Gdańsk 19/06/2006 / Przed południem

2007/01/10, środa

O siódmej rano Pater poczuł czyjeś dłonie na skroniach. Nie były to dłonie pielęgniarki ze snu. Były to ręce rugbisty Ogniwa Sopot miażdżące w stalowym uchwycie skronie policjanta niczym owalną piłkę, która za chwilę miała zostać wprowadzona do formacji młyna. Pater próbował rozerwać powieki. Gdy to już się udało – i gdy ucisk rugbisty stał się jeszcze mocniejszy – zobaczył plastikowy czteropak po piwie, a zaraz obok nietknięty drugi. Puszki leżały w nieładzie, tworząc instalację na podłodze. Od jednej oderwała się nagle osa i wyfrunęła przez otwarte okno. Wtedy nadkomisarz pomyślał o żwirowej ścieżce i przedwojennych murach gimnazjum klasycznego.

Dla Patera czteropak był oceaniczną dawką alkoholu. Nie pił już od dawna. Wolał salony bukmacherskie i hazard. Poprzedniego wieczora złamał swoje zasady. Teraz zażył „KC 24” w podwójnej dawce, wypił litr soku pomarańczowego i trochę rozluźnił dłonie rugbisty, ale gdy wyszedł z bloku otrzymał nagły cios słonecznego światła. Pomyślał, że nie wyjął z odtwarzacza płyty z „Windą na szafot”.

Uścisk na skroniach znów się wzmógł. Pater jechał do komendy, nie przekraczając „czterdziestki”, a na ulice Gdańska patrzył tak jakby przejeżdżał przez miasto po raz pierwszy.

Na biurku czekała kartka. Spojrzał na zegarek. Od dziesięciu minut powinien być u komendanta Cichowskiego. Komendant nie był sam. Przy konferencyjnym stole siedział Andrzej Chrzan, szef Sekcji Nieletnich i Patologii. Ospowata twarz Chrzana, z bruzdami i załamaniami przypominała Paterowi fakturę szarego forda sąsiadującego na parkingu z jego samochodem. Tego ranka twarz szefa sekcji jeszcze bardziej upodobniła się do wgniecionej blachy. Przy oknie stał szpakowaty mężczyzna. Prawdziwy komitet powitalny – pomyślał Pater i zadał pytanie, na które od kilku chwil znał już odpowiedź:

– Co z profesorem Czekańskim? Gdzie się podziewał przez pół dnia?
– Czekańskiego wciąż szukają nasi ludzie – szpakowaty mężczyzna odwrócił się od okna. I znajdą go. Był pan w „Edenie”, więc należą się panu wyjaśnienia.

Pater wiedział, że dalszych wyjaśnień nie będzie.

– To inspektor Fałoch. Przełożony – Cichowski nieznacznie zawiesił głos – naszego byłego kolegi Paprzyckiego. Podobno widzieliście się wczoraj… Cóż, inspektorze – komisarz popatrzył na Fałocha – myślę, że wszystko sobie wyjaśniliśmy…
– Też tak sądzę, komendancie. Mam nadzieję, że podział kompetencji jest jasny dla pana i pańskich ludzi – szpakowaty mężczyzna spojrzał na Patera. – Żegnam panów.

Fałoch lekko skinął głową. Przez dłuższą chwilę na korytarzu słychać było oddalające się kroki.

Ciszę przerwał Pater. – Ja rozumiem, że zdarzają się sprawy, hm… niestandardowe. Rozumiem, że oskalpowany inwalida i znikający profesor, specjalista od skalpów to niecodzienny przypadek. Ale co ma do tego ABW i skąd u nich ta nerwowość, ten…

– Ta sprawa jest poza naszym zasięgiem, Pater – słońce oświetlało łysą czaszkę komendanta. Jego głowa przypominała planetoidę, od jakich roi się w pismach popularno-naukowych.
– Chciałbym, Jarek, byś to dobrze zrozumiał. Nie mówię dwa razy – powiedział piorun do słomianego dachu.

Cichowski znany był ze swoich aforyzmów. Gdy dowiedział się, że Pater jest absolwentem polonistyki, zaczął atakować nadkomisarza cytatami. Raz cytował coś z kanonu literatury, innym razem wymyślał coś swojego. „Klasyka czy moje?” – zwykle takim pytaniem Cichowski nękał swojego podwładnego. A Pater szybko zrozumiał, że niewiele jest przyjemniejszych chwil w życiu komendanta od tej, gdy polonista myli się, przypisując mu autorstwo cytatu z Szekspira czy Horacego. Tym razem jednak komendant pytania nie zadał.

