Paragraf 18

Uważają mnie za hienę, istotę żerującą na najniższych instynktach, kogoś kto gotów jest sprzedać własną matkę, zdradzić przyjaciół, kłamać i posunąć się do najgorszych czynów. Nie obchodzi mnie to. Mogą sobie mówić i myśleć co chcą. Dla mnie liczy się tylko to by dobrze wykonywać swoją pracę. Jestem dziennikarzem. Informuję ludzi i robię to dobrze. Nie lubią mojego stylu ale muszą przyznać, że jestem skuteczny. Nie utrudniam pracy policji, tak naprawdę poza odszukiwaniem kolejnych trupów nie zrobili nic. Nie znają nawet tożsamości ofiar. A ja jestem co najmniej dwa kroki przed nimi. Minął tydzień od publikacji pierwszego artykułu nim Szulcowi przyszło do głowy by do mnie zadzwonić.
– Szczypiorek, wiesz że mogę cię aresztować za utrudnianie śledztwa? ? nie zaczął zbyt przyjaźnie.
– Utrudnianie? Zdaje się że policja powinna chronić obywateli. Zginęło trzech mieszkańców i czy zrobiliście cokolwiek by chronić miasto? Ja poinformowałem obywateli o niebezpieczeństwie. A tak poza tym nazywam się Mauer.
– Nie denerwuj mnie Szczypiorek! Skąd miałeś zdjęcia?
– Panie komisarzu, proszę przyjąć do wiadomości że nie jestem waszym wrogiem. Proszę zacząć zadawać właściwe pytania, bo za chwilę skończę tę rozmowę i wkrótce może się okazać, że to prasa a nie policja znalazła mordercę. ? Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
– Dobra, co wiesz?
– Panie komisarzu, wiem że dowiedzieliście się kim był trup na moście. Dam wam spokojnie pracować i nie opublikuję tego. Proszę przyjąć to jako gest dobrej woli z mojej strony.
– Szczypiorek! Nie potrzebuję żadnych gestów dobrej woli z twojej strony jasne? Muszę wiedzieć co wiesz.
– Jak powiedziałem nie opublikuję nazwiska ofiary z Augustowskiego – ciągnąłem spokojnie. Zawiesiłem dramatycznie głos by przygotować go na to co mam mu do powiedzenia: – W piątek natomiast opublikuję nazwisko drugiej ofiary Grafomana. Jeżeli jest pan gotów na współpracę ze mną pozna je pan już dziś. Idzie pan na to?
– Wal się Szczypiorek! – krzyknął i się rozłączył.

***
Szulc spojrzał w okno, zbierało się na burzę. Wszystko wydawało się takie chaotyczne. Trupy, zaginiona Pytia, samobójca. ?Nic nie trzymało się kupy, syneczku?, jakby powiedział jego ojciec. Oni też nie trzymają się niczego, zero śladów, zero pomysłów, zero podejrzanych, od kilku tygodni kręcą się w kółko. Żeby chociaż wiedział, kim byli zabici?
– Nie może tam pan wejść – cała trójka odwróciła się w kierunku drzwi, za którymi dało się słyszeć piskliwy głosik Solskiej, młodej policjantki, która obecnie robiła raczej za sekretarkę Szulca. – Nadinspektor jest zajęty, proszę przyjść później.
– Wie pani, kim jestem? – Głos nieznajomego robił się agresywny. Ten głos wydał się Szulcowi bardzo znajomy. Wstał, podszedł do drzwi, już miał chwycić za klamkę, kiedy nagle drzwi otworzyły się, uderzając go prosto w twarz.
– Szulc, wybacz stary, nie wiedziałem, że tu stoisz.
– Nic się nie stało – odsunął rękę od twarzy i z przykrością zaobserwował, że cieknie mu krew z nosa. – Co się gapisz Klepka? Podaj mi chusteczkę.
– Co Ty tu? – zwrócił się do przybysza.
– Nie czas na powitania, zbieraj się Szulcu, jedziemy do Katowic. – Postawny mężczyzna, mnie więcej w wieku Szulca chwycił go za ramię i nie zwracając na pozostałą dwójkę uwagi, wyprowadził go z biura.
– Ale, po co Broszek? – spytał, wciąż oszołomiony.
– Chyba chcesz porozmawiać z żoną jednej twoich ofiar, nie? – Puścił go i otworzył drzwi do samochodu. Widząc, że kolega wciąż patrzy na niego podejrzliwie, odetchnął spokojnie, oparł się łokciami o dach Forda i spojrzał mu prosto w oczy. – Czytałem gazete, potem zmusiłem Walika, żeby pokazał mi zdjęcia denatów. Od razu jeden wydawał mi się znajomy. Ta myśl chodziła za mną przez kilka dni i nagle mnie olśniło. To jest wędkarz, łowił na tym samym jeziorze, co ja. – Usiadł na miejscu kierowcy i trzasnął drzwiami. – Wsiadał do cholery.
Cztery godziny później parkowali już na Korfantego, gdzie mieli spotkać się z wdową, po pierwszym trupie.

