophie Pavot-Strawska, francuska. Przyjechała do Polski wraz z mężem, zaraz po roku 1989. Przywieźli ze sobą spory majątek i założyli właśnie tą kawiarenkę. Sophie włożyła w inwestycję całe swoje serce i duszę, co sprawiło, że miejsce stało się magiczne i przyciągnęło licznych klientów. Każdy był tu traktowany, jak przyjaciel, nikt nie był anonimowy. Do Sophie przychodzili ludzie na kawę, zwierzyć się, wyżalić, wypłakać. Wszystkich traktowała czule, z szacunkiem. Dla każdego miała czas i dobre słowo. Ludzie odpoczywali psychicznie w tych czarodziejskich czterech ścianach, a przy okazji raczyli swoje podniebienia wyborną kawą.
    Jedenaście lat temu spotkała ją straszna tragedia. Mąż, córka i zięć zginęli w wypadku samochodowym. Sophie bardzo cierpiała, ale musiała zająć się swoją wnuczką, 7-letnią Marcelinką i tylko świadomość, że mała jej potrzebuję, pomogła jej przetrwać ciężkie chwile. Wtedy też poznała Szulca, który zajmował się sprawą nieszczęśliwego wypadku. Od razu połączyła ich bardzo specyficzna relacja. Szulcowi umarła w tym czasie matka, Sophie straciła córkę. Los złączył ich drogi i od tego czasu stali się taką quasi-rodziną.
    – Witaj mój drogi – przywitał go miękki głos Sophie.
    Szulc próbował się uśmiechnąć. Podszedł do stolika przy którym siedziała, pocałował ją w policzek i usiadł obok.
    – Widzę, że masz nienajlepszy humor – stwierdziła i dodała po chwili – plus que jamais.
    – Ta… – wybełkotał – ale nie chcę o tym mówić.
    – To nic, – uśmiechnęła się. – Pomilczymy razem. Marcelina przynieś nam kawy i dwie babeczki.
    Po chwili piękna, szczuplutka brunetka o szmaragdowych oczach przyniosła im dwa kubki wybornej, cynamonowej, intensywnej i cudownie spienionej kawy z mlekiem.

  6. kostka_Maggi pisze:

    – Coś jakby swąd przypalonych jajek czuję. Czyżbyś smażył jajecznicę Szulc? Ze szczypiorkiem? – ironiczny uśmieszek wykrzywił pełne wargi prokurator Skalskiej, która stała obok biurka aspiranta Hala wachlując się najnowszym numerem ?Bulwaru?.
    Szulcowi cisnęła się właśnie na usta zgryźliwa riposta, gdy nagle jego komórka obwieściła mu nową wiadomość:

    GDZIE NAJSZYBSZA W MIEśCIE WINDA
    JUż NIEDłUGO COś ZADYNDA

    – Jadę z tobą – powiedziała prokurator Skalska – najszybciej byłoby metrem, ale ta jedna nitka tak jakby, nie bardzo nam po drodze.

    Okolice daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego wyglądały jak wymiecione. Tylko kordon policji zabezpieczał wszystkie wejścia. Blady strach padł ostatnio na miasto.
    – Wjedziemy na ostatnie piętro i będziemy schodzić – powiedział Szulc.

    Jednak nie było takiej potrzeby.
    Na tarasie widokowym stał już policjant i z niewyraźną dość miną wskazał coś Szulcowi.
    Przyczepiony sznurkiem do barierki, od strony Złotych Tarasów, dyndał poruszany podmuchami wiatru, pokaźny, rozmiaru XXL, albo i nawet XXXL, kondom wypełniony wodą, opasany czerwoną wstążeczką do której przyczepiona była kartka z napisem: UPRASZA SIĘ NIE WYCHYLAĆ. Standardową czcionką.
    – O kurr… – Szulc zdusił wyrywające mu się przekleństwo – połowa stołecznej policji w stanie pełnej gotowości, a ten tu się zabawia.

    Komórka radośnie obwieściła przybycie nowego esemesa.
    CZYżBY PRZEZ NIEWINNY BLEF
    KOGOś ZALEWAłA KREW?

    Szulc poczuł, że ma pianę w kącikach ust. I nie była to bynajmniej piana z piwa.

  7. Geralcik pisze:

    Szulc mógł zapomnieć nawet o chwili snu. Spojrzał spode łba na czekającego w korytarzu Sztyca.
    – Czy byłoby to złamaniem regulaminu, jeśli cię poproszę o dwie czarne i jeszcze kofeinę w tabletkach.
    Boguś uśmiechnął się.
    – Nie żebym się wtrącał, Szefie. Ale na dwie, to prędzej viagra, niż kofeina.
    – Kawy, Boguś. Kawy.
    – Komendant wyrzucił swoje żale?
    Szulc przetarł zmęczone oczy.
    – Powiedzmy, że niedługo to nawet viagra mi nie pomoże. Nie tylko mnie za jaja powiesi, ale dopilnuje, żeby się urwały.
    Profesor klepnął Szulca w ramię.
    – To ode mnie dostaniesz teraz trzy czarne. Na pocieszkę.
    Szulc odpowiedział gorzkim uśmiechem.
    – Za 5 minut w biurze, Boguś.

    Ściana płaczu. Tak Szulc nazwał wynik pracy Profesora. Amerykańskie metody analizy nie pomagały. Zebrane dowody i ślady były znikome. Tylko siąść i zapłakać.
    – Nic więcej nie ma? – spytał.
    Sztyc podwinął rękawy wymiętej koszuli. Sam nie był w lepszym stanie.
    – Nic. Pomyślałbyś, że diabeł wyskoczył i podrzucił nam trzech wisielców. Ale nawet śladów siarki nie ma.
    – Szkoda – mruknął Szulc siorbiąc gorącą kawę. – Mów, co mamy.
    Profesor stanął przed schematem na ścianie, dłonie wsparł na biodrach.
    – Trzej mężczyźni. Biali. Wiek 30-40 lat. Brak śladów napaści, nie ma ran. Pierwszy ma złamany kark, prawdopodobnie przy szarpnięciu liny. Czyli klasycznie. Drugi, astmatyk, zmarł przed powieszeniem. Ktoś musiał zadbać, żeby nie dostał leku. Trzeci uduszony przez pętlę, pewnie umierał najdłużej. Nie na moście, to pewne.
    – Czyli co? – Szulc rozpoczął drugą kawę. – Grafoman przywiózł trupa na most i tam zostawił?
    – Na to wygląda. Inaczej ktoś by zdążył faceta uratować.
    – Dalej.
    – Dalej nie ma nic. Same różnice. Nawet kolor włosów. Blondyn, brunet i szatyn.
    Szulc uśmiechnął się krzywo.
    – No to następny będzie rudy, łysy albo siwy.
    – Albo zielony, jak ta Ania Shirley z Bulwaru.
    Zadzwonił telefon.
    – Tu Szulc.
    – Witam, nadinspektorze – głos był cichy, zimny i nieprzyjemny.

Dodaj komentarz