– Próbuję tylko uporządkować fakty – cicho powiedział Pater. Nic się tu nie zgadza. Najpierw Czekański dostaje sms-y z pogróżkami. Sprawa trafia do was – popatrzył na Chrzana. – Tylko jaki powód miałby jakiś nieletni, by grozić profesorowi? Skąd miałby jego numer? Nic nie wskazuje, by profesor włóczył się po modnych klubach – Pater z trudem powstrzymywał się od ironii. – Poza tym zasięgnąłem wczoraj, tak to nazwijmy, porady językowej. W tych sms-ach było coś o „wypasionym domu”. Tyle że słowo „wypasiony” to już dla młodych ludzi szczyt obciachu i, jak to mówią, „wiocha”. Mówi się: „wyczesany”, „wyczepisty”…
– Pater, ja doskonale o tym wiem – twarz Fałocha coraz bardziej upodabniała się do falistej blachy szarego forda. Wiem, że ktoś nieudolnie podszywał się pod słownictwo młodzieżowe. I wiem coś jeszcze – mężczyzna nachylił się w kierunku nadkomisarza. – Następnego dnia po tym, jak otrzymaliśmy informację o sms-ach na moim biurku zadzwonił telefon. Dzwonili z ABW. Od tej chwili wszystko, co związane z Czekańskim, miało trafiać do nich. Rozumiesz, co to znaczy?
– To znaczy, że wczorajsze zamieszanie w „Edenie” spowodował nie oskalpowany trup Maziarskiego, ale profesor i jego zniknięcie…
– Nie, nie o to mi chodzi – szara blacha zadrżała. -To znaczy, że ktoś z naszych jest wtyką ABW. Przekazuje im wiadomości o naszych śledztwach. Mamy kreta, pieprzonego kreta – wysyczał Fałoch.
– Dosyć! – Cichowski uznał, ze powinien wkroczyć do akcji. Tak czy inaczej „Eden” to nie nasza sprawa. A dla ciebie – popatrzył na Patera – mam, jak to ująłeś… niestandardowe zadanie. W jednym z bloków znaleziono zamurowane zwłoki. Ktoś wymontował kaloryfer i w tym miejscu ukrył ciało. Ludzie to mają pomysły… Ale upały i nieszczelności zrobiły swoje. No i to chyba będzie coś w sam raz dla ciebie – mruknął komendant.

Na progu głos komendanta zatrzymał Patera. Nadkomisarz raz jeszcze podszedł do stołu.

– Ja też nie lubię, gdy ktoś wpieprza się w nieswoje sprawy. Gdy robi się z nas folwark. Nie lubię zwłaszcza, gdy robią to moi byli podwładni. Bardzo też nie lubię, gdy moich ludzi traktuje się jak… – Cichowski zrobił ruch ręką jakby odganiał natrętnego owada. – A teraz weź się do swojej roboty.

Gdy Pater usiadł przy swoim biurku, pomyślał, że ostatnie zdanie komendanta – to o „swojej robocie” – poddaje się rozmaitym interpretacjom.

Nadkomisarz zadzwonił do Kuleszy. -Podobno mamy zamurowane zwłoki w mieszkaniu. Tak… Zobacz, czy jesteśmy tam rzeczywiście niezbędni.

Potem wybrał prywatny numer doktora Kwiecińskiego i zostawił wiadomość. Zadzwonił do archiwum i, jak to miał w zwyczaju, poprosił o „drobną przysługę”.

Po trzeciej kawie zabrzęczała komórka. „Ustawka o ósmej. Mandaryn”. Dłonie rugbisty ostatecznie poluzowały uchwyt.

Dom seniora „Eden” 18/06/2006 / 14:25

2007/01/3, środa

Dłonie Maziarskiego. Klej. Dlaczego klej? Skąd on się tam wziął? Czy Maziarski sam skleił sobie dłonie czy uczynił to ktoś inny? Na przykład morderca? W jakim celu? Zakładając, że zrobił to sam denat – czy mogło to stać się przypadkiem? A co, jeśli zrobił to celowo? Dłonie wyglądały tak, jakby były złożone do modlitwy. Sprawdzić, czy na terenie „Edenu” jest ksiądz lub ktoś związany ze stanem duchownym. Modlitwa i „Eden”. Może chodzi o to, że zrobił to ktoś stąd? Złożone tak dłonie można potraktować jako strzałkę. Jeśli Maziarski siedziałby na wózku, wskazywałby coś w górze. Sprawdzić, co znajduje się nad pokojem, w którym znaleziono ciało. Skalp. I… rany symboliczne. Znaleźć specjalistę w tej dziedzinie. Jeszcze jedna sprawa… – Nadkomisarzu Pater? – na kasecie magnetofonowej słychać czyjś głos. Z kasety dobiega szum, słychać chrzęst kroków na żwirowej drodze, znów szum. Trzask wyłączanego dyktafonu.

