Paragraf 22

– Skręć w prawo – poprosił Szulc.
– Ale Gliwicka to jeszcze dalej…
– Proszę.

Walik zwolnił, zjechał na zewnętrzny pas ruchu i skręcił. Wjechali w brudną, ciemną uliczkę. Na podwórku bawiły się dzieci. Na przyjazd wozu policyjnego nie zareagowały, tak jakby taki widok był dla nich na porządku dziennym.

– Szulc, nie wiem co chcesz tu robić, ale to nie jest dla nas przyjazna dzielnica.
– Zaczekaj tu, zaraz wracam.

Wyszedł z samochodu i rozejrzał się. Próbował sobie przypomnieć klatkę, ale pamięć coraz częściej go zawodziła. Jego żona zawsze mówiła „alkohol zabija szare komórki”, a on śmiał się i odpowiadał „ale tylko te słabe”. Teraz okazuje się, że to ona miała rację. W końcu przywołał do siebie jedno z dzieci.

– Możesz mi powiedzieć, czy mieszka tu gdzieś Zygmunt Nowicki? – zapytał.
– Po co pan go szuka? – mały chłopczyk wlepił w niego swoje jasnoniebieskie oczy, jakby chciał go sprowokować.
– Musze z nim porozmawiać. – Szulc wiedział, że jak da się zdenerwować, to niczego się nie dowie.
– Już pan z nim nie pogada – odburknął mały i odwrócił się tyłem do swojego rozmówcy.
– Dlaczego? Coś się stało?
– Wyjechał. – Usłyszał za sobą cichy, nieco chrapliwy głos.
– Wyjechał? – Tuż przed nim stał stary, zgarbiony mężczyzna. – Szuka córki?
– Przecież jego córka nie żyje… – serce waliło mu, jakby miało wyskoczyć z klatki piersiowej.
– Po wypadku facet całkiem zamknął się w sobie, nie wychodził z domu, nie mówił, aż do 1 czerwca. – Stary wskazał palcem ławkę. – To Dzień Dziecka, wie Pan? – Szulc przytaknął. – Nowicki oszalał, biegał po podwórku, krzyczał i miotał się. Wieczorem spakował się i wyjechał.
– Mówił coś?
– Powiedział, że wie gdzie szukać i że ona mu pomoże. – Spuścił głowę. – Żal mi go, to biedny człowiek, stracił wszystko?
– Jasna cholera – Szulc zerwał się na równe nogi.
Podbiegł do samochodu, wsiadł i trzasnął drzwiami. Wyciągnął telefon.
– Sztyc?
– Tak, słucham Cię.
– Pamiętasz tego Nowickiego, ojca tej dziewczynki zamordowanej?
– Tego, co? – Profesor zawiesił głos. – Tego, co prowadził samochód i spowodował wypadek?
– Tak? – potwierdził Szulc. – Wypadek, w którym zginęła Sylwia.

Zapadła cisza.

– Sztyc, on może mieć Pytię. Musimy go znaleźć!
 
 
Autorką powyższego wpisu jest Iwona.
 
 
Od Red:
Sprawy, jak widzicie, się komplikują, bo i osobista tragedia naszego Szulca zaczęła odgrywać tu rolę.
Do śrrrody. Krrrwawej środy. Bo gramy w piłkę z Serbami. 🙁

