Paragraf 17

– Szukają cię.

Stał w drzwiach, tak jak wcześniej, pod światło. Szept odbijał się od kamiennych ścian. Skądś znała ten głos, taki cichy, przeciągany.

– Z pewnością już przejrzeli dawne akta. Łączą nitki.

Próbowała sobie przypomnieć ze wszystkich sił. To było coś ważnego. Wiedziała to. Ale nie potrafiła.

– I może cię znajdą. Może zdążą.

Przekrzywił głowę. Nie mogła widzieć oczu, ale była pewna, że na nią patrzy.

– Nie zmieniłaś się przez tyle lat.
– To komplement? – zamiast głosu z jej krtani dobył się tylko skrzek. Skrzywiła się.

Mężczyzną wstrząsnął zduszony kaszel. Dopiero po chwili zrozumiała, że on się śmieje. Cicho i chrapliwie.

– Ani trochę się nie zmieniłaś.

Odwrócił się.

– Zbieraj siły. Jeszcze nie skończyliśmy.

Drzwi zamknęły się ze zgrzytem, odcinając światło i nadzieję.

*

– To co jest z tym gościem od Zielińskiej? – spytał Szulc, gdy wrócili do biura.
– Niby nic. – Klepka opadł na fotel. – Dzielnicowy sprawdza go w każdy piątek. Podpisuje papiery i tyle. Mieszka w wynajętym lokalu na Zarzeczu.

Szulc uniósł brew.

– No to faktycznie niezły z niego szajbus.
– 15 lat na prochach, Szefie. Pewnie już mu wszystko jedno.
– Coście znaleźli? – spytał Profesor, stając w drzwiach.

Szulc rzucił w niego teczką znalezioną przez Klepkę.

– Młody ma podejrzanego. Wariata wsadzonego przez Pytię w ’91.

Profesor przerzucał papiery w milczeniu. Po chwili wyjął z nich dużą fotografię.

– To ten?

Klepka pokiwał głową z entuzjazmem.

– Tak jest, panie Bogusławie. Nawet wygląda na takiego, co zbrodnie ma we krwi.

Sztyc pokiwał powoli głową.

– No to, panowie śledczy, chyba mamy poważny problem – stwierdził w końcu.

Szulc i Klepka popatrzyli po sobie, zdziwieni.

– Bo widzicie… – Profesor podszedł do ściany ze schematem i przyłożył fotografię do jednego z przyklejonych tam zdjęć. – Przed kilkoma godzinami wasz podejrzany zawisnął na pewnym starym Moście.
 
 
Autorem wybranego wpisu jest Geralcik.
 
 
Od Redaktora:

Pomysł Lisa – ok, ale poczekajmy jeszcze z trupami. W niedługim czasie czeka Was niespodzianka. Ale nie uprzedzajmy wypadków…

pozdrawiam – m.
I do poniedziałku!

Wpis “Paragraf 17” skomentowano 7 razy

  1. morkel pisze:

    Uważają mnie za hienę, istotę żerującą na najniższych instynktach, kogoś kto gotów jest sprzedać własną matkę, zdradzić przyjaciół, kłamać i posunąć się do najgorszych czynów. Nie obchodzi mnie to. Mogą sobie mówić i myśleć co chcą. Dla mnie liczy się tylko to by dobrze wykonywać swoją pracę. Jestem dziennikarzem. Informuję ludzi i robię to dobrze. Nie lubią mojego stylu ale muszą przyznać, że jestem skuteczny. Nie utrudniam pracy policji, tak naprawdę poza odszukiwaniem kolejnych trupów nie zrobili nic. Nie znają nawet tożsamości ofiar. A ja jestem co najmniej dwa kroki przed nimi. Minął tydzień od publikacji pierwszego artykułu nim Szulcowi przyszło do głowy by do mnie zadzwonić.
    – Szczypiorek, wiesz że mogę cię aresztować za utrudnianie śledztwa? ? nie zaczął zbyt przyjaźnie.
    – Utrudnianie? Zdaje się że policja powinna chronić obywateli. Zginęło trzech mieszkańców i czy zrobiliście cokolwiek by chronić miasto? Ja poinformowałem obywateli o niebezpieczeństwie. A tak poza tym nazywam się Mauer.
    – Nie denerwuj mnie Szczypiorek! Skąd miałeś zdjęcia?
    – Panie komisarzu, proszę przyjąć do wiadomości że nie jestem waszym wrogiem. Proszę zacząć zadawać właściwe pytania, bo za chwilę skończę tę rozmowę i wkrótce może się okazać, że to prasa a nie policja znalazła mordercę. ? Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
    – Dobra, co wiesz?
    – Panie komisarzu, wiem że dowiedzieliście się kim był trup na moście. Dam wam spokojnie pracować i nie opublikuję tego. Proszę przyjąć to jako gest dobrej woli z mojej strony.
    – Szczypiorek! Nie potrzebuję żadnych gestów dobrej woli z twojej strony jasne? Muszę wiedzieć co wiesz.
    – Jak powiedziałem nie opublikuję nazwiska ofiary z Augustowskiego – ciągnąłem spokojnie. Zawiesiłem dramatycznie głos by przygotować go na to co mam mu do powiedzenia: – W piątek natomiast opublikuję nazwisko drugiej ofiary Grafomana. Jeżeli jest pan gotów na współpracę ze mną pozna je pan już dziś. Idzie pan na to?
    – Wal się Szczypiorek! – krzyknął i się rozłączył.

  2. Lis pisze:

    Szulca poderwało z krzesła. Stracił jedynego podejrzanego. Nagle na korytarzu rozległy się kroki, i podniesiony głos Komendanta:
    – Zapewniam pana, że sprawą Grafomana zajmują się nasi najlepsi ludzie
    – Chciałbym dowiedzieć się, co to za ludzie.
    Szulc już rozjuszony do reszty kazał sprawdzić Klepce, co dzieje się na korytarzu. Muł skoczył do drzwi, i ostrożnie otwierając wychynął, po czym szybko wrócił na krzesło, zamykając za sobą drzwi. Krzesło jednak nie wytrzymało nagłego uderzenie ciężaru policjanta, i razem z nim przewróciło się na podłogę.
    – Szefie mamy problem ? zaraportował zbierając się z dywanu.
    – Co jest?!
    – Idzie do nas premier Rzeczypospolitej Polskiej.
    – Co?!
    Drzwi się otworzyły, i weszło dwóch ludzi: premier, i komendant. Komendant osłupiał widząc Klepkę, który nadal leżał na podłodze. Chwilę potem zwrócił się do premiera:
    – Chciał ich pan poznać panie premierze. Oto oni.
    – Mam nadzieję, że podczas pracy z terenie nie wypadają tak samo jak tu ? spojrzał wymownie na Muła, który najszybciej jak tylko mógł próbował wstać z dywanu
    – Zapewniam pana, to nasi najlepsi ludzie.
    – Najlepsi? To nie chcę, żeby mi pan pokazywał tych, którzy są tutaj najgorsi.
    – Więc, panie premierze, to jest, nadinspektor Szulc, młodszy aspirant Klepka, oraz podkomisarz Sztyc.
    – Witam panów. Chciałbym się dzisiaj wieczorem z wami spotkać w restauracji ?Bon Vache? w Centrum. Chciałbym poznać najważniejsze szczegóły sprawy.
    Premier wyszedł, a za nim podreptał komendant.