Dom seniora „Eden” 18 / 06 / 2006 / 14:26

– Nadkomisarzu Pater?
Nie musiał się odwracać, by wiedzieć do kogo należy ten głos. Pater wiedział coś jeszcze: zbliżały się kłopoty. Na ścieżce przed frontowym wejściem stało dwóch postawnych mężczyzn w idealnie skrojonych, ciemnych garniturach. Wyższego, łysego, nadkomisarz widział po raz pierwszy. Lśniąca od potu czaszka i mocno zarysowane kości policzkowe sprawiły, że Paterowi skojarzył się ze środkowym obrońcą reprezentacji Polski, Mariuszem Jopem. „Jop” żuł gumę i patrzył, jakby posiadł dar widzenia na wskroś. Wydawało się, że przenika nadkomisarza wzrokiem niczym powietrze, jakby interesował go jedynie klomb kwiatowy znajdujący się za plecami Patra. Niższego Pater znał. Brunet ze słowiańskim wąsem nazywał się Paprzycki i przemówił raz jeszcze.
-Kogo jak kogo, ale ciebie się tu nie spodziewałem.
-Mogę odwzajemnić ci się tym samym. Mogłeś pozwolić dokończyć mi nagranie. Wiesz, co tu się stało?
-Nie, Pater, nie będzie żadnej wymiany informacji. Co tu się stało? – Paprzycki wskazał głową na budynek. – Zrobił się straszny bałagan. Jest zaszlachtowany człowiek. I to niedobrze. I jesteś ty. To też niedobrze. To nawet gorzej, nie? – popatrzył na swojego partnera wciąż studiującego swoim spojrzeniem klomb kwiatowy. – Że jest trup, już nic nie poradzę. Ale w drugim przypadku, czyli twojej obecności, mam rozwiązanie. Przejmujemy tą sprawę. Czuj się z niej definitywnie zwolniony.
-Od kiedy ABW interesuje się morderstwami w domu starców? Powiedz mi po starej znajomości, co tu się, do cholery, dzieje?
-O, widzę, że Pan Siła Spokoju zaraz wybuchnie – Paprzycki uśmiechnął się szeroko. – Patrz uważnie – zwrócił się znów do „Jopa” – to historyczna chwila. Uśmiech zgasł nagle, brunet podszedł bliżej i stanął jak bokser mierzący wzrokiem przeciwnika -Na twoim miejscu nie powoływałbym się na starą znajomość. Zbieraj się stąd, bo za chwilę powiadomię twoich przełożonych, że utrudniałeś prowadzenie śledztwa.
Pater pochylił się do przodu tak, że dwa ciała prawie się zetknęły. – Mam wrażenie, że strasznie pocicie się w tych garniturach.
Stojąc już przy samochodzie, nadkomisarz krzyknął: -Nie dziwię się już, że twoi ludzie tak cię nazywają!

Paprzycki drgnął, jakby użądliła go jedna z krążących os. -Hej, Pater, zaczekaj! Lewar – odwrócił się do swojego towarzysza – jak nazywają mnie moi ludzie?
-No właśnie, jak oni go nazywają, panie nadkomisarzu? – zapytał czekający w samochodzie Wieloch
Pater nie odpowiedział. Jego myśli pochłonięte były czymś innym. W tylnim lusterku zobaczył, że mężczyzna zwany „Lewarem” wpatruje się w odjeżdżający samochód. Tym razem patrzył tak, jakby chciał dobrze zapamiętać kierowcę.

Gdańsk 18 / 06 / 2006 / 21:55

Dwupokojowe mieszkanie przypominało saunę. Nagrzana wielka płyta bezlitośnie trzymała temperaturę. Nie pomagała zimna kąpiel, ani dobrze schłodzone piwo. Pater przez otwarte okna czuł zapachy sąsiedzkich kolacji. W telewizorze znany trener rysował strzałki i krzyżyki, analizując sytuacje z pierwszej połowy meczu. – Zupełnie jak ja – pomyślał Pater. Na niski stoliku leżała kartka z dwoma rysunkami. Jeden z nich przedstawiał trójkąt. Jego wierzchołki opisane były trzema słowami: „Maziarski”, „Czekański”, „skalpowanie”. Na drugim rysunku widniała figura zbliżona do rombu.