Od Redaktora:
witam, dziś wpis kombinowany, ze zmianą perspektywy narracyjnej:) i lekkim skrótem drugiego wpisu. Red. Szczypiorek oczywiście kłamie: gdyby znał drugie nazwisko, na pewno by je opublikował. Czyli: jeśli je zna, opublikuje.

W spawie wpisu Lisa: premier u Szulca, hm… Szulc na kolacji z premierem? Biorąc poprawke na polskich premierów, mam watpliwości:)) Chociaż lepiej, by był to premier niż minister znany z arcydzieła awangardowego pt. „Samodzielna instalacja gazowa” i serialu „Śmiertelne jacuzzi”. By nie mylić z Yakuzą…

Na Wasze propozycje czekamy do czwartku…

trzymajcie się – m.
 
PS.: … a nawet i piątku. Tak się złożyło, że ponownie zaniosło mnie do Breslau, tym razem na promocję książki „Festung…” Marka Krajewskiego (i nie dziwota: Wrocław – miasto spotkań!;).
Tymczasem – piszcie, tropcie i do zobaczenia jutro (okolice godziny Wu:)!

mc

Wpis “Paragraf 18” skomentowano 3 razy

  1. Iwona pisze:

    – Ona wie, że przyjedziemy? – zapytał Szulc.
    – Jasne, dzwoniłem do Walika, żeby ją uprzedził. – Odrzekł.
    – A Ty? Co robiłeś w Warszawie? Chyba nie przyjechałeś specjalnie po mnie?
    – Eee… nie – odparł niepewnie. – Byłem u syna mojej klientki.
    Wysiedli z auta. Szulc rozglądnął się dookoła. Jak długo nie był już w Katowicach, dwa, trzy lata? „Okropne miasto”, pomyślał. Jednak mimo wszystkich mankamentów tego miejsca, to jednak czuł do niego pewnego rodzaju przywiązanie. W Katowicach spędził najlepsze lata swojego życia. Poznał tu swoją żonę. Zawsze zastanawiał się, czy gdyby stąd nie wyjechali, to ona jeszcze by żyła.
    – A jak tam Twoja firm? – zagadnął Szulc.
    – A dobrze. Dziękuję.
    Aleksander Broszkiewicz był dobrym przyjacielem Szulca. Poznali się w Warszawie, razem pracowali. Dziesięć lat temu, podczas akcji Broszek został postrzelony i trafił na kilka miesięcy do szpitala, potem długo się leczył. Jego żona kategorycznie zażądała, aby zmienił pracę. Nie odszedł, w każdym razie jeszcze nie wtedy. Przełożony posadził go za biurkiem i to przesądziło, że Broszkiewicz postanowił zrezygnować z dalszej pracy. Założył własną, prywatną firmę detektywistyczną i od tego czasu Szulc widywał się z nim rzadko. Broszek zjawiał się, jak potrzebował pomocy, informacji, albo żeby pochwalić się sukcesami. Choć detektyw dobrze się maskował, to nadinspektor i tak dobrze wiedział, że jego kolega wciąż tęskni za pracą w policji.
    – Pukaj – uśmiechnął się Broszek. – Ty będziesz rozmawiać.
    Szulc przełknął ślinę i zastukał cicho.
    – Proszę wejść – usłyszeli.
    W środku czekał na nich komisarz Walik i mniej więcej czterdziestoletnia brunetka. Ładna, dobrze ubrana, z wyniosłym spojrzeniem, w ogóle nie pasowała do tej okolicy, a do tego mieszkania w szczególności.
    – Dzień dobry pani – grzesznie przywitał się nadinspektor. – Pani tu mieszka?
    – Nie – odparła chłodno. – Milena Rozwadowska. – Przedstawiła się i podała mu rękę. – To mieszkanie mojej siostry, prosiła aby znalazła na nie kupca. Dziś mamy podpisać umowę. Dlatego tu panów zaprosiłam. Mam nadzieję, że będą się panowie streszczać.
    Dwie rzeczy rzuciły się Szulcowi w oczy. Pewność siebie pani Rozwadowskiej i brak smutku z powodu straty męża.
    – Kiedy ostatni raz widziała pani męża?
    – Hm… – zastanowiła się. – 1 czerwca. To był Dzień Dziecka, był u mnie odwiedzić naszego syna. Potem już go nie wiedziałam.
    – O której wyszedł?
    – Zdaje się, że po 17… tak, na pewno po siedemnastej. Mówił, że jest z kimś umówiony na 18 i musi iść.
    – Z kim był umówiony?
    – Nie mam pojęcia. – Podeszła do okna i zapaliła papierosa. – Wie pan, my… jesteśmy, to znaczy byliśmy małżeństwem, ale od trzech lat żyliśmy osobno. Jedyne co nas łączyło, to umowa cywilnoprawna i syn.
    – Dobrze, a co pani maż mógł robić w Warszawie?
    – Mój mąż był pisarzem…
    – Pisarzem? – Szulc zbliżył się do kobiety. – Co pisał?
    – Kryminały. – Padła odpowiedź.
    – Może chciał spotkać się z wydawcą? – Szulc poczuł, że znalazł się na dobrym tropie.
    – Możliwe. Zamyśliła się. – Nawet bardzo. Kiedy u mnie był mówił coś o jakiejś nowej książce. Jaki ona miała tytuł… hm… – zaciągnęła się i zmrużyła oczy. – Zabroniony, wstęp wzbroniony, „obcym wstęp wzbroniony”, jakoś tak to było.