  3. Iwona pisze:

    – Zawisł na moście? – Szulc aż usiadł, nie mógł przetrawić tej informacji. Już pojawiło się jakieś małe światełko, a tu znowu zapadła ciemność.
    – No tak – odparł Profesor. – Zdaje się, że to było samobójstwo, przy jego zwłokach znaleźliśmy list do matki.
    Szulc spojrzał w okno, zbierało się na burzę. Wszystko wydawało się takie chaotyczne. Trupy, zaginiona Pytia, samobójca. „Nic nie trzymało się kupy, syneczku”, jakby powiedział jego ojciec. Oni też nie trzymają się niczego, zero śladów, zero pomysłów, zero podejrzanych, od kilku tygodni kręcą się w kółko. Żeby chociaż wiedział, kim byli zabici…
    – Nie może tam pan wejść – cała trójka odwróciła się w kierunku drzwi, za którymi dało się słyszeć piskliwy głosik Solskiej, młodej policjantki, która obecnie robiła raczej za sekretarkę Szulca. – Nadinspektor jest zajęty, proszę przyjść później.
    – Wie pani, kim jestem? – Głos nieznajomego robił się agresywny. Ten głos wydał się Szulcowi bardzo znajomy. Wstał, podszedł do drzwi, już miał chwycić za klamkę, kiedy nagle drzwi otworzyły się, uderzając go prosto w twarz.
    – Szulc, wybacz stary, nie wiedziałem, że tu stoisz.
    – Nic się nie stało – odsunął rękę od twarzy i z przykrością zaobserwował, że cieknie mu krew z nosa. – Co się gapisz Klepka? Podaj mi chusteczkę.
    – Co Ty tu… – zwrócił się do przybysza.
    – Nie czas na powitania, zbieraj się Szulcu, jedziemy do Katowic. – Postawny mężczyzna, mnie więcej w wieku Szulca chwycił go za ramię i nie zwracając na pozostałą dwójkę uwagi, wyprowadził go z biura.
    – Ale, po co Broszek? – spytał, wciąż oszołomiony.
    – Chyba chcesz porozmawiać z żoną jednej twoich ofiar, nie? – Puścił go i otworzył drzwi do samochodu. Widząc, że kolega wciąż patrzy na niego podejrzliwie, odetchnął spokojnie, oparł się łokciami o dach Forda i spojrzał mu prosto w oczy. – Czytałem gazete, potem zmusiłem Walika, żeby pokazał mi zdjęcia denatów. Od razu jeden wydawał mi się znajomy. Ta myśl chodziła za mną przez kilka dni i nagle mnie olśniło. To jest wędkarz, łowił na tym samym jeziorze, co ja. – Usiadł na miejscu kierowcy i trzasnął drzwiami. – Wsiadał do cholery.
    Cztery godziny później parkowali już na Korfantego, gdzie mieli spotkać się z wdową, po pierwszym trupie.