Z „Edenu” Pater pojechał do komendy. Tak jak się spodziewał, w niedzielne popołudnie ruch był niewielki. I tak, jak przypuszczał, żadnego z przełożonych nie było. Ich komórki także milczały. Zostawił wiadomość. Potem pojechał na blokowisko „Przymorze”. Zbliżył się do swojego bloku, zwanego „falowcem”. Pomyślał o zakaraluszonych klitkach, w których mieszkało sześć tysięcy ludzi, popatrzył na dziesiątki biało-czerwonych flag zwisających z balkonów. Na chwilę zawiało od morza i flagi, skwapliwie dołączane kibicom do piwa „Tyskiego” wydęły się jak żagle lub balony. Balony narodowej dumy przekłute najpierw przez Ekwador, a potem przez Niemcy – pomyślał Pater. Sam czuł się podobnie. Przekłuty balon ambicji. Działo się coś dziwnego. Miasto pogrążone w letnim śnie. I nagle jedno morderstwo stawia na nogi wszystkie siły z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego na czele. Mija kilka godzin. I w policji nad sprawą zalega cisza. Jak gdyby nic. Nie ma sprawy. Jakby uciąć śmiertelnie ostrą maczetą. Z nikim nie można się skontaktować. Jakby wszyscy umówili się, by tego popołudnia unikać Patera.

Jeszcze raz popatrzył w okna wieżowca. Kilka lat temu sąsiadowi na kuchennej szybie objawiła się Matka Boska. Wieść lotem błyskawicy obiegła cale miasto. Rozpoczął się trzytygodniowy spektakl wypełniony pielgrzymkami do miejsca cudu, zeznaniami tych, którzy zobaczyli i uwierzyli i nielicznymi głosami nawołującymi do rozsądku. Miejscowi menele zorganizowali kilka ławek, ustawili je w dogodnym punkcie widokowym i pobierali opłatę „co łaska” za najlepsze miejsca. Podobno – tłumaczyła jedna z aktywistek, codziennie dojeżdżająca z Gdyni na miejsce cudu – Matka Boska patrzy na pomnik stoczniowców. Pater wiedział, że ani z kuchni sąsiada, ani żadnych innych okien, trzech monumentalnych krzyży dostrzec nie można. Najbardziej obawiał się jednak tego, że któryś z miejscowych dziennikarzy go rozpozna. Tego by brakowało: cud w sąsiedztwie oficera policji – oficera aparatu represji w starym reżimie. Na nic nie zdałyby się tłumaczenia, że Pater wstąpił do służb w 1990 roku, już w nowej Polsce, gdy jego firma przechodziła gruntowne zmiany. Dla niektórych policjant na zawsze pozostanie milicjantem. Co jakiś czas nadkomisarz łapał się na tym, że pracuje w policji już stanowczo za długo. Może mógłby jeszcze zatrudnić się w szkole na jakimś etacie polonisty, zwłaszcza że doświadczenie policyjne, biorąc pod uwagę to, co działo się w klasach i na szkolnych korytarzach, mogłoby się przydać.

Jeden pokój Patera wypełniony był książkami. Porozrzucane papiery tworzyły cos w rodzaju labiryntu, w którym tylko ich właściciel mógł się poruszać ze swobodą. Pater wygrzebał jedno z nowszych kompendiów językowych. Na okładce znajdowała się twarz brodatego mężczyzny, przypominającego dziewiętnastowiecznych uczonych. Jego życzliwy wzrok dawał pewność, że oto za chwilę wszystkie wątpliwości zostaną rozwiązane. Pater nie znalazł jednak tego, czego było mu trzeba.

Po drugim zimnym piwie sięgnął po telefon.
-Dobry wieczór, Julio. Nie wyjechałaś nigdzie? No, w telewizji ciągle mówią, że kobiety podczas mundialu nocują gdzieś poza domem… Jak wiesz, ja nie mam tego problemu… Jest Agata? Chciałbym, by udzieliła mi porady językowej w zakresie młodzieżowego żargonu… Agata? Cześć, tu wujek Jarek…

Po wieczornym meczu Pater nastawił płytę. „Ascenseur pour l’Echafaud”. Na okładce piękna twarz Jeanne Moreau. W filmie policjanta grał Lino Ventura. Windą na szafot. Pater czytał gdzieś, że aby osiągnąć właściwą atmosferę, Miles Davis nakazał grać swoim muzykom w ciemnościach. Sprawa „Edenu” też nikła w ciemnościach. Zamordowany inwalida. Zlepione palce. Skalp. Zaginięcie. Korowody proceduralne, jakby ktoś dążył do wyciszenia śledztwa.