Wpis “Paragraf 22” skomentowano 6 razy

  1. Iwona pisze:

    Oj, to będzie bardzo krrrwawa środa dla naszych piłkarzy… 😛

  2. Iwona pisze:

    „Czemu ja na to wcześniej nie wpadłem?”, pochylony nad gazetą zastanawiał się Szulc. To było takie proste. Trzeci trup słynny na cała Polskę morderca, zabity. Wszyscy nim pogardzali, nienawidzili, ale tylko jedna osoba była gotowa na taki krok, tylko on. Szulc starał się przypomnieć tą sprawę. Kiedy 15 lat temu zapadł wyrok – zakład psychiatryczny, dla Nowickiego to był cios. Nie potrafił tego zrozumieć, dlaczego zakład? Dlaczego nie więzienie, dożywocie?
    Szulc poznał Nowickiego 5 lat po śmierci jego córki, 11-letniej Ani. Mężczyzna był w bardzo złym stanie psychicznym. 1 czerwca 1991 wieczorem, kiedy znaleźli zwłoki jego jedynego dziecka, zawalił mu się cały świat, tego wieczoru stracił wszystko. Sylwia Szulc, psycholog, ulubiona studentka Zielińskiej, postanowiła pomóc zagubionemu ojcu dziewczynki powrócić na łono społeczeństwa. Odstąpiła mu mieszkanie w Katowicach, a sama wraz z mężem przeprowadziła się do Warszawy. Nowickiego odwiedzała regularnie co dwa tygodnie. Szulc często z nią jeździł, powoli przyzwyczajał się do obecności Zygmunta w ich życiu. Traktował go jak przyjaciela, jak brata.
    3 lata temu, Sylwia wreszcie zaszła w ciążę, po długich staraniach o dziecko. Nowicki przyjechał do Warszawy odwiedzić ją. Wbrew obawom Sylwii Zygmunt ucieszył się, gratulował jej. Tego zimowego dnia wracali samochodem z gabinetu pani Szulc, Nowicki na zakręcie nie opanował pojazdu i ich Volkswagen Passat władował wprost na drzewie. Sylwia zginęła na miejscu, Zygmunt na długie tygodnie trafił do szpitala.
    Szulc nie wiedział o dziecku, Sophie ubłagała lekarza, żeby mu nic nie mówił i tak wystarczająco cierpiał.
    – Jedna śmierć to tragedia, milion – to statystyka, moje dziecko. – Powiedziała Sophie.
    – Dlaczego ludzie umierają tak nagle, tak beznadziejnie, babciu? – spytała Marcelina.
    – By inni zaczęli doceniać, to że jeszcze żyją… – popatrzyła na wnuczkę i pocałowała ją w policzek.

  3. Geralcik pisze:

    Najpierw zobaczyła Szulca. Siedział na środku pustego placu, skulony na zniszczonym krześle, zaledwie kilka kroków od niej. Podeszła bliżej. Szulc nachylał głowę, jakby czegoś słuchał. Po chwili wyciągnął rękę przed siebie…
    … i wziął w palce kamiennego laufra. Plansza do gry w szachy pojawiła się nagle, znikąd. Postawił figurkę. Szach. Naprzeciw Szulca pojawił się ktoś, postać z ulotnego dymu, ciągle zmieniającego kształty. Za nią stały rzędami drewniane słupy. Aż po horyzont. Na każdym z nich wisiał człowiek. Człowiek z dymu przesunął dłoń nad planszę i goniec Szulca rozpadł się w pył. Drugi przestał istnieć w chwilę później. Gdy padła pierwsza wieża, Szulc schował twarz w dłoniach. Znikały kolejne piony, a ona…
    … znalazła się w ciemnym mieszkaniu. Mężczyzna chodził w te i z powrotem, podłoga skrzypiała przeraźliwie. Mruczał coś do siebie, szeptał. Czasem jego ciałem wstrząsał nerwowy chichot. W dłoni ściskał starą fotografię. Ze zdjęcia uśmiechała się drobna dziewczynka. Mężczyzna drżącymi palcami głaskał zdjęcie i chichotał coraz bardziej. Nagle…
    … ważne było, żeby biec. Przed siebie, jak najszybciej. Otaczające budynki rozmywały się w szaleńczym pędzie. Wtem wszystko się zatrzymało. Pusta ulica. Budynki nachylające się nad nią, niemal złączone krawędziami dachów. W cieniu jednej z bram dostrzegła młodego mężczyznę. Spoglądał w okna po przeciwnej stronie ulicy i żuł nerwowo zapałkę. Czekał. Zerwał się wiatr. Chłopak upadł na ziemię. Koszula na brzuchu była czerwona. Nie tego oczekiwał…
    … w fotelu przed telewizorem. Nie zmienił się przez te lata, ale i tak był już stary, gdy widziała go ostatnio. Taki był urok Bogusława Sztyca. Nie zareagowała, nie mogła nic zrobić, gdy, przystawił sobie pistolet do skroni…
    – NIEEE!!!
    Próbowała złapać oddech. Pod sobą czuła lodowate zimno kamieni. Jeszcze miała szansę wszystko to powstrzymać. Nic nie jest przesądzone…