  2. Geralcik pisze:

    – I po to mnie tu przywiozłeś? Żebym słuchał półgodzinnych lamentów staruszki? Ja w sobie nie mam już za grosz współczucia, Broszek. Potrzebuję konkretów!
    – Masz konkretne nazwisko ofiary – zasugerował Broszek.
    Szulc spiorunował go wzrokiem.
    Stali przed jedną z kamienic przy Korfantego. Przed nimi wznosiła się szklana bryła budynku Altusa. Zastukał przejeżdżający tramwaj.
    Ranek wstawał powoli, tłumiony ciężkimi chmurami. Pasował do nastroju Szulca.
    – Wybacz, stary – Broszek faktycznie wyglądał na skruszonego. Zapalił papierosa drżącymi rękami. – Myślałem, że będzie coś wiedziała…
    – Myślałeś?! – Szulc w końcu wybuchnął. – Cholera jasna, mogłem zadzwonić do Alojza Bednarka i by mi to w 5 minut załatwił! Wycieczkę mi chciałeś urządzić? Stęskniłeś się?! Cholera, Broszek, powinienem cię zamknąć za utrudnianie śledztwa!
    Broszek skurczył się w sobie. Przykucnął, opierając się plecami o ścianę kamienicy. Zaciągnął się mocno.
    – Dwa dni temu dostałem list – powiedział, nie patrząc na Szulca. – Bez pieczątki, czy znaczka. Ktoś uprzejmie mnie prosił, żebym przywiózł nadinspektora Szulca ze Warszawy do Katowic, na spotkanie z wdową po Matuszku. W kopercie było jeszcze to… – Broszek podał Szulcowi małą fotografię. Na zdjęciu młoda dziewczyna maszerowała ulicą.
    – To moja córa. Studiuje w Stolicy. Autor listu dał oględnie do zrozumienia, że jeśli Szulca nie będzie dziś w Katowicach, to nigdy już jej nie zobaczę.
    Szulc wpatrywał się tępo, to w zdjęcie, to w Broszka.
    – Mogłeś mi powiedzieć… – mruknął.
    – Nie mogłem! Szulc, to moja jedynaczka. Nie mogłem jej narażać. – Broszek siadł ciężko na chodniku.
    – Ale po co? Po co miałeś mnie tu przywieźć?
    – Nie napisali. Tylko tyle, że masz tu być, bo inaczej moja córa… Wybacz, stary. – Broszek zaszlochał.
    „Po cholerę? Chciał mnie wyciągnąć z miasta? Po co naprowadza na trop?” Szulc chodził w tę i z powrotem. „Sam nam podał nazwisko pierwszej ofiary. Po co?”
    Trzask pękającej szyby rozciął powietrze. Kilka metrów od Szulca uderzyły odłamki, zasiewając plac srebrnym deszczem. Poderwał głowę.
    Wysoko nad nim, zwisając z jednego z okien szklanego wieżowca, kołysał się podłużny kształt.
    „Cholera jasna…”
    – Broszek dzwoń po policję! Ściągnij Bednarka. Mają odciąć cały ten teren w dwie minuty!
    Ruszył w kierunku Altusa. To nie mógł być przypadek. Grafoman ściągnął go tu specjalnie, a teraz czaił się gdzieś w środku szklanego drapacza chmur. Szulc pobiegł tak szybko, jak tylko pozwalało zmęczona ciało.