Godzinę później Pater już spał. Śniła mu się pielęgniarka, którą widział przez okno w „Edenie”. Dziewczyna prowadziła pod rękę pensjonariusza drobiącego kroczki. Po chwili zrozumiał, że tym starszym mężczyzną jest on sam.

Dom seniora „Eden” 18/06/2006 / 13:20

2006/12/29, piątek

Nie był to widok, który ktokolwiek chciałby długo pamiętać. Mężczyzna leżący na podłodze miał na stopach wygodne obuwie sportowe. Wystawały z nich skarpetki, opinające grube owłosione łydki. Nogawki spodni były zrolowane i odsłaniały nogi prawie do kolan.

– Nogawki są w takim stanie, jakby je ktoś usiłował podciągnąć – powiedział do dyktafonu nadkomisarz Pater.

Na szarych spodniach, w okolicach pachwin mężczyzny widniało kilka jasnożółtych plam. Pater przyjrzał im się dokładnie. Był to jakiś płyn lub wydzielina. Plamy zdążyły już stężeć, stwardnieć i nieznacznie pomarszczyć te kilka centymetrów kwadratowych materiału, które zostały przez nie pobrudzone.

– Jakiś płyn na nogawce – Pater starannie dobierał wyrazy – przypominający… przypominający…

– Zabrakło ci słowa, Jarek? – uśmiechnął się Kwieciński. – To nie to, o czym myślisz, zapewniam cię, nie to…

– Co zatem?

– Spójrz na jego palce. To właśnie to, co znajduje się na jego palcach.

Pater przesunął wzrok ponad biodrami i brzuchem trupa. Leżał on na prawym boku. Całym tułowiem przyciskał swoją prawą rękę. Należące do niej przedramię wznosiło się ku górze.

– Jakby spał, a jego głowa spoczywała na prawym ramieniu – skomentował Pater do dyktafonu.

Lewa ręka nie leżała – jak prawa – w pozycji naturalnej. Lewa dłoń dotykała prawej, ściskała ją i obejmowała.

– Tak nieraz śpią dzieci – w pamięci dyktafonu odciskał się dokładny opis miejsca zbrodni. – Dłoń pokrywa się z dłonią, jedna dłoń przykrywa drugą. Z tą różnicą, że małe dzieci na tych połączonych dłoniach opierają swe policzki i smacznie śpią. A tutaj te dłonie znajdują się w odległości około trzydziestu centymetrów od twarzy.

– Te dłonie – westchnął ciężko Kwieciński. – Wcale się pokrywają, jedna wcale nie przykrywa drugiej. Przyjrzyj się im dobrze.

Pater pochylił się nad dłońmi trupa, wkładając swoją głowę w gęsty snop słonecznego światła. Oświetlało ona potężny, leżący obok ciała cynowy puchar. Oblepiony był on krwią, na powierzchni której tkwiły pojedyncze siwe włosy. Pater poczuł wtedy na swym czole –  po raz pierwszy dzisiaj – lepkie, zimne strugi. Poczuł coś jeszcze: zapach dobrze znany z głębokiej podstawówki, gdy założył się z kolegami z klasy, że wypije tubkę kleju „Hermol”. Przez bruzdy czoła popłynęła kropla, błysnęła w słońcu i rozprysła się obok połączonych dłoni denata. Rzeczywiście, jedna nie przykrywała drugiej, połączone były nie one, lecz ich palce. Kciuk lewej z kciukiem prawej, palec wskazujący lewej z palcem wskazującym prawej. Kwieciński wyjął skalpel i włożył go delikatnie pomiędzy opuszki. Posypało się kilka okruchów.

– Opuszki palców – powiedział do dyktafonu Pater – zostały połączone, ściślej mówiąc, sklejone jakimś klejem typu „super glue”.

– Gdyby te dłonie odgiąć nieco od siebie – Kwieciński powiedział to bardzo głośno, tak, aby nagrało się to na dyktafon – powstałaby figura geometryczna, nie pamiętam jak się nazywała, to tak, trochę jakby kopnięty kwadrat, postawiony na jednym ze swoich czubków. To jakby latawiec.