  4. Cintryjka pisze:

    Nie. Tylko nie to. Znowu w punkcie wyjścia? Choć nie do końca.
    – Miał ją? ? zapytał Szulc, właściwie sam siebie, tyle że na głos.
    – Ciężko powiedzieć. W trakcie sekcji znaleźli jakiś materiał organiczny za jego paznokciami, więc możliwe, że z kimś walczył. Są też jakieś włosy w jego ubraniu. ? Profesor przed chwilą skonsultował się telefonicznie z Charonkiewiczem ? Ale nie mamy materiału porównawczego.
    – To ja podjadę do jej mieszkania, znajdę szczotkę do włosów czy coś ? zgłosił się ochoczo Muł. Za nic nie chciał zostać teraz z szefem. Miał silnie rozbudowany instynkt samozachowawczy, a Szulc, na jego oko, przypominał teraz bombę zegarową, której do detonacji pozostały dosłownie sekundy.
    – I od razu na porównawczą. Do Henia. ? zgodził się Sztyc, bo Szulc był zbyt zajęty swoimi myślami, krążył po biurze jak osaczone zwierzę. Rozpaczliwie chciał działać. Kwadrans, drugi. Profesor miał nadzieję, że sobie nie przypomni. Niestety, właśnie wtedy jego sfrustrowany partner doznał olśnienia.
    – Masz go? ? rzucił krótko. Kłamstwo nic by nie zmieniło. Zatem Profesor powiedział prawdę:
    – Jest w przechowalni. Trochę się stawiał, ale Arnold go zgasił.
    ***
    Dziennikarz śledczy Ryszard Szczypiorek najpierw był zaskoczony. Nikt nigdy wcześniej go nie aresztował. Potem zdziwienie przeszło w oburzenie. Jak śmieli? Jego? Co to przed narodem niesie kaganiec prawdy i prawości? Widząc, że nikt nie zwraca uwagi na jego wrzaski, jeszcze raz przemyślał sytuację i odczuł z kolei podniecenie. To dopiero będzie reportaż! Hm, jakby tu…ZBRODNIARZE POD NOSEM ŚLEPEJ TEMIDY? Z tytułami zawsze miał problem. Tytuł na końcu. Naszkicował już trzy brudnopisy artykułu i cyzelował czwarty, gdy do kanciapy wpadł rozwścieczony Szulc, a za nim, dużo spokojniej i cicho zamknąwszy drzwi, wszedł Sztyc.
    – O, dobrze, że pana widzę, nadinspektorze. Może pan mi w końcu wyjaśnia, co mi się zarzuca? ? zapytał Szczypiorek, udając, że wcale się nie boi. Ale Szulc złapał go garścią za kołnierz i zbliżywszy twarz do jego twarzy obnażył marną mistyfikację.
    – Zaraz tobą zarzucę, jeśli w tej chwili nie powiesz, skąd miałeś zdjęcia.
    – Nie mogę. Muszę chronić źródła informacji.
    – A myślałem, że przede wszystkim własny tyłek? Chcesz iść siedzieć za utrudnianie śledztwa i kradzież materiału dowodowego?
    – Każdy sąd mnie uniewinni!
    – Wiesz, ile teraz trwają procesy? A już my się postaramy, żeby sąd osadził cię w areszcie. W starannie wybranej celi, z której, zapewniam cię, niezależnie od wyroku, nie wyjdziesz już taki niewinny.
    Na szczęście ( lub niestety, zależnie od punktu widzenia ) zadzwoniła komórka Szulca. Odebrał wolną ręką.
    – Mów, Heniu.
    – Część włosów tożsama.
    – Jak to: część?
    – Po prostu. Reszta i kawałki naskórka spod jego paznokci pochodzą od innej osoby.
    – Grafoman. Próbuj identyfikacji.
    – Za kogo ty mnie masz? Wynik negatywny. Nie był notowany. Że też nie mieszkamy w USA…
    – Dzięki mimo wszystko. Na razie. ? i Szulc spojrzał na Szczypiorka. O dziwo ? wystarczyło. I dobrze, bo Profesor już szykował się do interwencji.
    Jak Boga kocham, nie wiem! Ktoś mi je podrzucił. Powiedział, gdzie i kiedy będą. Pojechałem ? były.