  3. kpt. Gołaszewski pisze:

    – Mówiłem ci już, że nic się nie zmieniłaś?- Zacieniona, męska sylwetka stała w rogu piwnicy, wciśnięta między szafkę z ogórkami kiszonymi, a półkę zastawioną pękatymi słojami pełnymi śliwek w occie.
    Żarówka uwięziona w metalowym kagańcu, przegoniła gęstą czerń, przepełniając pomieszczenie mdłym światłem.
    – Pij, bo ci wystygnie- powiedział mężczyzna.- Nie mogłem wyjść wcześniej i kupić. Mogli mnie znaleźć. Ale pamiętałem, że to twój przysmak.
    Drżąca dłoń ostrożnie zbliżyła się w stronę kubka; para unosiła się w ciężkim powietrzu, tworząc plątaninę esowatych wzorów. Kobieta chwyciła za ucho i zbliżyła rozgrzaną porcelanę do ust. Napiła się. Ciepła ciecz wypełniła skurczony żołądek.
    – Pochłaniałaś to litrami jak szukaliśmy mojej dziewczynki.- Głos zaszeleścił niczym suche liście. Mężczyzna zaśmiał jak śmiałyby się szczury, gdyby tylko potrafiły to robić.- Udałem, że to niby on. Lina i ta kartka. Wszystko jak trzeba. Zrobiłem to, bo oni nie chcieli tego zrobić. Grafoman i Grafoman, Grafoman i Grafoman i nic więcej, więcej nic, nic, nic.
    – Martwiłem się też o ciebie. Przecież mógłby ci coś zrobić. A oni o tym nie pomyśleli. A oni o tym nie pomyśleli. Oni tym pomyśleli nie o a. A oni o tym nie pomyśleli!
    Kobieta podkuliła nogi i cofnęła się, opierając plecy o zimną, oślizgłą ścianę.
    – Nie bój się nic nie zrobię. Będę cię tutaj przed nim chronić. Będzie ci dobrze. Będzie dobrze. O, tak!
    Mężczyzna sięgnął w stronę szafki i dłonią wielką jak świeżo wypieczony bochen chleba pochwycił słoik z ogórkami. Rzucił go przed siebie. Szkło rozsypało się na podłodze, tworząc wraz z ogórkami groteskową mozaikę.
    – Miała to szkło na twarzy. Bolało ją to, wiesz?- rzekł mężczyzna.- Ale musisz go znaleźć. Tego Managrafo, znaleźć musisz, musisz. A co będzie jak zrobi mojemu synowi coś, co będzie? Pomyślałaś o tym! Nie, nie pomyślałaś, pomyślałaś nie! Ale dasz radę, prawda? Dasz radę?
    Ruszył w stronę drzwi. Zgasił światło. Pokój znów wypełniła ciemność gęsta jak smoła. Mężczyzna, wychodząc z piwnicy nucił słowa jakiejś, nieznanej kobiecie, melodii:

    ?Droga Jolu, gdybyś chciała,
    gdybyś bardziej się starała;
    skojarzyła fakty, daty,
    nie zraniła serca taty??

Dodaj komentarz