Pater chciał poprawić sformułowanie „kopnięty kwadrat” na „romb”, a „czubków” na „wierzchołki”, lecz widok głowy denata odebrał mu jakąkolwiek ochotę do normatywnych wywodów. Na potylicy, nieco powyżej uszu kończyła się linia siwych zlepionych krwią włosów. Nad tą linią już ich nie było, nad tą linią błyszczała tylko biała kość czaszki – tak gładka, że opływające ją ze wszystkich stron, zastygłe strumyki krwi były wąskie i porozrywane. Czerwono-biała czaszka kończyła się mniej więcej na wysokości czoła. Pater ukucnął i zajrzał od dołu w twarz trupa. Zobaczył brodę i nos zabitego. Oczu nie widział. Całkiem je przykrywała wywinięta skóra głowy z siwą szczeciną włosów.

– Ktoś mu roztrzaskał  głowę ciężkim, tępym przedmiotem, możliwe, że właśnie tym pucharem – powiedział wolno Kwieciński.

– A potem oskalpował – milczący dotąd mężczyzna podniósł się i rozprostował plecy.

Teraz Pater rozumiał już, co mu Wieloch chciał powiedzieć przez telefon.  Znowu. Po raz drugi tego dnia poczuł, jak czoło zalewa mu gęsta, zimna fala.
 
 
Dom seniora „Eden 18/06/2006 / 13:50

Okna pokoju dyrektora Liblinga – ku wielkiej uldze Patra – wychodziły na niesłoneczną stronę świata. Większą część tego ogromnego pomieszczenia zajmował konferencyjny stół, obity zielonym suknem. łokcie nadkomisarza Patra opierały się o stół, a splecione palce jego dłoni były podstawką dla brody. Policjant siedział nieruchomo jak Sfinks, jedynie jego oczy błądziły po ciemnych półkach z książkami, po ogromnym mahoniowym biurku i po starych mapach Wolnego Miasta Gdańska.

– To oryginały – dyrektor Libling wpatrywał się ze złością w Patra. – Wszystko, co pan ogląda, tutaj było przed wojną. W pokoju dyrektora gimnazjum, bo w tym budynku mieściło się gimnazjum. Chyba, pan się nie dziwi, że wybrałem to miejsce zamiast dusznej atmosfery „warszawki”. 
– Jestem pod wrażeniem – powiedział Pater – to niesłychane! Oto kilka kilometrów od morza, wśród sosnowych lasów mieściło się gimnazjum klasyczne. Oto tutaj przed wojną chór męskich głosów recytował Homera!
– Tak było – złość powoli mijała dyrektorowi. – Duże pokoje zajmowane teraz przez dwóch lub trzech mniej zamożnych pensjonariuszy to były kiedyś sale lekcyjne, w mniejszych pojedynczych pokojach w lewym skrzydle budynku mieścił się internat. Oczywiście wymagało to sporo wysiłku, by przystosować budynek do nowej funkcji, trzeba było zrobić podjazdy, zamontować windę i tak dalej, ale starałem się, by duch miejsca stąd nie odleciał… 
– A Ryszard Maziarski? – Pater nagle zmienił temat. – Był zamożny?
– Niech pan pomyśli – złość wróciła Liblingowi. – Mieszkał sam, w ogromnym pokoju, byłym gabinecie matematycznym.
– Dziękuję – Pater uśmiechnął się słodko – że dał mi pan wyjątkową szansę wykazania się myśleniem. Był zatem bardzo zamożny – ciągnął bez uśmiechu. – Ile płacił miesięcznie?
– Właściwie to jeszcze nie zapłacił. Pojutrze jego bank przeleje na nasze konto około trzy i pół tysiąca. Stałe zlecenie przelewu. Oczywiście w sumę tę wliczone są także różne usługi niestandardowe, nie obejmuj ace innych klientów.

Pater przestał wpatrywać się w linie, z których na mapie ktoś dawno temu wyrysował tkankę miasta. W oczach Liblinga zobaczył błysk wyższości. Tak, dyrektor miał rację. W „Edenie” Pater ze swoją pensją mógłby chyba tylko liczyć na piwnicę przeżartą grzybem. I to po wytargowanej zniżce.

– Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że trzy tysiące to bardzo dużo. To jest pod tym względem chyba dość nietypowy dom starców?
– Nie, dlaczego – Libling rozsiadł się wygodniej. Paterowi przypominał teraz obrzydliwie zadowolonego z siebie kocura przymierzającego się w fotelu do drzemki. – Zdaje się, że rzeczywiście wie pan o tym niewiele – wymruczał dyrektor. Wszystko się zmieniło, społeczeństwo rozwarstwiło się, a oto jeden z efektów. Widzi pan, jedni strajkują, bo uważają, że pracują za głodowe pensje, inni korzystają z jesieni życia. Kiedyś takie miejsca kojarzyły się ze szpitalami, gdzie snuli się pogardliwie uśmiechnięci pielęgniarze podobni do więziennych klawiszy, z koszarami wojskowymi, z umieralniami dla tych, o których cały świat zapomniał. Teraz też są takie miejsca, zapewniam. Ale – Libling – uśmiechnął się szeroko – są i takie jak to. Doktor sięgnął do szuflady i wyjął prostokątny folder „Edenu”. Na okładce pod znajomą fasadą budynku, Pater przeczytał: „Jesteśmy prawdziwą rodziną”.
– Proszę zobaczyć – wydawało się, że Libling wpadł w trans – całodobowa opieka, sala rehabilitacyjna, w każdym pokoju telewizja satelitarna, na życzenie dostęp do Internetu, biblioteka. Aha, i nie mówimy: „dom starców”. Teraz są „domy opieki”, „domy rodzinne”, „domy złotego wieku”. Żadnych starców i starości. Mówię to panu, bo zauważyłem, że pan nadkomisarz jest szczególnie wyczulony na zagadnienia poprawności językowej.

Pater oderwał wzrok od folderu.     

– Czyli Maziarski mieszkał w „Edenie” niecały miesiąc?
– Tak.
– Wie pan, kto widział Maziarskiego po raz ostatni?
– Właśnie Czekański – powiedział Libling.
– Dlaczego użył pan słowa „właśnie”?
– Pan jest z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku?
– Tak – odpowiedział uprzejmie Pater – nadkomisarz, magister filologii polskiej Jarosław Pater, zastępca kierownika Sekcji do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu. Już raz to panu powiedziałem, po wejściu do tego gabinetu. Wtedy też pokazałem panu legitymację. Wręczyłem wizytówkę, bo wiem, że się jeszcze spotkamy. W ciszy, która na chwilę zaległa chciał, by mężczyzna w eleganckim garniturze usłyszał groźbę. – Co jeszcze mam zrobić? Napisać to wszystko sobie na czole?
– Rozumiem – dyrektor zmarszczył brwi i zaczął gorączkowo przeglądać szufladę biurka. Wyjął z niej w końcu jakąś wizytówkę i uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Już wiem, dlaczego pan nic nie wie o Czekańskim!
– O kim? Byłbym wdzięczny, gdyby pan doktor powiedział mi wszystko o tym, czego nie wiem.
– To była Sekcja Nieletnich i Patologii – Libling odczytywał wizytówkę leżącą przed nim na biurku. – To była inna sekcja z Komendy Wojewódzkiej. To dlatego pan nic nie wie!
– To nie znaczy, że nie chciałbym wiedzieć wszystkiego.
– Kiepski jest przepływ informacji pomiędzy waszymi sekcjami – dyrektor uśmiechał się ironicznie.

Zapadło milczenie. Wielki zegar wybił godzinę drugą po południu. Przez otwarte okno do pokoju wpadła osa i zaczęła niebezpiecznie krążyć wokół głowy Patera. Metalowe wnętrza zegara jeszcze brzęczały, bzyczała osa, doktor Libling krzywo się uśmiechał.

– Już pan się nacieszył chaosem w mojej głowie? – zapytał Pater uprzejmie. – Rzeczywiście, niczego nie wiem o niejakim Czekańskim. Nawet nie znam jego imienia.
– Profesor Jan Czekański – Libling mówił bardzo powoli – jest naszym pensjonariuszem. To wybitny naukowiec, medyk i antropolog. Jest emerytowanym profesorem chirurgii z Akademii Medycznej w Gdańsku. Wykładał w Leeds, Oslo, chyba też w Wiedniu. Oprócz tego zajmuje się czymś z pogranicza medycyny i antropologii. Był ekspertem od tzw. ran symbolicznych. Profesor…
– Przepraszam, że panu przerywam – Pater wpatrywał się w osę chodzącą po zielonym suknie stołu. – Co to znaczy „rana symboliczna”?
– Powiedziałbym panu, gdyby mi pan nie przerywał – kwaśno zauważył Libling i czekał na reakcję Patra. Nie doczekał się jednak, toteż mówił dalej. – Nie będę wdawał się w szczegóły antropologiczne. Dam panu przykład ran symbolicznych. To obrzezanie, tzw. więzienne sznyty…
– Skalpowanie też?
– Tak, skalpowanie niekiedy też.
– Widocznie w każdej zbiorowości znajduje się miejsce dla rzeźników, prawda? Podobnie… Źle się pan czuje, doktorze? – Pater wpatrywał się w Liblinga.