  5. Geralcik pisze:

    – Jest godzina szósta, a nad naszym miastem zbierają się czarne chmury. Lepiej zabierzcie dziś ze sobą parasole i płaszcze, bo będzie padało, oj będzie…
    „Chmury zbierają się od miesiąca.”
    Szulc otworzył oczy.
    Te kilka godzin snu nie na wiele się zdały. Po druzgocącej nowinie Profesora postanowił dać wszystkim kilka godzin odpoczynku. Należało im się. A Szulcowi w szczególności.
    Podniósł się powoli i usiadł na brzegu łóżka. Poprzedniego wieczora nie dał rady się nawet rozebrać. Padł w ciuchach i niemal od razu zasnął. A teraz czuł się jeszcze bardziej zmęczony.
    „To świadomość porażki” – tłumaczył sobie, ściągając przepoconą koszulę. „Robię się na to za stary, a te gnojki po drugiej stronie barykady za sprytne.”
    Przetarł dłonią piekące oczy i przygładził włosy. W ustach miał posmak, jak na niezłym kacu. Pachniał też nie najpiękniej.
    „Ciekawe, jak życie mi dzisiaj dokopie.”
    Zimna woda podziałała. Stał pod prysznicem dobry kwadrans, zanim zdecydował, że ma dość. Lodowata woda spłukała zmęczenie i odświeżyła. Ale golić się nie zamierzał. Nie po tym, jak spojrzał wprost w czerwone oczy monstrum, gapiącego się na niego z lustra nad umywalką.
    „Chryste…”
    Z przedpokoju dobiegło pukanie do drzwi. Mocno, trzy razy. Po chwili znów. Szulc owinął się w ręcznik i poszedł otworzyć.
    Za drzwiami nikogo nie było, tylko pusty korytarz śmierdzący lizolem. Pewnie jakiś smarkacz chciał podrażnić sąsiada z samego rana.
    Koperta była przyklejona do drzwi zwykłą taśmą do papieru. Na białym papierze ktoś niebieskim długopisem napisał jego nazwisko. Oderwał ją i otworzył.
    „Wewnętrzny dziedziniec Zamku Królewskiego, o ósmej. Przyjdź sam i nikomu ani słowa. I smacznego.”
    Szulc osłupiał. Na schodach, w reklamówce leżał karton mleka i kilka bułek. Były jeszcze ciepłe.

  6. kpt. Gołaszewski pisze:

    – Pamiętasz ojca tej dziewczyny, Boguś?- powiedział Szulc niewyraźnie, walcząc z bułką o konsystencji gumy; z ust wystawał mu kawałek zmęczonej sałaty.- Całe dnie przesiadywał z Pytią, gadał o tej dziewczynie. I Jola znalazła tego skurczybyka, znalazła go. Ją też znalazła, niestety. Twarz miała taką, jakby ją kto oblał sosem pomidorowym. Na rozpoznaniu facet zawału by dostał. Ech…
    Profesor skrzyżował dłonie i wsparł na nich brodę; wątrobiane plamy kontrastowały z bielą koszuli.
    – Myślałem, że faceta wsadzą w kaftan razem z tym wariatem. Chodził jakiś taki, dziwny, nieobecny. Coś tam mamrotał do siebie. Zresztą, ja mu się nie dziwię. Będzie go trzeba odwiedzić; szkoda mi faceta, ale nie wiadomo, co mu przyszło do głowy.
    Szulc położył resztkę bułki na papierowej tacce i rozparł się na krześle. Muł utkwił wzrok w plastikowym kubeczku pełnym lurowatej kawy.
    – Szefie…- powiedział nagle, ciągle wpatrując się w karbowaną powierzchnię quasinaczynia- Tak myślałem, że może…No, chodzi mi o urlop. Dwa, trzy dni.
    Szulc wyprostował się, Profesor przestał przeglądać akta i spojrzał na Muła znad okularów zsuniętych na sam czubek nosa.
    – Co!? Urlopu ci się zachciało!?
    – Chciałem jechać, trochę się rozerwać. Na festiwal taki jechać.
    Szulc podniósł się z krzesła i począł krążyć po pokoju.
    – Festiwal!? Jaki znowu festiwal?
    Muł jakby zmalał. Spuścił głowę, brodą zahaczając o klatkę piersiową.
    – Do Jarocina. W telewizji, to nawet taki doktor, co w ?Polityce? pisze, o nim mówił.
    Szulc zatrzymał się i spojrzał na Muła wzrokiem tak zimnym, że pozazdrościłaby mu go sama Królowa Śniegu.
    – Co mnie obchodzi, co jakiś tam lekarz sobie mówi. Ty masz pracować. Rozumiesz? Pra-co-wać!
    – To nie lekarz. Jemu chodziło o tytuł naukowy- powiedział Profesor.
    – Boguś, ty to się lepiej nie odzywaj. Ja wiem, jakie ty masz płyty w domu. Ja wiem.
    Szulc znowu usiadł na krześle i po chwili podniósł się tak gwałtownie jakby poraził go prąd.
    – Teraz do niego pojedziemy. Ty ze mną. Nauczysz się wreszcie pracować!- złapał Klepkę za ramię grube jak krowie udo i podniósł go z krzesła.
    – Gdzie jechać? Gdzie jechać?- pytał Muł, lecz jego pytania pozostały bez odpowiedzi. Wyglądał jak aportujący pies, który właśnie wpatruje się w patyk podrygujący w ręce właściciela.
    Kiedy Szulc wychodził, Profesor powiedział:
    – Wiesz, jakby co, to na razie przymknij oko. Bądź jak Poirot w ?Orient Expressie?.
    Profesor został sam, siedząc w półmroku i powoli opadając w kojące objęcia Morfeusza.
    – Bądź jak Poirot w ?Orient Expressie?- rzekł, nim z jego gardła dobyło się pierwsze, nieśmiałe chrapnięcie.