  4. Cintryjka pisze:

    Właściwie to się poddała. Ech, starzeję się ? pomyślała ironicznie. Szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, jak rozmawiać z tym człowiekiem. Prawda była taka, że dziś wstydziła się spojrzeć mu w oczy dokładnie tak samo, jak tego dnia, kiedy w końcu znaleziono jego córkę. Zanim znowu mogła spojrzeć w oczy samej sobie, upłynęło sporo czasu. Nigdy też nie spojrzała już w lustro z satysfakcją. Początkową patetyczną i, jak sobie uświadomiła, śmieszną pogardę zastąpiło stopniowo prozaiczne politowanie. Łudziła się, że sprawa przyschła. Okazało się, że ani trochę. Bolało dokładnie tak samo, jak kiedyś. Nie mogła z nim walczyć, bo wiedziała, że racja jest po jego stronie. I jak tu stosować psychologiczne sztuczki? Głównie po prostu słuchała. Z jego gorączkowych, urywanych wypowiedzi wywnioskowała, że zabił mordercę córki, stylizując to na sprawkę jakiegoś innego zabójcy, którego aktywność teraz zaprzątała policję. Nie śledziła takich spraw. Już nie. Teraz czytała głównie stare książki, na które przez lata zabrakło jej czasu. Wciąż miała mnóstwo przed sobą. O ile kiedykolwiek wyjdzie z tej piwnicy ? zreflektowała się. Jak przyjdzie, spróbuje sprawdzić, czy jest na to jakaś szansa. Powinien już tu być. Nie przyszedł wczoraj, ale jednodniowe wahania w tę lub w tamtą stronę już kilka razy mu się przytrafiły. Starał się pojawiać regularnie ? w końcu musiał ją karmić. Mimo to podskórnie obawiała się, że może nagle o niej zapomnieć. Aż nadto wyraźnie dowodził każdym słowem, że jest co najmniej niezrównoważony psychicznie. Ale była daleka od osądzania go. Na jego miejscu zmieniłaby się z pewnością w coś dużo gorszego. A on ją tylko chronił ? tak uważał. Przed kim? Przed wyrzutami sumienia, które znów rozbudził, nikt nie mógł jej ochronić. Prywatne Erynie wnikliwie się nią zajmowały w tej ciemnicy. Gdzie on jest?
    ***
    Zdecydowanie za długo to trwało. Ale dobrze się ukrył. Właściwie, gdyby nie wrócił na most, mogłoby być bardzo ciężko. Ale wrócił. Warto było czekać. Pośpiech jest złym doradcą. Zawsze wracają ? prędzej czy później. Sam też tak robił. Tylko rozważniej. A tamten poprowadził go jak po sznurku do swojej kryjówki. Kompletnie przestał kryć tyły, stracił cały niechętny szacunek, jakim go obdarzono za poprzednią staranność. Jego ? podłego złodzieja, kalającego cudze Dzieło. Nie jest godny stać się jego elementem. Ale nie zasługuje też na dalsze istnienie. Kradnie uwagę, jaką wszyscy bez wyjątku powinni poświęcać Dziełu. Już niedługo.

  5. Geralcik pisze:

    Musiała się stąd wydostać.
    Ile już dni minęło, odkąd znalazła się w tej piwnicy, nie potrafiła zliczyć. A teraz jeszcze to, co z nią zrobił… Nie lubiła swojego daru, ale nauczyła się z nim żyć. Wiedziała też, że to co zobaczyła, nie musi okazać się prawdą. Nie musi. Ale jeśli nic nie zrobi, to może.
    Podniosła się, opierając się o śliską ścianę. Zostawił ją w ciemności, odurzoną. Nie miała pojęcia kiedy wróci, by dalej prowadzić to… przesłuchanie. Żeby dowiedzieć się co zobaczyła. Może nie mieć za dużo czasu.
    Klitka, jej więzienia, była pusta. Żadnych mebli, nawet śmiecia, tylko stare kamienie i pokruszone cegły. Mimo to zaczęła szukać czegoś co by jej pomogło. Czegokolwiek, żeby się stąd wydostać.
    Ręce przesuwały się po ścianach szukając ratunku. W głowie dudnił ból. Nie pomagał, ale ponaglał.
    W pierwszej chwili nie wiedziała na co trafiła. W szczelinie między cegłami wyczuła coś twardego. Żelazo. Obskubała grube kawałki zaprawy i chwyciła mocniej. Nie rura, raczej pręt. Ktoś musiał go tu zamurować dla wzmocnienia ściany. Na jej szczęście zrobił to niechlujnie. Spróbowała go wyszarpnąć. Poruszył się, ale nie puścił. Powiększyła dziurę, palcami łamiąc stare cegły. Nie zwracała uwagi na ból i przeciętą skórę. Strach dodawał jej sił. W każdej chwili mogły się otworzyć drzwi i jej wysiłek pójdzie na marne. Zaparła się nogą o mur i pociągnęła jeszcze raz.
    Pręt wyrwał się ze ściany, a ona poleciała do tyłu, upadając ciężko na plecy.
    Szpara pod drzwiami rozbłysła żółtym światłem, zagrzechotał zamek w drzwiach. Hałas musiał zwrócić jego uwagę. Nadchodził…

  6. teen voyeur pisze:

    teen voyeur…

    Title of teen voyeur…

Dodaj komentarz