Twarz dyrektora wyglądała tak, jakby ktoś jednym szarpnięciem zdarł przyklejony do niej uśmiech. Zmarszczki wydłużyły się i zastygły w grymasie niczym utrwalone w niewidocznej formalinie.

– Przepraszam… Telefon na biurku Liblinga zaczął wibrować i podskakiwać jak wyrośnięty chrząszcz w kolorze aluminium. Libling chwycił komórkę i przez chwilę wsłuchiwał się w podniesiony męski głos po czym rozłączył się. – Przepraszam. Mamy dziś wyjątkowo nieprzyjemny dzień, dużo wrażeń. Zatem…
-Zatem co ma wspólnego specjalista od skalpowania, profesor Jan Czekański z zabitym i oskalpowanym Ryszardem Maziarskim?
– Przyjaźnili się. Grali w szachy do późna w nocy. Codziennie. Maziarski był jedynym przyjacielem Czekańskiego, a to naprawdę niełatwe przy trudnym, oględnie mówiąc,  charakterze profesora. Dlatego przypuszczam, że Czekański widział jako ostatni Maziarskiego.
– Dobrze. Dlaczego wyjął pan tę wizytówkę Sekcji Nieletnich i Patologii? – Pater znów zmienił temat rozmowy.

Libling siedział przez chwilę zdezorientowany. Osa wzniosła się znów w powietrze i poszybowała ze złowrogim bzyczeniem w stronę białej plamy fartucha. Dyrektor zareagował nerwowo. Chwycił płachtę „Gazety Wyborczej” i uderzył nią owada. Osa upadła na dywan i zachrzęściła pod obcasem buta Liblinga.

– Wlatuje ich tutaj dużo z powodu tego strajku śmieciarzy – powiedział doktor z wyraźną ulgą, wcierając zezwłok osy w wiśniowy dywan. – U nas też śmieci nie ubywa. Cała góra – wskazał ręką zza okno. – A wracając do pańskiego pytania o wizytówkę… Czekański dostawał esemesy z pogróżkami. W tych esemesach były błędy ortograficzne i słownictwo młodzieżowe. Sądziliśmy, że autorami są nastolatki. Zadzwoniłem do Komendy Wojewódzkiej i przedstawiłem komuś sprawę pogróżek, a potem swoje przypuszczenia. Przysłali więc kogoś z sekcji do spraw nieletnich.
– Jakiej treści były te esemesy?
– Dobrze nie pamiętam. „Dopadniemy cię. Zaczynaj ostatnie odliczanie”, ale głównie było to  coś w stylu – dyrektor skrzywił się – „Aż tak dobrze ci, gnoju, w tym wypasionym domu starców? Wypieprzaj stąd! Wiem, co zrobiłeś, stary pojebie”.
– A co on zrobił? – Pater patrzył jak wiatr porusza liście drzew.
– Tego nie wiem – Libling pociągnął nosem; wiatr nie tylko poruszał liśćmi, przywiewał również zgniłe i kwaśne wyziewy z gór śmieci.
– Dowiem się tego od niego samego – Pater wstał.
– Nie dowie się pan – głos doktora Liblinga załamywał się, jakby zwiastował nadejście łez i łkań. – Profesora Jana Czekańskiego nie ma w „Edenie”. Jego pokój jest pusty. Od rana nikt go nie widział w „Edenie”. Ten telefon… – Libling wskazywał ręką na aluminiowego chrząszcza. Dostałem wiadomość, że profesor do tej pory nie wrócił.  
– Jeden zajmował się skalpami, drugi został oskalpowany – Pater ruszył ku drzwiom. – Jeden zginął, drugi zaginął. Bardzo to wszystko ciekawe.

Policjant stanął i gwałtownie odwrócił się do dyrektora.

– Wie pan, co? – powiedział z uśmiechem – pański dom seniora nosi złą nazwę. To nie jest „Eden”. Jest nazwa bardziej adekwatna.
– Jaka?
– „Inferno”.

W domu seniora podawano obiad.