  7. kpt. Gołaszewski pisze:

    – Mówiłem ci już, że nic się nie zmieniłaś?- Zacieniona, męska sylwetka stała w rogu piwnicy, wciśnięta między szafkę z ogórkami kiszonymi, a półkę zastawioną pękatymi słojami pełnymi śliwek w occie.
    Żarówka uwięziona w metalowym kagańcu, przegoniła gęstą czerń, przepełniając pomieszczenie mdłym światłem.
    – Pij, bo ci wystygnie- powiedział mężczyzna.- Nie mogłem wyjść wcześniej i kupić. Mogli mnie znaleźć. Ale pamiętałem, że to twój przysmak.
    Drżąca dłoń ostrożnie zbliżyła się w stronę kubka; para unosiła się w ciężkim powietrzu, tworząc plątaninę esowatych wzorów. Kobieta chwyciła za ucho i zbliżyła rozgrzaną porcelanę do ust. Napiła się. Ciepła ciecz wypełniła skurczony żołądek.
    – Pochłaniałaś to litrami jak szukaliśmy mojej dziewczynki.- Głos zaszeleścił niczym suche liście. Mężczyzna zaśmiał jak śmiałyby się szczury, gdyby tylko potrafiły to robić.- Udałem, że to niby on. Lina i ta kartka. Wszystko jak trzeba. Zrobiłem to, bo oni nie chcieli tego zrobić. Grafoman i Grafoman, Grafoman i Grafoman i nic więcej, więcej nic, nic, nic.
    – Martwiłem się też o ciebie. Przecież mógłby ci coś zrobić. A oni o tym nie pomyśleli. A oni o tym nie pomyśleli. Oni tym pomyśleli nie o a. A oni o tym nie pomyśleli!
    Kobieta podkuliła nogi i cofnęła się, opierając plecy o zimną, oślizgłą ścianę.
    – Nie bój się nic nie zrobię. Będę cię tutaj przed nim chronić. Będzie ci dobrze. Będzie dobrze. O, tak!
    Mężczyzna sięgnął w stronę szafki i dłonią wielką jak świeżo wypieczony bochen chleba pochwycił słoik z ogórkami. Rzucił go przed siebie. Szkło rozsypało się na podłodze, tworząc wraz z ogórkami groteskową mozaikę.
    – Miała to szkło na twarzy. Bolało ją to, wiesz?- rzekł mężczyzna.- Ale musisz go znaleźć. Tego Managrafo, znaleźć musisz, musisz. A co będzie jak zrobi mojemu synowi coś, co będzie? Pomyślałaś o tym! Nie, nie pomyślałaś, pomyślałaś nie! Ale dasz radę, prawda? Dasz radę?
    Ruszył w stronę drzwi. Zgasił światło. Pokój znów wypełniła ciemność gęsta jak smoła. Mężczyzna, wychodząc z piwnicy nucił słowa jakiejś, nieznanej kobiecie, melodii:

    ?Droga Jolu, gdybyś chciała,
    gdybyś bardziej się starała;
    skojarzyła fakty, daty,
    nie zraniła serca taty…?

Dodaj komentarz